Dawno, dawno temu, za siedmioma tęczami i kilkoma śmiesznymi pagórkami, był sobie Zaczarowany Księżycowy Księstwo, gdzie wszystko pachniało wanilią i mandarynkami. Mieszkał tam figlarny książę Józio, który był znany z tego, że nigdy nie chodził – zawsze podskakiwał jak zając na cukrowym polu.
Książę Józio miał kręcone włosy, w których czasem kryły się wróbelki, i różowe buty, które śmiesznie skrzypiały przy każdym kroku. Józio kochał psoty, żarty i przygody, a najbardziej… niespodzianki!
Pewnego dnia, kiedy księstwo budziło się do życia, Józio wpadł na pomysł tak śmieszny, że sam zaczął chichotać: — A co by było, gdybym dziś poprosił mostowego, żeby zatańczył polkę na moście? — mruknął, łapiąc wiatr we włosy.
Pierwsza Psota — Książę i Mostowy
Józio pobiegł do starego mostu nad rzeką Pluskotką, gdzie na drewnianym taborecie zawsze siedział mostowy Stanisław. Mostowy był bardzo poważny i miał nos, który wyglądał jak ogromna, czerwona poziomka. Nikt nigdy nie widział, żeby się śmiał.
— Dzień dobry, panie Stanisławie! — zawołał książę, stając jak żaba na jednej nodze. — Czy mógłby pan dziś zatańczyć taniec mostów?
Mostowy, który akurat czytał gazetę, uniósł brwi. — Taniec mostów? Co to za psota?
— Taki, co rozwesela nawet smutny most! — odpowiedział Józio, robiąc obrót jak czarodziejska wrzecionka.
Mostowy popatrzył na księcia, westchnął, ale zobaczył, jak małe wróbelki na włosach Józia śmieją się cicho. — Dobrze, spróbujmy — mruknął i bardzo powoli zaczął tupać, a potem robić krok w prawo, potem w lewo, aż w końcu się rozbujał.
Nagle but mostowego odfrunął i wpadł do rzeki Pluskotki, a na moście wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet sam most zachichotał i przez chwilę wyglądał, jakby miał dwa zakręcone uszy, bo balustrada się wyginała. Mostowy roześmiał się głośniej niż wszyscy.
— A niech to! — krzyknął mostowy, machając gołą stopą w powietrzu. — Zatańczyłem lepiej niż żaba w deszczu!
Książę był bardzo dumny, bo rozbawił mostowego, ale zaraz przyszła mu do głowy kolejna szalona myśl. — Panie Stanisławie, mogę dalej wędrować? Muszę odwiedzić orangerię! — zapytał.
— Idź, chłopcze, tylko nie zapomnij mnie odwiedzić znowu! — odpowiedział mostowy, uśmiechając się szeroko.
Druga Przygoda — Oranżeryjne Psoty
Za mostem, wśród sennych drzew, stała oranżeria księstwa — szklany pałac pełen pomarańczy, cytryn i magicznych roślin, które śmiały się do słońca. Pilnowała jej Pani Pomarańcza, czarodziejka w sukni z liści i z włosami jak żółta wata cukrowa.
Józio wszedł do oranżerii, trzymając się za brzuch, bo śmiał się wciąż z tańca mostowego. — Dzień dobry Pani Pomarańczo! — przywitał się wesoło.
— Dzień dobry, Józiu! Co cię tu sprowadza? — zapytała czarodziejka, mrugając pomarańczowym okiem.
— Szukam najśmieszniejszej pomarańczy w królestwie! — odpowiedział książę, rozglądając się na boki.
Pani Pomarańcza zachichotała cicho. — Najśmieszniejsza pomarańcza to ta, która samego siebie rozśmieszy! — powiedziała zagadkowo i wręczyła Józiowi pomarańczę. Była to Pomarańcza Figlarka, która miała oczy, nos i szeroki uśmiech narysowany zielonym długopisem.
— Hej, książę! — odezwała się pomarańcza cienkim głosikiem. — Jeśli mnie połaskoczesz, opowiem ci żart!
Józio wytrzeszczył oczy. — Jak można połaskotać pomarańczę?
Pani Pomarańcza szepnęła: — Spróbuj piórkiem z czapki wróbelka!
Książę wyciągnął piórko, które znalazło się przypadkiem w jego włosach, i połaskotał pomarańczę po brzuchu. Pomarańcza zaczęła chichotać, aż jej liście podskakiwały.
