Rozdział 1: Żółw i skrzypiący humor
Na polanie pachnącej miętą mieszkał żółw o imieniu Tymek. Miał skorupę w kolorze tostów i minę, jakby ktoś mu właśnie przesunął liść sałaty o milimetr w złą stronę. Mrukliwy był z niego zawodowiec, ale serce miał miękkie jak dojrzała truskawka.
Tego ranka Tymek maszerował powoli, ale z wielkim przekonaniem, ciągnąc za sobą sznurek z przywiązanym dzwonkiem.
„Dzyń-dzyń! Uwaga! Ogłaszam nowy wynalazek!” burknął.
Z krzaków wyskoczyła wiewiórka, która zawsze wyglądała, jakby była w połowie zdania.
„Wynalazek? Czy to coś, co można chrupać?”
„Nie. To coś, co można… chichrać” — Tymek zmrużył oczy, jakby zdradzał tajemnicę wszechświata. „Zakładam Chór Śmiechu.”
Sroka wylądowała na gałęzi i przekręciła głowę.
„Chór? To się śpiewa!”
„A mój będzie się… śmiał. Równo. W rytmie. I głośno. Żeby nawet kamienie się rozchichotały.”
Wiewiórka zapiszczała:
„Ja potrafię śmiać się jak czajnik! Piiiii-hahaha!”
Tymek westchnął.
„Niech będzie. Próba dziś po południu. Przy starym pniu. I proszę mi tu bez histerii.”
Rozdział 2: Trener Komplementów wkracza do akcji
Po południu pod starym pniem zebrało się całe towarzystwo: jeż z poważną miną, bóbr w mokrym futrze, dwie kawki, wydra i ta sama wiewiórka, która już ćwiczyła „czajnik”.
Tymek stanął na płaskim kamieniu.
„Dobra. Chór Śmiechu działa tak: na mój znak wszyscy się śmieją. Raz, dwa, trzy—”
„I zanim zaczniecie, chciałbym was wzmocnić!” — odezwał się ktoś zza paproci.
Wyszedł lis w sportowej opasce na czole i z gwizdkiem. Uśmiech miał tak szeroki, jakby połknął tęczę.
„Jestem Lutek, Trener Komplementów! Specjalista od miłych słów, dopingowania i innych słodkich rzeczy!”
Tymek zmarszczył czoło.
„My tu nie jemy słodkich rzeczy. My się śmiejemy.”
Lutek klasnął.
„Wspaniale! Tymek, jesteś absolutnie fenomenalnie… powolny!”
„To nie komplement” — burknął żółw.
„Jest! Powolność to stabilność. Stabilność to majestat. Majestat to… ty!”
Jeż chrząknął.
„A ja? Mam coś majestatycznego?”
„Oczywiście! Twoje kolce są jak… gwiazdy z ostrymi końcówkami!”
„To brzmi niebezpiecznie” — mruknął jeż, ale kącik pyska mu drgnął.
Tymek wciągnął powietrze.
„Słuchaj, tęczowy lisie. Ty tu nie będziesz przeszkadzał.”
„Ja nie przeszkadzam!” — Lutek dmuchnął w gwizdek. „Ja pomagam. Komplement jest jak piórko: łaskocze aż do śmiechu.”
„Ja mam inny plan” — Tymek stuknął pazurem o kamień. „Rytm! Dyscyplina! Śmiech na komendę!”
„A ja: spontaniczność! Dobra energia! Uśmiech w sercu!” — Lutek zasalutował.
Wiewiórka szeptnęła do wydry:
„Ooo, będzie walka na miny.”
Rozdział 3: Próba, która uciekła w krzaki
Tymek podniósł łapkę.
„Uwaga! Zaczynamy. Na trzy: jeden… dwa…”
Lutek wszedł mu w słowo:
„Tymek, twoja łapka wygląda bardzo zdecydowanie. Jak kapitan łódki!”
„Trzy!” — syknął żółw.
Wszyscy spróbowali śmiać się równo:
„Ha. Ha. Ha.”
Brzmiało to jak stukanie żołędzi o garnek. Kawki zgubiły rytm i wpadły na „hihi”, bóbr zrobił „hoho”, a wiewiórka odpaliła czajnik:
„Piiii—hahaha!”
Tymek skrzywił się tak, że jego szyja prawie schowała się do skorupy.
„Nie! To ma być chór, a nie… sałatka dźwięków!”
Lutek przyklęknął przy jeżu.
„Jeżu, twoje ‘ha' ma w sobie elegancję. Prawie jak ukłon.”
Jeż spróbował jeszcze raz i… parsknął.
„Hmpf… he!”
Wydra zapiszczała:
„Ja się śmieję, kiedy ktoś mówi ‘bąbelki'!”
„Bąbelki” — powiedziała sroka z powagą.
Wydra natychmiast wybuchła:
„Hahahaha!”
To zadziałało jak domino. Kawki też zaczęły chichotać, bo wydra śmiała się tak, że aż machała ogonem jak miotłą. Bóbr zaczął się trząść, aż mu kapało z wąsów. Nawet jeż wydusił z siebie krótkie „hy!”
Tymek walnął łapką w kamień.
„Stop! To nie było na komendę!”
„Ale było cudowne!” — Lutek rozłożył łapy. „Wasz śmiech ma kolory! Jak łąka po deszczu!”
„Kolory? To jest hałas!” — Tymek burknął, choć jego oczy błysnęły odrobinę, jakby coś go łaskotało od środka.
