Początek w arkadach
Warkot bębenków, dzwoneczki i śmiech rozlały się po placu z arkadami. Kolorowe światła tańczyły na kamieniu. Cztery chłopaki stanęły pod wielkim łukiem i spojrzały na tłum. Mieli około sześciu lat. Byli razem jak zespół małych orkiestrantów.
— Zróbmy coś wielkiego! — zawołał Maks, który lubił skakać jak sprężyna.
— Co takiego? — zapytał Olek, który nosił niebieską czapkę z pomponem.
— Będziemy mieli własne faniony! — ogłosił Julek spokojnym, zorganizowanym głosem. Julek miał w kieszeni ołówek i linijkę, zawsze przemyślane plany.
— A ja zagram na tamburynie! — dodał Franek, który umiał robić śmieszne miny i zawsze rozśmieszał kolegów.
Wszystko błyszczało: stragany z konfetti, stoły z pączkami, baloniki jak małe słońca. Julek pokazał szkic fanionów: trójkąty w paski i gwiazdki, na sznurku z tasiemek. Chłopaki klasnęli w dłonie, jak klauny, i pobiegli do namiotu z materiałami.
Przygotowania i pierwsza niespodzianka
Pod namiotem było jak w ulu. Babcia Grażyna sprzedawała kolorowe papierowe czapeczki, a pan organista ćwiczył melodie na małej harmonijce. Chłopaki rozłożyli skrawki materiałów, nożyczki bez ostrych końców i kleje, które pachniały truskawkami.
— Najpierw wybierzemy kolory — powiedział Julek i podał linijkę.
Maks wybrał czerwony jak jabłko, Olek wziął niebieski jak niebo, Franek wybrał żółty jak sok z cytryny, a Julek wziął zielony jak listki.
Gdy Julek rysował trójkąty, ktoś stuknął w baldachim. Spojrzeli w górę i zobaczyli małego ptaszka, który akurat chciał zrobić przerwę od tańca. Ptaszek pomachał skrzydełkami i upuścił błyszczący guziczek prosto na ich materiał. Guziczek miał miniaturową gwiazdkę.
— O, prezent od nieba! — wykrzyknął Maks i przywiesił guziczek do pierwszego fanionu. Guziczek zaczął cicho dzwonić, jakby opowiadał historie o chmurach.
Śmiech rozniósł się po namiocie. Pan organista zagrał krótką melodię, a dzieci z sąsiedztwa zaczęły klaskać. Julek mierzył i ciął, a reszta pomagała: ktoś przyklejał tasiemki, ktoś nawlekał koraliki. Każdy fanion był inny, jakby każde miało swój mały sekret.
— Uważaj, Olek! — zawołał Franek, gdy kawałek czerwonego materiału niemalże spadł do miski z konfetti.
Konfetti zawirowało i przez chwilę wyglądało jak kolorowy deszcz. Dzieci piszczały z radości. Julek poprawił gumkę, wszystko wracało do porządku. Byli zgrani, jak instrumenty w piosence.
Nagle zza rogu usłyszeli przebijący się dźwięk trąbki — to był pan Mirek z zespołem. Przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Uśmiechnął się szeroko.
— Czy mogę pomóc? — zapytał.
— Tak! — odpowiedzieli chórem chłopcy. — Gramy na tamburynie, piszczymy, a nasi fanioni mają dzwoneczki!
Pan Mirek przybił piątkę z każdym i zaprosił ich na paradę. To była niespodzianka! Julek spojrzał na plan: mieli przemaszerować pod arkadami, obok sceny i zatrzymać się na środku placu, by zrobić mały ukłon publiczności.
Parada, próbne marsze i mały kłopot
Marsz zaczynał się za trzy piosenki. Chłopcy próbowali rytmu, stukając stopami i bijąc w tamburyn. Pan Mirek liczył: raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy. Melodia falowała jak rzeka. Wszyscy się śmiali.
— Julek, a gdzie zamocujesz nasz długi sznurek z fanionami? — zapytał Maks.
— Zrobimy rząd na ramionach, a resztę przewiążę tak, żeby nie latał — odparł Julek, wyciągając igłę z nitką i mały supeł jak kotwica.
Faniony powiewały i dzwoniły, gdy próbował je przetestować. Nagle wiatr zerwał się jak mały smok. Wiatr złapał ostatni, największy fanion i poderwał go wysoko. Poszybował nad głowami ludzi, zawisł nad fontanną i… przyczepił się do pomarańczowego balonu.
— O nie! — zawołał Olek. — Nasz fanion!
Balon pofrunął trochę dalej, ale nie poleciał za dużo — to był balon z długim sznurkiem. Fanion powoli zwisał jak flaga wesołego ducha. Tłum zamarł przez chwilę, potem zaczęli klaskać i wołać. Pan Mirek zagrał szybki takt, żeby dodać odwagi.
