Trwa ładowanie...
Opowieść o weterynarzu 11-12 lat Czytanie 15 min.

Doktor Marek Kłos i tajemnica psa pod stołem

Weterynarz Marek odwiedza gospodarstwo i salon fryzjerski, pomagając przestraszonym i chorym zwierzętom oraz ucząc właścicieli, jak o nie dbać i zapobiegać problemom.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Weterynarz około 40 lat, o okrągłej twarzy, cienkich okularach i potarganych brązowych włosach, w błotnawym khaki płaszczu, kuca i uśmiechając się podaje smakołyk psu spod stolika w salonie fryzjerskim; właścicielka psa, około 30 lat, kasztanowe włosy w kucyku, zaniepokojona lecz uspokojona, stoi przy trzymanych drzwiach; fryzjerka około 40 lat, krótkie kolorowe włosy, w fartuchu, trzyma dużą starą suszarkę przy lewej stronie, czujna i spięta; nastolatek około 16 lat w pasiastym t‑sharcie z grzebieniem za fryzjerką, nieśmiało obserwuje; pies średniej wielkości, czarny i kręcony, z wyrazistymi oczami wyciąga głowę spod małego stolika do manicure i wącha smakołyk, ogon nisko, lekko merda; mały przytulny salon z pastelowymi różowo‑niebieskimi ścianami, czerwona vintage fotel fryzjerski, buteleczki lakierów ustawione, czarno‑białe kafle, ciepłe bursztynowe światło z wiszącej lampy; scena spokojna i uspokajająca — weterynarz zdobywa zaufanie psa, postacie się rozluźniają; perspektywa na wysokości dziecka, nasycone kolory, grube czarne kontury, gładkie faktury i miękkie cienie. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Ziemia na butach i plan na dzień

Doktor Marek Kłos wszedł do swojej lecznicy w gumowcach, które wyglądały, jakby przeżyły bitwę z błotem i… wygrały, ale z ranami honorowymi. Potrząsnął nimi nad wycieraczką, a na podłogę posypały się grudki gliny.

— Panie doktorze, wiosna czy pan? — zaśmiała się pani Basia, recepcjonistka, podając mu kubek herbaty. — Znów pan pachnie stodołą.

— To najładniejsze perfumy świata — odparł Marek poważnym tonem, po czym mrugnął. — „Eau de Obora”. Nuty: siano, zdrowy rozsądek i odrobina krowiej ciekawości.

Na tablicy wisiała lista wizyt: cielę z kaszlem, owca z kulawizną, szczepienia prosiąt, a na koniec… „Salon fryzjerski u Iwony — pilne”.

Marek uniósł brwi.

— Fryzjer? — spytał.

— Pani Iwona dzwoniła trzy razy. Mówiła, że w salonie jest… pacjent z ogonem, który nie chce współpracować — wyjaśniła pani Basia. — I że pan, jako weterynarz, ma „supermoc uspokajania”.

Marek wziął stetoskop, latarkę i małą torbę z opatrunkami.

— Supermoc to cierpliwość. A tej dziś mam dużo. Jedziemy najpierw na gospodarstwo, potem do salonu. Zobaczymy, kto tam się ukrywa przed nożyczkami.

Wyszedł na podwórko, gdzie czekał jego samochód terenowy. Na tylnym siedzeniu leżały rękawiczki jednorazowe, bandaże, termometr, strzykawki i pudełko z naklejkami „Dzielny Pacjent”.

— Naklejki? — czasem pytały dzieci. Marek zawsze odpowiadał: — Odwaga ma różne rozmiary. Naklejka też pomaga.

Rozdział 2: Tajemnica kaszlącego cielaka

Na farmie pana Władka słychać było chrumkanie, muczenie i dźwięk wiadra, które ktoś uparcie stawiał na ziemi z miną obrażonego artysty. Marek przeszedł między boksami, a zwierzęta patrzyły na niego jak na gościa, który zawsze przynosi odpowiedzi — czasem także szczepionki.

— Doktorze, to to cielę! — zawołał pan Władek. — Kaszle, jakby połknęło harmonijkę.