Lutek uśmiechnął się jeszcze szerzej.
„Tymek, nawet twoje burczenie jest… ujmujące.”
„Nie jest!”
„Jest! Brzmi jak bębenek, który udaje chmurę.”
Sroka zachichotała:
„Bębenek-chmura! Hihi!”
Tymek próbował się nie uśmiechać. Próbował naprawdę mocno. Ale wiewiórka znowu zrobiła czajnik i Tymekowi wyszło krótkie:
„Hrk… heh.”
Zamarł.
„To było… kaszlnięcie.”
Rozdział 4: Wielki występ i niespodziewany dyrygent
Następnego dnia zwierzęta urządziły występ na polanie. Na środku stał pień jak scena, a nad nim wisiały liście ułożone przez sroki w napis: „CHÓR ŚMIECHU (PRAWIE)”.
Tymek wszedł na pień, udając, że to zupełnie normalne.
„Dobra. Koncert. Proszę o powagę… to znaczy, o śmiech. W równych porcjach.”
Lutek krążył obok jak radosny komar.
„Publiczności też dam komplementy! To rozgrzewa!”
Tymek syknął:
„Tylko mi nie rozgrzewaj za bardzo. Śmiech ma być ustawiony.”
Zebrała się widownia: łosie, zające, żaby, nawet stare kruki, które zwykle śmiały się tylko w środku, żeby nikt nie zauważył.
Tymek podniósł łapkę.
„Na mój znak… raz… dwa…”
W tym momencie wiatr dmuchnął, a liść z napisu spadł prosto na nos Tymka. Przykleił się jak plaster.
Tymek stanął nieruchomo. Oczy mu zezowały na zielony liść.
„Ja… widzę sałatę, która mnie atakuje.”
Wiewiórka pisnęła:
„Atakująca sałata! Hahaha!”
Żaby zaczęły rechotać jak sprężynki:
„Re-re-re!”
Bóbr chichotał tak, że aż zrobił się z niego fontannik.
Lutek wskoczył na kamień i zawołał:
„Komplement dla liścia! Idealnie wylądował! Precyzja na medal!”
Kruki parsknęły.
„He. He. He.”
Tymek próbował zdjąć liść łapką, ale liść uciekał po jego nosie jak śliski ślimak. Tymek zrobił minę tak poważną, że aż stała się śmieszna. W końcu sam nie wytrzymał:
„Hahaha— no dobrze!”
I wtedy stało się coś dziwnego: gdy Tymek się śmiał, inni próbowali śmiać się razem z nim, żeby mu nie było głupio. Śmiech zaczął się układać w fale. Najpierw „ha-ha” od zajęcy, potem „ho-ho” od łosi, „hihi” od kawek i „re-re” od żab. Jakby łąka sama miała orkiestrę.
Tymek spojrzał na Lutka, wciąż z liściem na nosie.
„To ty to ustawiłeś?”
Lutek wzruszył ramionami.
„Nie. To wy. Tylko daliście sobie zgodę na głupotę.”
Tymek prychnął, ale tym razem przyjaźnie.
„No to… dyryguj, tęczowy. Ja… będę bębnem-chmurą.”
„Najpiękniejszy bęben-chmura!” — Lutek zasalutował.
Rozdział 5: Uścisk, który zabrzmiał jak chichot
Po występie wszyscy jeszcze długo śmiali się z liścia, który teraz spokojnie siedział na skorupie Tymka jak zielona czapka.
Tymek zeskoczył z pnia.
„Dobra. Przyznaję. Chór wyszedł… inaczej niż planowałem.”
Wydra zakręciła się jak bączek.
„Inaczej znaczy świetnie!”
Jeż dodał cicho:
„I… nawet miło było parsknąć.”
Lutek podszedł do Tymka.
„Komplement na koniec: masz talent do wymyślania rzeczy, które robią zamieszanie… w dobrym sensie.”
Tymek mruknął:
„A ty masz talent do gadania. Dużego.”
„Dziękuję!” — Lutek ucieszył się szczerze. „To mój ulubiony komplement.”
Tymek popatrzył na wszystkie zwierzęta, które kręciły się wokół jak kolorowe balony.
„No to co… skoro jesteśmy chórem… to zróbmy coś chóralnego.”
Wiewiórka zapytała:
„Jeszcze jeden czajnik?”
„Nie.” — Tymek uśmiechnął się już bez udawania. „Wspólny uścisk. Taki… wielki.”
Najpierw bóbr objął wydrę, wydra objęła wiewiórkę, wiewiórka wskoczyła na jeża ostrożnie jak na poduszkę z igieł, kawki usiadły na ramionach łosia, żaby przytuliły się do własnych rechotów, a Lutek przytulił Tymka tak delikatnie, jakby przytulał ważny kamień.
Tymek, zaskoczony, mruknął:
„Ech… ciepło tu.”
„To fantastyczne ciepło!” — szepnął Lutek.
Wtedy ktoś kichnął — chyba kruk — i cały uścisk zadrżał, a z niego wypłynął śmiech, miękki i falujący.
„Hahaha… hihi… hoho…”
Polana aż zadźwięczała, jakby sama miała łaskotki w trawie. A Tymek, mrukliwy żółw z najweselszą czapką z liścia, śmiał się w samym środku tego przytulasa, zupełnie jakby to była najpoważniejsza sprawa na świecie.