Nocna przeszklenie
Mała czarowniczka o imieniu Lila siedziała w oknie na poddaszu. Okno było duże i okrągłe jak księżyc. Za nim rozciągała się noc, miękka i pełna świateł. Lila miała pięć lat. Nos miała zadarty, włosy w dwóch kłoskach i pelerynkę z gwiazdkami. Na palcu nosiła dzwoneczek, który brzęczał przy każdym ruchu.
Lila uczyła się robić czary. Nie takie groźne, tylko śmieszne i malutkie. Zamiast kociołków miała kubek ciepłego kakao. Zamiast zaklęć długich i trudnych, mówiła krótkie rymowanki. Jej ulubione były chmurki brokatowe. Kiedy pstrykała palcami, z końców jej różdżki wyskakiwały maleńkie chmurki, które sypały złote i różowe iskierki.
— Spróbuję teraz — szepnęła. — Brokacik, brokacik, pstryk!
Chmurka wyskoczyła i zawisła tuż przy szybie. Świeciła ciepło. Lila uśmiechnęła się szeroko. Noc za oknem wydawała się milsza. Światła domów przypominały mrugające robaczki.
Nagle chmurka kichnęła. "Achii!" Duży deszcz brokatu spadł na stół i kakao. Kubek zaczął świecić. Lila parsknęła śmiechem, ale zaraz poczuła, że stół jest bardzo błyszczący i trochę śliski. Zesunęła się krzesła na podłogę. Krzesło potoczyło się prosto do półki z książkami. Książki zrzuciły się jak domina.
— Ojej — powiedziała Lila. — Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Mówiła to miękko i szczerze. Złapała ściereczkę i zaczęła czyścić brokat. Chmurki poczuły wstyd. Jedna przytuliła się do szyby i mrugnęła.
Zaklęcie na buty
Następnego dnia Lila postanowiła ppomyśleć nad zaklęciem, które nie sprawiałoby kłopotów. Usiadła na parapecie okna nocą i patrzyła na gwiazdy. Słuchała śpiewu wiatru i liczyła pierwsze trzy gwiazdy.
— Będę robić dobre czary — powiedziała. — Takie, żeby wszyscy się śmiali.
W miasteczku obok mieszkał pan Filip, który miał dwa lewe buty. Zawsze potykał się w nich po ścieżkach. Lila pomyślała, że zrobi mu zaklęcie, które sprawi, że buty będą tańczyć zgodnie z krokami. Ale żeby się nie pomylić, najpierw ćwiczyła na pluszowym króliczku.
— Butki, butki, zatańczcie dziś! — zawołała i pstryknęła.
Króliczek od razu zaczął tańczyć. Zatańczył tak wesoło, że wpadł na stolik, potem na słoik z dżemem i wylądował w kominie lalek. Wszystko się turlało, śpiewało i fikało koziołki. Lila znów poczuła zgrzyt odpowiedzialności.
— Przepraszam króliczku! — szepnęła. — Przepraszam za dżem! Przepraszam dla lalek!
Króliczek wyskoczył cały w dżemie, ale uśmiechnął się szeroko. Lila poprawiła zaklęcie, wypowiedziała rym wolniej i dodała słowa o delikatności. Tym razem króliczek zatańczył spokojnie i odłożył się grzecznie do swojego koszyka. Lila klasnęła w radości. Zrozumiała, że mówić "przepraszam" pomaga naprawić bałagan, ale lepiej też planować zaklęcia ostrożniej.
Następnego wieczora Lila poszła do pana Filipa. Stała w oknie i obserwowała, jak mężczyzna drepta chodnikiem, krzywiąc się na drewniane podeszwy. Kiedy był blisko, zawołała:
— Panie Filipie! Mam coś dla pana!
Pan Filip podniósł głowę. Spojrzał na okno zaskoczony, ale uśmiechnął się. Lila wypowiedziała zaklęcie i nacisnęła przycisk różdżki. Buty pana Filipa zaczęły delikatnie podnosić się i stawiać kroki tak jak on chce. Pan Filip zatańczył pierwszy krok, potem drugi — i oboje wybuchnęli śmiechem.
— Ojej, to działa! — zawołał pan Filip.
Lila skoczyła z radości, ale nie zauważyła, że jedna z chmurek brokatu utknęła w szybie. Kiedy pan Filip ruszył szybko, brokat wysypał się wiatraczkiem prosto do jego kapelusza. Kapelusz zamienił się w różowy młynek z kwiatów. Pan Filip miał teraz na głowie żywe stokrotki.
Wszyscy mieszkańcy ulicy spojrzeli z ciekawością. Pan Filip nie był zdenerwowany. Zamiast tego zdjął kapelusz, pokłonił się i zrobił mały układ taneczny, a ludzie zaczęli klaskać. Lila znowu powiedziała swoje magiczne "przepraszam" i podążyła w dół schodów z małym koszyczkiem, żeby pomóc zebrać stokrotki. Pan Filip uśmiechał się szeroko i powiedział:
— To było najweselsze przepraszanie jakie znam!
Okno na noc i wielka parada
Noc wypadła pięknie. Lila spędzała większość czasu przy oknie. Tam myślała, naprawiała i wymyślała. Okno było jej miejscem na śmiech i poważne myśli. Pewnego wieczoru usłyszała hałas na ulicy. Coś wielkiego nadchodziło — jak parada, ale pełna dziwów.
Chmury brokatowe nad domami zamieniły się w balony. Lampy uliczne zaczęły tańczyć w rytm bębnów. W parady wkroczyły pluszowe smoki, które prychały kwaskowatą lemoniadą. Lila spojrzała przez okno i zobaczyła, że mieszkańcy miasteczka maszerują z uśmiechami. Wszystko wyglądało jak święto.