Cielę, łaciate i jeszcze nieporadne, stało z opuszczoną głową. Gdy Marek podszedł, zwierzak prychnął, jakby mówił: „Nie dotykaj mnie, ja jestem niezależnym cielakiem”.

— Spokojnie, mały — powiedział Marek łagodnie. — Zobaczymy, co tam słychać w twoich płucach.

Założył rękawiczki, położył dłoń na szyi cielaka, żeby wyczuć ciepło i uspokoić go dotykiem. Potem przyłożył stetoskop. Wsłuchiwał się chwilę, jakby słuchał sekretnej audycji radiowej.

— Oddycha trochę świszcząco — mruknął. — Panie Władku, było przeciągi w oborze?

Pan Władek podrapał się po karku.

— No… drzwi się nie domknęły, bo kot chciał mieć luksusowy wjazd i wyjazd.

— Koty mają talent do wprowadzania chaosu logistycznego — stwierdził Marek. — Ale cielęta łatwo łapią infekcje, zwłaszcza gdy jest wilgotno i chłodno.

Wyjął termometr, delikatnie zmierzył temperaturę. Potem obejrzał nozdrza, spojrzał w pyszczek latarką.

— Ma lekką gorączkę i podrażnione drogi oddechowe. Zrobimy tak: pan poprawi wentylację, ale bez przeciągów. Świeże powietrze tak, lodowaty podmuch nie. Dam mu lek przeciwzapalny i zalecę odpoczynek. I proszę pilnować, żeby pił.

Cielę westchnęło, jakby mówiło: „Odpoczynek? To brzmi jak plan”.

— A jak pan wie, ile mu dać? — dopytywał pan Władek.

— Weterynarz liczy dawkę według masy ciała i rodzaju leku. To trochę jak matematyka, tylko że wynik ma być zdrowy, nie tylko poprawny — uśmiechnął się Marek. — I zawsze lepiej zapytać, niż zgadywać.

Zanim odjechał, Marek zajrzał jeszcze do owcy z kulawizną. Ostrożnie podniósł jej racicę, obejrzał, oczyścił błoto i znalazł mały kamyk wbity w szczelinę.

— Aha! Sabotażysta! — oznajmił.

Owca patrzyła na niego z miną: „Ja nic nie wiem, ja tu tylko stoję”.

— Racice trzeba regularnie kontrolować i przycinać, bo w błocie łatwo o urazy i infekcje — tłumaczył Marek, wyciągając kamyk. — Dobrze, że pan zadzwonił szybko. Zaangażowanie to połowa zdrowia.

Pan Władek kiwnął głową.

— Wie pan, doktorze… ja czasem myślę, że pan to bardziej detektyw niż lekarz.

— Tylko że moi podejrzani często mają cztery nogi i nie składają zeznań — odparł Marek. — Chodźmy, czas na następne zagadki.

Rozdział 3: Salon, który zamienił się w kryjówkę

Salon fryzjerski „U Iwony” pachniał szamponem, lakierem i czymś jeszcze — jakby napięciem. Marek wszedł, a dzwoneczek nad drzwiami zadzwonił wesoło, zupełnie nieświadomy sytuacji.

Pani Iwona stała z suszarką w ręku, ale suszarka była wyłączona. Klientka w foliowym pelerynie miała na głowie wałki i minę osoby, która żałuje, że w ogóle ma włosy. Obok stał nastolatek, pewnie pomocnik, z grzebieniem jak mieczem.

— Doktorze! — szepnęła pani Iwona dramatycznie. — On… jest pod stołem.

— Kto? — Marek zniżył głos, jakby byli w muzeum.

Pani Iwona wskazała na stół do manicure. I rzeczywiście: spod blatu wystawał czarny nos i dwa czujne oczy. Pies. Średniej wielkości, kudłaty, z obrożą za luźną o dwa palce. Ogon schowany, jakby ktoś go zwinął i schował do kieszeni.

— Dzień dobry, kolego — powiedział Marek spokojnie, kucając w bezpiecznej odległości. — Nie mam nożyczek. Mam tylko… głos i czas.

Pies cofnął się odrobinę, ale nie warczał. To był dobry znak: strach, nie agresja.

