Początek: Pan Doktor i poranek w przychodni
Pan Doktor Michał był pediatrą. To znaczy, że leczył dzieci. Miał spokojny głos, jak miękka kołdra, i cierpliwość, jak długa kolejka klocków, która nigdy się nie przewraca.
Tego wieczoru w przychodni było cicho. Za oknem mrugała latarnia, a na parapecie stała mała roślina w zielonej doniczce. Pan Doktor Michał lubił takie chwile. Wtedy wszystko dało się robić dokładnie i bez pośpiechu.
W gabinecie pachniało mydłem i czymś jeszcze… może kredkami? Na półce stały książeczki o dinozaurach i o kosmosie, bo czasem, kiedy dzieci się boją, łatwiej im myśleć o T-Rexie niż o termometrze.
Pan Doktor spojrzał na swój stolik. Leżały na nim: stetoskop, drewniana szpatułka do gardła, plasterki w pudełku z narysowaną żyrafą, termometr i mała latarka do zaglądania do uszu. Wszystko miało swoje miejsce.
— Dzisiaj też będziemy ostrożni — powiedział do siebie cicho. Lubił to słowo: „ostrożnie”. Brzmiało jak powolny krok po mokrych kamieniach, kiedy nie chcesz się poślizgnąć.
W poczekalni ktoś kichnął. Pan Doktor od razu otworzył drzwi.
— Zapraszam, kto następny?
Weszła dziewczynka w żółtej czapce, a obok niej mama. Dziewczynka trzymała misia za łapkę tak mocno, jakby miś był jej odwagą.
Środek: Trzy małe wizyty i ważne zasady
Dziewczynka nazywała się Hania. Miała czerwony nosek i oczy jak dwa zmęczone guziki.
— Gardło trochę drapie — szepnęła.
Pan Doktor Michał uklęknął, żeby być na wysokości jej twarzy.
— Zrobimy to spokojnie. Najpierw posłucham, jak gra twoje serce. Serce to taki bębenek, który wybija rytm, nawet gdy śpisz.
Hania uśmiechnęła się odrobinę, bo bębenek w brzuchu brzmiał zabawnie.
Pan Doktor przyłożył stetoskop do jej bluzy. Słuchał uważnie: raz z przodu, raz z tyłu.
— Oddychaj jak smok, który zdmuchuje świeczkę. Powoli: fuuu.
Hania dmuchnęła tak porządnie, że jej czapka trochę się poruszyła. Mama zachichotała.
Potem Pan Doktor Michał podszedł do umywalki, umył ręce, aż piana zrobiła się jak śmietanka. Wytarł dłonie i wyjął z szuflady rękawiczki.
Założył je powoli. Rękawiczki cicho „pstryk” przylegały do palców.
— Po co te rękawiczki? — spytała Hania.
— Żebyśmy byli bezpieczni — odpowiedział. — Ręce są jak małe autobusy. Czasem mogą przewozić niewidzialne drobinki. Rękawiczki pomagają, żeby te drobinki nie wędrowały dalej.
Hania pokiwała głową, jakby naprawdę zobaczyła miniaturowe autobusy.
Pan Doktor obejrzał gardło latarką.
— Aaam — poprosił.
— Aaaam — powiedział miś razem z Hanią, bo Hania przyłożyła misia do swojej buzi. Wyszło bardzo śmiesznie, więc strach zmalał jak balonik, z którego wypuszczono trochę powietrza.
— Gardło jest czerwone. To może być zwykłe przeziębienie. Najważniejsze: dużo pić, odpoczywać i myć ręce — wyjaśnił Pan Doktor. — A kiedy kichasz, łokieć robi za parasolkę. Tak: hop!
Pokazał, jak kichać w zgięcie łokcia. Hania spróbowała i wyszło jej trochę jak ukłon.
— I jeszcze jedna rzecz — dodał. — Jeśli gorączka będzie wysoka albo trudno będzie oddychać, wtedy wracacie albo dzwonicie. Ostrożność to nie strach. To mądrość.
Hania dostała naklejkę z żyrafą i wyszła dumnie, jakby właśnie ukończyła mały kurs odwagi.
Nie minęła chwila, a do gabinetu wpadł chłopiec, który trzymał się za palec.
— Ojej — jęknął. — Skaleczyłem się!
Chłopiec miał na imię Kuba. Na palcu była mała kreska krwi, jak cieniutki czerwony długopis.
Pan Doktor Michał znów umył ręce i założył świeże rękawiczki.
— Najpierw zobaczymy, czy to głęboko — powiedział spokojnie. — A potem zrobimy palcowi „kapelusz” z plastra.
Kuba popatrzył podejrzliwie.
— Kapelusz?
— Tak. Plaster to taki mały dach. Chroni skórę, żeby mogła się spokojnie naprawiać.
