W przedszkolu pachniało mydłem i zupą pomidorową. Czteroletnia Hania zdjęła kurtkę i powiesiła ją na swoim haczyku. Na dywanie leżały klocki, a w kąciku stały kredki w kubeczku.
Hania usiadła obok półki z puzzlami. Lubiła zaczynać dzień spokojnie. Wtedy zobaczyła nową dziewczynkę. Miała mały plecak i ciche oczy. Stała blisko pani i trzymała się za pasek.
Hania podeszła powoli, tak jak uczyła pani.
„Cześć. Jestem Hania” — powiedziała miękko.
„Ja… Ola” — szepnęła dziewczynka.
Hania uśmiechnęła się. „Chcesz ze mną ułożyć puzzle?”
Ola spojrzała na pudełko z obrazkiem kota. Kiwnęła głową.
Usiadły razem. Hania podała Oli dwa kawałki. „Te są z rogiem. Rogi są łatwe” — powiedziała. Ola spróbowała dopasować. Nie pasowało. Zmarszczyła brwi.
Hania przypomniała sobie, jak sama czasem się myli. „To nic. Spróbujemy jeszcze raz” — powiedziała. Ola odetchnęła. Spróbowała drugi raz. Klik! Pasowało.
„Udało się!” — zawołała Hania.
Ola uśmiechnęła się pierwszy raz, mały uśmiech jak okruszek ciasteczka.
Potem była zabawa w kuchnię. Hania mieszała w misce udawaną zupę. Ola kroiła drewniane jabłko. Hania nagle zrobiła głośne „chlup!”, jakby zupa rozlała się na stół. Zrobiła też śmieszną minę.
Ola parsknęła śmiechem. Szybko zasłoniła buzię ręką, jakby śmiech był za duży.
Hania powiedziała cicho: „Możemy się śmiać razem. Ale nie śmiejemy się z kogoś. Tylko z głupich dźwięków i min.”
„Z min” — powtórzyła Ola i zrobiła policzki jak baloniki.
Obie roześmiały się spokojnie. Hania czuła, że w brzuszku robi się ciepło. To było miłe.
Po śniadaniu pani powiedziała: „Dziś uczymy się dawać coś małego. Coś, co mówi: lubię cię.”
Hania pomyślała o Oli. Zobaczyła, że Ola ma tylko jedną gumkę do włosów. Włosy wpadały jej do oczu.
W szufladce Hania miała dwie spinki w kształcie gwiazdek. Jedna była żółta, druga niebieska. Hania wzięła żółtą. Podeszła do Oli.
„To dla ciebie” — powiedziała i podała spinkę. „Żeby oczka miały miejsce.”
Ola patrzyła chwilę, jakby sprawdzała, czy to naprawdę. Potem wzięła spinkę delikatnie.
„Dziękuję. Jest jak słońce” — szepnęła.
Hania poczuła dumę, ale taką cichą. Nie musiała krzyczeć. Usiadły na ławeczce i Hania pomogła Oli wpiąć spinkę. Raz, dwa. Gotowe.
Po południu poszły na plac zabaw. Była zjeżdżalnia i piasek. Hania miała pomysł.
„Zbudujmy tort z piasku. Taki urodzinowy, bez urodzin” — powiedziała.
„Bez urodzin?” — zdziwiła się Ola.
„Tak. Po prostu, żeby komuś zrobić miło.”
Napełniały wiaderko, odwracały, klepały. Tort rósł. Hania znalazła patyczek i zrobiła świeczkę. Ola ułożyła na górze małe kamyczki jak posypkę.
„A teraz śmiech?” — zapytała Hania.
„Taki cichy?” — zapytała Ola.
„Może być cichy. Może być też trochę głośny. Byle razem.”
Zaśmiały się. Nie było to śmianie się z kogoś. To było śmianie się obok siebie, jak dwie łyżeczki stukające o kubek.
Gdy mama Hani przyszła po nią, Hania pomachała Oli.
Ola pomachała też i powiedziała: „Pa, Haniu. Jutro też puzzle?”
„Jutro też” — odpowiedziała Hania.
W domu Hania myła ręce i opowiadała o żółtej spince i piaskowym torcie. Wieczorem leżała pod kocem. Myślała o tym, że przyjaźń rośnie od małych rzeczy: od „cześć”, od podania puzzla, od śmiechu, który nikogo nie boli.
Zamknęła oczy. W sercu miała spokój. I jutro też miało być miłe.