Jednak wśród kolorów pojawiła się mała komplikacja. Ktoś przez pomyłkę rzucił trochę zbyt dużo brokatu na pogodę. Chmurki zaczęły szeleścić i wypuszczać konfetti, które wpadło do fontanny i zmieniło wodę w smak truskawkowo-błyszczący glut. Smyczki z balonów splątały się między kominami. Koty w oknach machały ogonami.
— Trzeba pomóc! — zaświergotała Lila. — Ale tak, żeby było śmiesznie i bez płaczu.
Wyszła z okna na dach (oczywiście to była tylko mała dróżka, bo Lila potrafiła chodzić po dachach bez bałaganu). Chwyciła swoje różdżkowe rękawiczki i zaczęła organizować. Najpierw przeprosiła chmurki.
— Przepraszam chmurki, że trochę przesadziłam! — mówiła cicho. — Ale razem naprawimy.
Chmurki odpowiedziały małym deszczem brokatu, który teraz spadł w rytmie muzyki. Lila nakazała balonom tańczyć wysoko, by odplątać się od kominów. Pluszowe smoki dmuchały bąbelki, które łapały konfetti i zmieniały je w papierowe ptaszki. Mieszkańcy zaczęli śpiewać proste piosenki, a pan Filip prowadził marsz w kapeluszu ze stokrotkami.
Były małe błędy. Bamboszki jednego dziecka zaczęły kręcić się jak śmigło. Stoły w kawiarence poskładały się w kształt wielkiego instrumentu. Lila co chwilę mówiła swoje uprzejme "przepraszam" i wstawiała poprawkę zaklęcia. Jej przeprosiny były jak plasterki — łagodne i ciepłe. Dzieci przyklaskiwały.
— Lila, dziękujemy! — krzyknął ktoś z tłumu.
W końcu, dzięki wspólnemu wysiłkowi, parada ustawiła się w radosnym korowodzie. Chmurki brokatowe tworzyły łuk nad głowami. Woda w fontannie zamieniła się w kolorowe światła, a smoki pluły puchowymi cukierkami. Balony unosiły dzieci, które śmiały się głośno.
Lila stała w oknie na noc i patrzyła. Czuła, że serce bije jej mocno z radości. Ktoś podał jej mały laur, zrobiony z papieru i koronki. Pan Filip przytulił ją i powiedział:
— Jesteś naszą gwiazdą, Lila.
Lila spojrzała na wszystkich. Uśmiechnęła się skromnie i powiedziała:
— To wspólna praca. Wszyscy pomogliśmy.
Miasteczko zebrało się pod jej oknem. Nie brakowało śmiechu i braw. Nawet króliczek miał swoje miejsce na ramieniu pana Filipa.
Finał pod gwiazdami
Noc kończyła się powoli, ale ciepło zostało. Lila zamknęła oko na chwilę i wypuściła maleńką chmurkę podziękowań, która rozpłynęła się jak iskra. Potem usiadła w oknie i zapisała w swojej małej księdze: "Dziś nauczyłam się pomagać razem z innymi. Przepraszanie jest miłe. Śmiech leczy."
Mieszkańcy stali przed domem i patrzyli w górę. W ich oczach lśniła duma. Każde dziecko pokazało swoim palcem gwiazdkę na jej pelerynce. Pan Filip uśmiechał się tak szeroko, że mógłby oświetlić ulicę.
Lila poczuła coś cieplego w środku. To była duma, ale nie taka, która chwali tylko siebie. To była duma dzielona z innymi. Była duma, którą buduje się razem, podczas gdy ktoś podaje rękę, ktoś inny śpiewa, a jeszcze ktoś inny sprząta konfetti z fontanny.
— Dziękuję wam — wyszeptała Lila przez szybę. — Jesteście najlepsi.
Wtedy chmurka brokatowa przytuliła się do szyby i wyszeptała coś, co brzmiało prawie jak "brawo". Lila odpowiedziała swoim cichym dzwonieniem brzęczka na palcu. To było ich specjalne połączenie.
Mieszkańcy rozeszli się w cichą radość nocy. Okno na noc zgasło powoli, ale w środku wciąż było ciepło. Lila przetarła swoje małe dłonie i ułożyła różdżkę obok kubka z kakao. Zamknęła księgę z zadaniami i położyła głowę na poduszce przy oknie. Zasnęła z uśmiechem, a ostatni widok jaki miała, to balony kołyszące się delikatnie nad dachami.
Rano, kiedy słońce zbudziło miasteczko, każdy miał w kieszeni kawałek papierowego ptaszka albo kwiatuszka ze stokrotki. Każde dziecko miało w oczach blask przygody. A pan Filip? On chodził pewniej niż kiedykolwiek, bo teraz jego buty tańczyły razem z nim, a kapelusz miał małą kokardkę zrobioną z bibuły, którą podarowała mu Lila.
Lila wyszła na parapet. Spojrzała na ulicę. Mieszkańcy machali do niej. Ona pomachała z powrotem. Czuła, że jest częścią tej krainy — tej zabawnej, troskliwej i brokatowej. I to było najlepsze uczucie na świecie.
W sercu Lili pojawiło się ciche przekonanie: grać razem znaczy lepiej. Dzielić się śmiechem, poprawiać błędy i przepraszać z serca — to był jej nowy sposób na magię. Tak oto w oknie na noc, między gwiazdami i chmureczkami brokatu, narodziła się mała czarownica, która potrafiła rozśmieszyć świat i naprawić każdą małą katastrofę — z uśmiechem i z przeprosinami.
I wszyscy czuli dumę. Duma była ich wspólnym klejnotem, błyszczącym cicho pod gwiazdami.