— On wbiegł, gdy otworzyłam drzwi, żeby wytrzepać dywanik — tłumaczyła pani Iwona. — I już nie chce wyjść. A ja mam klientów, a on… patrzy na mnie, jakbym była smokiem z suszarką.

Marek zauważył, że suszarka leżała jak broń masowego stresu. Pies drgnął, gdy tylko pani Iwona poruszyła ręką w jej stronę.

— Hałas może je przerażać — wyjaśnił Marek. — Zwłaszcza jeśli kiedyś coś je przestraszyło. Dla psa salon to może być jaskinia pełna dziwnych zapachów i szumu.

Wyciągnął z kieszeni kilka smaczków, które zawsze nosił „na wszelki wypadek” — bo w zawodzie weterynarza „wypadek” lubił pojawiać się bez zapowiedzi.

— Możemy zrobić tak: wszyscy spokojnie. Żadnych nagłych ruchów. Pani Iwono, proszę odłożyć suszarkę daleko, najlepiej do szuflady. A ty — zwrócił się do nastolatka — zamknij drzwi, żeby pies nie wybiegł prosto na ulicę.

— Ja? — Nastolatek przełknął ślinę. — On mnie… obserwuje.

— Bo jesteś najwyższy i masz grzebień jak sztylet. Też bym obserwował — powiedział Marek z lekkim uśmiechem.

Chłopak odłożył grzebień, drzwi zostały domknięte. Marek usiadł na podłodze bokiem do psa, nie patrzył mu prosto w oczy. Pies drgnął, ale nie uciekł głębiej.

— Wiesz, ja zwykle leczę krowy i świnie — mówił Marek cicho, jakby opowiadał sekret. — One też czasem się boją. Tylko udają, że nie, bo są duże. Ty nie musisz udawać.

Położył smaczek na podłodze, trochę bliżej psa, i odsunął rękę. Pies powąchał powietrze. Po chwili wysunął łapę, potem pysk, i chwycił smaczek z prędkością odkurzacza.

— Okej — szepnęła klientka w wałkach. — To jest… urocze. Trochę.

— Urocze, ale najważniejsze: bezpieczne — odparł Marek. — Teraz sprawdzimy, czy ma adresówkę.

Powoli, gdy pies wyszedł już spod stołu na pół długości, Marek podał mu kolejny smaczek, a drugą ręką — powoli, jakby dotykał bąbelka mydlanego — sięgnął do obroży. Pies zamarł, ale nie uciekł.

— Spokojnie. Nic ci nie zabiorę — powiedział Marek.

Na obroży była mała blaszka. Marek odczytał numer telefonu.

— Mamy trop — oznajmił. — Pani Iwono, może pani zadzwonić? Ja zostanę przy nim.

Telefon odebrał zdyszany głos.

— Halo? Burek?! — krzyknęła kobieta po drugiej stronie. — On uciekł z podwórka! Ja… ja szukam go od godziny!

— Spokojnie — powiedziała pani Iwona, patrząc na Marka jak na reżysera akcji ratunkowej. — Jest u mnie. Pod stołem, ale już negocjuje.

Marek nachylił się do psa.

— Słyszysz? Ktoś za tobą tęskni. To miłe uczucie, nawet jeśli się udaje, że nie.

Pies zamachał ogonem minimalnie, jakby testował, czy ogon wciąż działa.

Rozdział 4: Małe badanie, duże zaufanie

Gdy właścicielka przybiegła, miała policzki czerwone od biegu i od stresu. Zatrzymała się w drzwiach, jakby bała się, że jedno słowo rozbije cały czar.

— Bur… Burku? — powiedziała cicho.

Pies spojrzał na nią i w sekundę stał się innym zwierzakiem: wyskoczył do przodu, zakręcił się w kółko i niemal przewrócił stojak z lakierami do paznokci.

— O, nie! — jęknęła pani Iwona.

Stojak ocalał, bo Marek złapał go w ostatniej chwili. Czasem weterynarz musi mieć refleks bramkarza.

— Przepraszam, przepraszam! — mówiła właścicielka. — On się boi hałasu, a tu… tyle dźwięków. Ja tylko na chwilę otworzyłam furtkę.

