Światło w dłoni
Pan Jan był dorosły i łagodny. Miał dłonie ciepłe jak chleb. Niósł małą lampkę. W lampce świeciło światełko jak mleko. To było światełko dobroci. Pan Jan mówił do lampki: "Bądź jasna. Bądź miękka." Lampka mrugała jak gwiazdka.
Pewnego poranka wiatr zaszumił: "W miasteczku zasnęła dobroć." Pan Jan skinął głową. Słońce było jeszcze niskie. Krople rosy siedziały na trawie jak perły. Pan Jan zebrał kilka kropel w spojrzeniach. Włożył je do kieszeni serca. "Idę," powiedział cicho. "Idę rozjaśnić ścieżki serc."
Droga była spokojna. Drzewa kołysały gałęzie jak ramiona. Kot na płocie zamruczał: "Miau, miau, idziesz z światłem?" Pan Jan się uśmiechnął. "Idę z światłem. Idę z dobrym słowem." Chmurka płynęła jak łódka. Księżyc spał, ale słyszał i śnił o czułych latarkach. Wszystko było miękkie i dobre. Magia była jak puch. Nie straszyła. Głaskała jak szalik.
Droga przez miasteczko
W miasteczku ludzie byli zajęci. Uśmiechy były malutkie, jak okruszki. "Dzień dobry," powiedział Pan Jan. Jego głos był jak ciepła herbata. Lampka zaświeciła troszkę jaśniej. Pani z koszykiem spojrzała i wyszeptała: "Dzień dobry." Słowo poleciało jak jasny ptaszek. Usiadło na jej sercu i mrugnęło.
Pan Jan postawił lampkę przy studni. Woda zamieniła się w lustro świata. W lustrze było widać twarze. Twarze miały oczy jak okna. Światełko wchodziło do tych okien i mówiło: "Proszę. Dziękuję. Proszę. Dziękuję." Dziecko upuściło jabłko. Jabłko potoczyło się jak małe słońce. "Och," powiedziało dziecko. "Nic się nie stało," powiedział Pan Jan. Podniósł jabłko. Uśmiechnął się cicho. Dziecko też się uśmiechnęło. Uśmiech rozlał się jak miód.
Piekarz wyszedł z piekarni. Pachniał chlebem i ranem. Pan Jan uchylił lampkę. Światło dotknęło bochenka. Piekarz powiedział: "Proszę, kawałek dla ciebie." Pan Jan odpowiedział: "Dziękuję, podzielmy się." I podzielili się. Słowa "proszę" i "dziękuję" zatańczyły na krawędzi stołu. Tańczyły prosto, spokojnie, jak dwa listki.
Kotek otarł się o nogę Pana Jana. "Mruczysz pięknie," powiedział Pan Jan. "Mruczę dla dobroci," zamruczał kot. Pani z koszykiem oddała staruszkowi miejsce na ławce. Staruszek powiedział: "Dziękuję, serce moje lżejsze." Światło miękko spływało ulicą jak strumyk mleka. Cienie były grzeczne i też ciche.
Światło w sercach
Wieczór przyszedł powoli, jak kot na paluszkach. Lampy w oknach świeciły jak złote kwiaty. Pan Jan usiadł na murku. Lampka oddychała równym, jasnym oddechem. "Dobroć wraca," wyszeptał. Wiatr skinął. Drzewo zaszeleściło: "Tak, tak."
Pan Jan wyjął z kieszeni małe świetliki. To były dobre myśli. Rozdał je oczom i dłoniom. "Proszę," mówił. "Dziękuję," odpowiadały oczy i dłonie. Każde "proszę" było jak ziarno. Każde "dziękuję" było jak kropla deszczu. Ziarno i kropla rosły w kwiat. Kwiat świecił cicho w środku człowieka.
"Co to za czar?" pytali ludzie. "To czar prostych rzeczy," powiedział Pan Jan. "To czar, który mieszka w sercu. Światło zna drogę. Miłość zna drogę. Gdy jest choć iskierka, mrok kładzie się spać." Lampka skinęła, jakby mówiła: "Tak."
Noc rozłożyła miękki koc nad miasteczkiem. Księżyc obudził się na chwilkę i mrugnął. Pan Jan wstał. Zostawił w każdym domu małe światełko jak pestkę. "Niech rośnie," szepnął. Ludzie poczuli ciepło pod żebrem, jakby ktoś położył tam dłonie.
Pan Jan wrócił drogą między drzewami. Słuchał ciszy. Cisza była dobra. Lampka przymknęła oczko. "Dziękuję ci," powiedziało miasteczko sennym głosem. "Dziękuję," odpowiedział Pan Jan. I wszyscy spali spokojnie, bo wiedzieli, że kiedy mówisz "proszę" i "dziękuję", światło zawsze odnajduje ścieżkę serca.