— Mój żart: Czemu pomarańcza nie potrafi grać w chowanego? — zapytała.
— Dlaczego? — zapytał Józio.
— Bo zawsze się zdradza sokiem! — Pomarańcza wybuchła śmiechem, aż soki trysnęły w powietrze.
Józio i Pani Pomarańcza śmiali się tak głośno, że nawet cytryny zaczęły robić śmieszne miny. Nagle, zupełnie niespodziewanie, wszystkie owoce w oranżerii zaczęły podskakiwać: pomarańcze turlały się po ziemi, cytryny robiły fikołki, a limonki kręciły się jak bączki.
Józio spróbował dogonić ślizgającą się pomarańczę, ale potknął się o dynię i upadł prosto w piramidę mandarynek! Mandarynki rozprysły się wokół niego jak kolorowe piłeczki.
— Ale bałagan! — krzyknęła Pani Pomarańcza, ale w jej głosie słychać było tylko radość.
Kłopot Wielkości Mandarynki
Nagle do oranżerii wpadły dwa zabawne elfy: Potarganiec i Szelmusia. Oboje zawsze mieli skarpetki nie do pary i kapelusze z piórkami.
— Co tu się dzieje? — zapytał Potarganiec, patrząc na księcia i wirujące mandarynki.
— Bałagan z uśmiechem! — odpowiedział Józio, śmiejąc się dalej.
Szelmusia wskazała na kawałki pomarańczy rozrzucone po podłodze. — Jak teraz posprzątacie? Czarodziejska miotła gdzieś uciekła — powiedziała zmartwiona.
— Musimy wymyślić plan! — powiedział z powagą Potarganiec. — Sprzątanie to nie taka prosta sprawa, kiedy owoce mają własne nogi!
Józio zamyślił się. — Nie poddamy się! Znajdziemy sposób, by posprzątać, nawet jeśli owoce tańczą lepiej niż mostowy!
Pani Pomarańcza zaproponowała: — Może owoce posprzątają same, jeśli zagramy im skoczną melodię?
— To genialne! — zawołał książę.
Potarganiec wyciągnął fujarkę, Szelmusia zaczęła grać na dzwoneczkach, a Pani Pomarańcza klaskała w liście. Książę Józio zaśpiewał piosenkę o mandarynkach, co się nie boją bałaganów. Owoce zaczęły tańczyć w kółku, aż zgrabnie wskoczyły do koszyków.
— Hurra! — krzyknął książę. — Udało się dzięki wspólnej zabawie i wytrwałości!
Elfy śmiały się i tańczyły razem z owocami, a światło w oranżerii migotało jak gwiazdki w słoiku.
Książę Wraca do Domu
Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, Józio poczuł się dumny i szczęśliwy. — Dziękuję wszystkim! — powiedział, machając peleryną.
Pani Pomarańcza wręczyła mu w prezencie wyjątkowo słodką mandarynkę. — Na pamiątkę! — powiedziała i uściskała księcia.
— Pamiętaj, Józiu — dodała Szelmusia — jeśli coś się popsuje, zawsze można spróbować jeszcze raz. Trzeba tylko mieć cierpliwość i nie tracić uśmiechu!
Józio wrócił przez most, gdzie mostowy Stanisław już na niego czekał.
— I jak tam twoja przygoda? — zapytał mostowy.
— Było śmiesznie, było bałaganiarsko, ale dzięki wytrwałości wszystko dobrze się skończyło! — odpowiedział książę z szerokim uśmiechem.
Mostowy uśmiechnął się i puścił oczko. — Tak trzymać, książę. Świat należy do tych, którzy się nie poddają!
Książę wrócił do zamku, gdzie zasnął szczęśliwy, tuląc słodką mandarynkę. Od tej pory zawsze pamiętał, że nawet największy bałagan można posprzątać — z odrobiną śmiechu, wspólnej zabawy i wytrwałości.
A most, oranżeria i wszystkie owoce długo jeszcze opowiadały innym o tym, jak książę Józio rozbawił cały zaczarowany świat i nigdy się nie poddał, nawet gdy cytryny fikały koziołki.
I tak już zostało — w Księżycowym Księstwie śmiech i wytrwałość mieszkały zawsze razem, jak dwa cukierki w jednym papierku.