Marek pogłaskał psa po klatce piersiowej, spokojnie, rytmicznie.

— Dobrze, że jest cały. Skoro już tu jesteśmy, zróbmy szybkie sprawdzenie. To jak przegląd roweru po długiej jeździe: lepiej zobaczyć, czy wszystko działa.

— Można? — spytała właścicielka.

— Oczywiście. Pani trzyma go przy sobie, ja tylko obejrzę. Bez pośpiechu.

Marek obejrzał oczy — czy nie są zaczerwienione. Zajrzał do uszu, sprawdził, czy nie ma kleszczy. Przesunął dłonią po łapach, szukając skaleczeń. Delikatnie dotknął brzucha.

— Oddycha równo, serce bije szybko, ale to emocje. Ma otarcie na łapie, pewnie zahaczył o coś przy ucieczce. Oczyścimy i zabezpieczymy.

Pani Iwona podała apteczkę, a klientka w wałkach wychyliła się z krzesła.

— To tak się robi? — zapytała, szczerze ciekawa. — Zawsze myślałam, że weterynarz to tylko zastrzyki.

Marek uśmiechnął się.

— Zastrzyki też, ale przede wszystkim obserwacja, delikatność i plan. Weterynarz musi rozumieć, jak żyje zwierzę. Inaczej nie zgadnie, skąd problem. Na farmie patrzę na ściółkę, paszę, wodę, ruch zwierząt. U psów — na zachowanie, stres, dietę, bezpieczeństwo na spacerach.

— A to otarcie…? — dopytywała właścicielka.

— Przemyjemy, założymy opatrunek. I proszę przez kilka dni kontrolować, czy nie puchnie i czy pies nie liże rany. Czasem trzeba kołnierz, choć psy uważają go za „kosmiczny talerz wstydu”.

Nastolatek parsknął śmiechem.

— Mój pies miał taki. Wchodził nim w drzwi.

— Widzisz? Psy uczą nas pokory i geometrii — odparł Marek.

Kiedy opatrunek był gotowy, Marek przykleił na obrożę psa małą naklejkę „Dzielny Pacjent”. Pies wyglądał na lekko zdziwionego, ale dumnie stał obok właścicielki.

— Doktorze — powiedziała pani Iwona, już mniej dramatycznie — ja naprawdę myślałam, że to będzie katastrofa. A pan… po prostu usiadł na podłodze.

— Czasem najskuteczniejsza pomoc to zejść na czyjś poziom i dać mu chwilę — odpowiedział Marek. — To działa u zwierząt i u ludzi.

Rozdział 5: Wieczór pytań i odpowiedzi

Wieczorem Marek wrócił do lecznicy, ale nie po to, by odpocząć. W małej sali obok poczekalni ustawił krzesła w półokręgu. Na stole położył modele: sztuczną racicę, plastikowy ząb, bandaże i… suszarkę do włosów, którą pani Iwona pożyczyła „na pokaz”.

Na drzwiach wisiała kartka: „Wieczór informacyjny: Jak dbać o zwierzęta i kiedy wzywać weterynarza. Pytania mile widziane”.

Przyszli rolnicy, kilka rodzin z okolicy, pani Iwona z salonu, a nawet nastolatek z grzebieniem (tym razem schowanym). Była też właścicielka Burka, trzymająca psa na smyczy. Burek wszedł do lecznicy ostrożnie, ale nie chował się już pod niczym. Zamiast tego powąchał kąt i westchnął, jakby mówił: „No dobra, tu jest ten człowiek od smaczków”.

Marek stanął przed grupą.

— Dziękuję, że przyszliście. Weterynarz nie pracuje tylko wtedy, gdy coś się zepsuje. Najlepsza część tej pracy to zapobieganie. A to wymaga współpracy i zaangażowania.

Podniósł model racicy.

— Na farmie ważne są warunki: sucha ściółka, dostęp do czystej wody, dobre jedzenie. Zwierzę, które je i pije dobrze, ma więcej siły, żeby walczyć z chorobą. Jeśli cielę kaszle, warto sprawdzić: czy nie ma przeciągów, czy w oborze nie jest zbyt wilgotno, czy nie ma nagłych zmian temperatury. I zawsze obserwować: apetyt, ruch, zachowanie.

