Rozdział 1 — Szlak słońca
Marta jechała na koniu o imieniu Błysk. Koń miał błyszczącą grzywę i miękkie kopyta. Słońce świeciło wysoko. Wiatr chłostał twarz Marty. Daleko rozciągały się równiny. Na niebie latały białe obłoki jak wata cukrowa.
Marta była cowgirl. Była spokojna i hojna. Pomagała każdemu, kto potrzebował. Miała mały notatnik. W notatniku rysowała trasę. Chciała przepisać stary szlak koczowniczy. Szlak prowadził przez kaniony, rzeki i osiem zakrętów piaskowych.
„Muszę skopiować trasę dokładnie,” mówiła do siebie Marta. „Tak będzie bezpieczniej dla podróżnych.” Jej głos był ciepły. W oczach miała ciekawość i odwagę.
Mieszkańcy miasteczka dali jej mapę. Mapa była poplamiona herbatą i wyblakła na krawędziach. Na mapie była kropka przy starej kapliczce, kamień, stary dąb i wielka skała w kształcie lwa. Marta przytuliła mapę. „Zrobię to dla wszystkich,” szepnęła.
Błysk parsknął. Marta pogłaskała jego szyję. Razem wyruszyli w drogę. Szlak pachniał suchą trawą i ziołami. Dźwięk kopyt rozbrzmiewał jak bębenki.
Rozdział 2 — Wiatr i rzeka
Pierwsza próba była przy rzece. Rzeka była szeroka i szybka. Woda połyskiwała jak lustro. Marta spojrzała na mapę. „Tu jest most, ale most może być zniszczony,” powiedziała. I rzeczywiście, most był zerwany. Deski latały w wodzie.
Marta nie spanikowała. Zajrzała do swojego plecaka. Miała lina i mały hak. Zawiązała linę wokół Błyska. Jej dłonie były pewne. Związała linę też za starym drzewem. „Trzeba pomyśleć,” mówiła cicho.
Zastanowiła się. Zauważyła kamienie u brzegu. Były płaskie jak talerze. Ułożyła kamienie w rzędzie. Przeskakiwała z jednego na drugi, trzymając linę. Błysk przeszedł ostrożnie. Razik — szybko — zgrzyt kopyt. Marta pomogła starszej pani, która utknęła na drugim brzegu. Pani miała wiszący koszyk z jabłkami i zielonym szalem. „Dziękuję,” powiedziała z drżeniem głosu. Marta uśmiechnęła się i podała rękę.
Gdy wszyscy byli bezpieczni, Marta zapisała w notatniku: „Most jest zerwany. Kamienie pomogą.” Była to mała, prosta uwaga. Ale pomogła innym przejść bezpiecznie.
Nagle z krzaków wyskoczył lis. Był czerwony i chudy. Pobiegł w stronę jabłek. Dzieciaki z miasteczka śmiały się. Marta rzuciła kawałek suchara. Lis podszedł, powąchał i odszedł. Wszyscy robili wielki oddech i śmiali się.
Wiatr niósł zapach siana i pieczonego chleba. Słońce zaczęło chować się za zębami klifów. Marta znalazła miejsce na nocleg. Rozbiła mały obóz. Zapaliła lampę naftową. Błysk przeżuwał siano nieopodal. Marta patrzyła na mapę i szeptała: „Jutro znajdziemy dąb.”
Rozdział 3 — Kanion i echo
Rano słońce było różowe jak jabłko. Marta zebrała obóz. Jej kapelusz był lekko zgnieciony, ale serce miała pełne siły. Wyruszyli w kierunku kanionu. Kanion był głęboki i cichy. Wewnątrz słychać było tylko echo.
„Echo nas ocenia,” zaśmiał się Błysk, gdy Marta mruknęła do niego. Tak naprawdę to był tylko wiatr, ale echo powtarzało każde słowo jak zabawny przyjaciel.
Na skraju kanionu czekała zagadka. Stary drogowskaz miał trzy strzałki. Jedna wskazywała „Skała-Lwa”. Druga „Stare Wydmy”. Trzecia „Kapliczka”. Strzałki były pomylone. Marta przyjrzała się mapie. Strzałki na mapie też były rozmyte.