Franek wskoczył na niską kolumnę i wyciągnął rękę. Nie mógł sięgnąć. Maks przyniósł drabinkę, ale była króciutka. Julek spojrzał na swoich przyjaciół i uśmiechnął się.
— Zrobimy to razem — powiedział cicho.
Zebrali się w krąg: Maks na drabince, Franek na kolumnie, Olek trzymał linę, a Julek wspinał się powoli po ramionach kolegów. To była jak łamigłówka akrobatyczna, ale każdy wiedział, co ma robić. Dzieci trzymały się mocno, jak nuty trzymają melodię.
Kiedy Julek dosięgnął sznurka, delikatnie zdjął fanion z balonu. Publiczność wybuchnęła oklaskami. Ptaszek, który wcześniej dawał guziczek, usiadł na ramieniu Julka i odpedał mały rytm dziobem. Wszystko było możliwe.
Finał pod arkadami
Parada ruszyła. Pan Mirek prowadził orkiestrę, a chłopcy maszerowali z fanionami, które teraz delikatnie falowały na wietrze. Ich kroki były rytmem radosnym, a faniony śpiewały szeptem dzwoneczków. Przeszli obok stoisk z goframi, obok tańczących skrzatów i skrzypiących klaunów. Ludzie uśmiechali się, dzieciaki machały do nich jak żaglówki.
Na środku placu, pod największą arkadą, zrobili krąg. Julek ustawił wszystkich, tak jak w planie: najpierw krótka melodia, potem ukłon i na koniec wspólne machanie fanionami jak wachlarzami słońca. Serce Julka biło równo z tamburynem.
— Gotowi? — zapytał.
— Gotowi! — odpowiedzieli na raz.
Zaczęli grać. Melodia była prosta i skoczna. Faniony wirując, tworzyły kolory jak w tęczy. Nagle z tłumu wybiegła mała dziewczynka z różową kokardką. Miała w ręku papierowy stateczek. Podbiegła do nich i dała Julkowi swoje stateczek.
— Dziękuję, że uratowaliście mój balon! — powiedziała szeptem.
Julek uśmiechnął się szeroko i podał jej mały koralik z zapasów. Dziewczynka zatańczyła z nimi krótki krok, a potem wróciła do mamy, szczęśliwa. Publiczność mrugnęła z sympatią.
Podczas ostatniej nuty, warknęła mała fontanna i wynurzył się z niej pluskający kursant — to był kot z czerwonym krawatem! Kot przetańczył kilka kroków, zrobił salto i wylądował tuż obok chłopców. Publiczność westchnęła z zachwytu; dzieci pisnęły ze śmiechu.
— To nasz szczęśliwy kot! — zawołał Maks i pogłaskał go delikatnie za uchem. Kot podniósł głowę i zamiauczał jak wers piosenki.
Nadszedł moment, o którym Julek marzył: ukłon dla publiczności. Cała grupa ustawiła się równo, wzięła głęboki oddech i zrobiła dwa kroki do przodu. Faniony rozpostarły się jak skrzydła.
— Dziękujemy! — wykrzyknęli razem. — Zapraszamy na taniec i pączki!
Publiczność klasnęła i niektórzy wstali, żeby zatańczyć razem z nimi. Dzieci poczuły ciepło jak kocyk na kolanach. Pan Mirek zagrał jeszcze jedną melodię, a arkady rozbrzmiały śmiechem.
Na zakończenie Julek poprowadził prostą komendę: „Ręka w górę — salut!” Chłopcy podnieśli faniony i wykonali piękny ukłon. Wszystkie oczy były na nich. Mimo że był to mały ukłon, poczuli się jak bohaterowie wielkiego przedstawienia.
— Do widzenia! — powiedział Olek z szerokim uśmiechem.
— Na razie! — zaśmiał się Maks.
— Do zobaczenia na następnym karnawale! — dodał Franek, który miał już w dłoni kilka okruchów konfetti, by sypnąć je w powietrze.
Julek spojrzał na swoich przyjaciół i na tłum, który bił z radością. Serce mu się zrobiło lekkie jak balon. Wiedział, że dzięki planowi, pomocy i odrobinie odwagi udało im się stworzyć coś pięknego. Faniony falowały spokojnie, dzwoneczki brzęczały cicho, jakby opowiadały bajkę o odwadze i przyjaźni.
Gdy muzyka cichła, chłopcy rzucili ostatnie spojrzenie ku arkadom, ukłonili się raz jeszcze i razem, głosem pełnym radości, pozdrowili publiczność:
— Dziękujemy i salut!