Pan Władek uniósł rękę.

— A kiedy dzwonić od razu?

— Gdy zwierzę nie wstaje, ma wysoką gorączkę, nie je, ma trudności z oddychaniem, krwawi albo zachowuje się zupełnie inaczej niż zwykle — odpowiedział Marek. — I gdy macie wątpliwości. Telefon nie gryzie. Czasem wystarczy porada, czasem trzeba przyjechać.

Pani Iwona podniosła suszarkę, jakby była mikrofonem.

— A co z hałasem? — zapytała. — Ja dziś zrozumiałam, że suszarka może być dla psa jak… burza.

— Dokładnie — powiedział Marek. — Zwierzęta mają wyczulony słuch. Jeśli pies się boi, pomagają: spokojny głos, przewidywalność, możliwość schowania się w bezpiecznym miejscu. I nigdy nie karcić za strach. Strach to nie złośliwość.

Właścicielka Burka dodała:

— Ja zrobię mu w domu „bezpieczny kąt”. I kupię adresówkę z większym napisem.

— To świetny plan — pochwalił Marek. — Zaangażowanie w praktyce.

Nastolatek zapytał:

— A pan się nie boi dużych zwierząt? Krowy są… ogromne.

Marek roześmiał się cicho.

— Czasem się boję. I to normalne. Odwaga nie polega na tym, że strachu nie ma, tylko że działasz mądrze mimo niego: stoisz w odpowiednim miejscu, nie robisz gwałtownych ruchów, czytasz sygnały zwierzęcia. W weterynarii ważne jest bezpieczeństwo: zwierzęcia, właściciela i moje.

Na koniec spotkania Marek rozdał dzieciom i młodszym nastolatkom kartki z prostą listą: „Co obserwować u zwierząt: apetyt, woda, ruch, oddech, skóra i sierść, zachowanie”. Dorośli dostali numery telefonu do lecznicy i plan szczepień dla zwierząt gospodarskich.

Burek położył się przy krześle swojej właścicielki. Pani Iwona ziewnęła, jakby z jej ramion spadł ciężki worek stresu. Pan Władek szeptał do sąsiada, że jednak domknie te drzwi w oborze, choćby kot protestował.

Marek spojrzał na wszystkich i poczuł ciepło, które nie miało nic wspólnego z herbatą.

— Dziękuję — powiedział. — Gdy dbamy o zwierzęta razem, świat robi się trochę spokojniejszy. A teraz… czas na sen. Dla was i dla waszych pacjentów.

W lecznicy zgasło światło, a na tablicy Marek dopisał na jutro: „Sprawdzić cielę. Zadzwonić do pani Iwony. Przygotować następny wieczór pytań”.

Bo w jego pracy najważniejsze było to, że zawsze jest ciąg dalszy — i że warto się angażować, nawet w drobiazgi, które pachną sianem albo brzmią jak suszarka.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Gumowcach
Specjalne, wodoodporne buty do pracy na błocie lub w oborze.
Gliny
Mokre, kleiste ziemia używana na polu i w oborach.
Recepcjonistka
Osoba, która pracuje przy wejściu i przyjmuje telefony oraz klientów.
Stetoskop
Przyrząd lekarza do słuchania serca i oddechu zwierząt.
Latarkę
Małe źródło światła, którym można oświetlić ciemne miejsca.
Opatrunkami
Materiały, które zakłada się na ranę, żeby ją chronić i goić.
Kulawizną
Problem z chodzeniem, gdy zwierzę kuleje na jedną nogę.
Wentylację
Sposób wymiany powietrza w pomieszczeniu, by było świeże.
Przeciągi
Ruch powietrza między otwartymi drzwiami lub oknami, chłodny i nagły.
Zapobieganie
Działania robione wcześniej, żeby problem się nie pojawił.
Sztuczną racicę
Model racicy używany do pokazów lub nauki, nie prawdziwa.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści weterynarzy dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.