Pan Doktor przemył ranę. To trochę szczypało, więc Kuba zacisnął usta. Pan Doktor od razu dodał:
— Szczypie, bo płyn jest jak strażnik. Przegania brudne drobinki. Ty też możesz pomóc: oddychaj powoli, jakbyś wąchał zupę.
Kuba powąchał powietrze, jakby naprawdę była tam pomidorowa. Szczypanie szybko minęło. Pan Doktor przykleił plaster z małym statkiem.
— Teraz palec jest kapitanem — stwierdził. — A kapitan odpoczywa.
— A mogę jutro jeździć na hulajnodze? — zapytał Kuba.
— Możesz, ale ostrożnie — odparł Pan Doktor. — Kask na głowę, a na kolana ochraniacze. Wiesz, po co?
Kuba wzruszył ramionami.
— Bo ciało to jak rower. Jak ma osłony, mniej się obija. Lepiej zapobiegać niż potem płakać.
Kuba zamyślił się i pokiwał głową. Brzmiało to bardzo rozsądnie, nawet jeśli trochę nudno. A nudne bywa czasem mądre.
Trzecia wizyta była małym zaskoczeniem. Przyszedł chłopiec o imieniu Olek, który wcale nie wyglądał na chorego. Skakał jak piłka i mówił szybko:
— Panie Doktorze! Ja mam dziwny dźwięk w uchu. Jakby komar grał na trąbce!
Pan Doktor Michał uśmiechnął się pod wąsem.
— Sprawdzimy. Ucho to taka mała jaskinia. Czasem w jaskini coś się zaszumi.
Olek usiadł. Pan Doktor umył ręce i tym razem nie zakładał rękawiczek od razu, bo tylko patrzył latarką do ucha specjalnym przyrządem. Ale gdy zobaczył, że w uchu jest trochę woskowiny i trzeba delikatnie oczyścić, założył rękawiczki ponownie.
— Widzisz, zakładam rękawiczki, kiedy muszę dotknąć i być bardzo czysty — wyjaśnił. — To część mojej pracy.
Olek zrobił wielkie oczy.
— A pan nie boi się uszu?
— Nie — odparł Pan Doktor. — Ja się z nimi zaprzyjaźniłem.
Okazało się, że Olek za mocno czyścił uszy patyczkiem.
— Patyczek lubi pchać woskowinę głębiej — powiedział Pan Doktor łagodnie. — A woskowina to nie wróg. To strażnik. Chroni ucho przed kurzem. Trzeba tylko dbać, ale nie przesadzać. Ostrożnie.
— To co mam robić? — zapytał Olek ciszej.
— Myć uszy z zewnątrz w czasie kąpieli, a jeśli coś przeszkadza, przyjść do lekarza. I mówić dorosłym, zamiast działać samemu.
Olek przytaknął. Komar w trąbce ucichł, bo po delikatnym oczyszczeniu szum zniknął.
— Uff — westchnął. — Myślałem, że w uchu zamieszkał mi owad.
— Owady wolą ogród — mrugnął Pan Doktor. — Ucho to miejsce na słuchanie bajek przed snem.
Olek uśmiechnął się szeroko. To był dobry pomysł.
Koniec: Cichy porządek i spokojny sen
Gdy ostatnie dziecko wyszło, w przychodni znów zrobiło się cicho. Pan Doktor Michał zdjął rękawiczki i wyrzucił je tam, gdzie trzeba. Umył ręce długo i dokładnie, jakby rysował pianą małe kółka.
Potem zaczął sprzątać. Nie dlatego, że musiał. On lubił porządek. Porządek był jak równo ułożone poduszki — od razu robiło się spokojniej.
Wytarł blat, odłożył stetoskop na haczyk, ułożył szpatułki, zamknął pudełko z plastrami. Latarka wróciła do szuflady. Kartki z zaleceniami wylądowały w teczce. Na biurku zostało tylko pióro i mały notes.
Pan Doktor spojrzał na swój gabinet. Wszystko było na miejscu. Biurko wyglądało jak czysta, jasna polana w lesie — bez gałęzi, bez bałaganu, gotowe na nowy dzień.
Zanim zgasił lampkę, pomyślał o Hani, Kubie i Olku. O ich małych strachach, które zrobiły się mniejsze. O ich mądrych krokach: myciu rąk, kasku na głowie, proszeniu o pomoc.
— Dobra praca — szepnął Pan Doktor Michał. — Dobra, ostrożna praca.
Za oknem latarnia mrugnęła jeszcze raz, jakby też mówiła „dobranoc”. A w środku przychodni było spokojnie, jasno i bezpiecznie — jak w domu, gdy ktoś przykrywa cię kołdrą i mówi, że wszystko będzie dobrze.