„Trzeba zbadać teren,” powiedziała Marta i zeszła w dół. Jej buty skrzypiały na piasku. Zobaczyła ślady małych stóp i kilku ptaków. Obok były rysunki w skale — ktoś narysował konia i gwiazdy. Marta się uśmiechnęła. To były ślady podróżników, którzy tu kiedyś odpoczywali.
Zadzwonił telefon? Nie było telefonu. Była tylko natura. Marta rozejrzała się. Na dnie kanionu stał mały strumień. Strumień prowadził do skały w kształcie lwa. Marta ustaliła kierunek. „To tu,” powiedziała. Zaczęła rysować na kartce prostą linię z kamieniami. Rysunek wyglądał jak mały szlak.
Wtem wiatr zawył głośniej. Głos echa powtórzył: „Uwaga! Uwaga!” Marta przystanęła. Z góry spadł mały kamień i ugrzązł u stóp Błyska. Serce jej zabiło mocniej. „Spokojnie, Błysk,” szepnęła. Z młodzieńczą odwagą podniosła kamień. Był lekki. Nic się nie stało.
Znalazła na skale znak – mały krzyżyk wyrzeźbiony dłutem. Zorientowała się, że podróżnicy oznaczali miejsce odpoczynku. Z uśmiechem zrobiła notatkę: „Krzyżyk — odpoczynek.” Wcisnęła ją później w notatnik.
Gdy wyszli z kanionu, na horyzoncie zobaczyli stary dąb. Jego pień był gruby jak dom. Gałęzie rozkładały się jak ręce. Pod dębem leżała stara skrzynia. Marta podeszła powoli. Serce jej biło jak młot. Otworzyła skrzynię. W środku były stare listy, kawałek tkaniny i mała, wypalona mapa.
Listy opowiadały historię rodziny, która tu kiedyś mieszkała. Była tam miłość, troska i prosta radość. Marta przeczytała fragment na głos. Echo słów zaniosło je nad równinę. Dzieci w miasteczku zatrzymały się i słuchały.
„Czasem droga to nie tylko kamienie,” powiedziała Marta. „To też historie i ludzie.” Zapisała wszystko w notatniku. Jej trasa stała się pełna obrazów i słów.
Rozdział 4 — Obrus położony
Ostatni etap prowadził przez łąkę pełną kwiatów. Kwiaty były czerwone, żółte i niebieskie. Pszczoły bzyczały jak małe syreny. Marta czuła radość. W notatniku miała już dużo szkiców. Chciała, by jej przepisana trasa była piękna i pomocna.
W miasteczku wszyscy czekali na jej powrót. Mamy, dziadkowie i dzieci ustawili stoły na placu. Były talerze, kubki i koszyki z chlebem. Marta zobaczyła, że ktoś zapomniał obrusu. Stare drewno stołu było ostre. Dzieci patrzyły smutno.
Marta przypomniała sobie kawałek tkaniny ze skrzyni pod dębem. Była to cienka, miękka tkanina z haftem. Miała kropki i małe serduszka. Chwyciła ją delikatnie. „To idealne,” pomyślała.
Błysk przyprowadził swoje siodło i stanął dumnie. Marta rozwiesiła tkaninę jak obrus. Rozłożyła ją na stole i wygładziła ręką. Obrus pasował jak chusta do tańca. Dzieci klasnęły w dłonie. Powietrze wypełniło się zapachem chleba i herbaty.
Marta zawołała: „Przyjdźcie, siadajcie!” Wszyscy usiedli. Opowiedziała o swojej trasie. Pokazała notatnik. Dzieci wsłuchiwały się w każdą linijkę. Rysunki ożywały jak małe filmy. Mieszkańcy słuchali i klaskali.
Przy stole ktoś zaczął śpiewać prostą piosenkę o szlaku i koniu. Głos był miękki jak wata. Marta czuła, że serce jej rośnie. Wiedziała, że przepisała trasę nie tylko na papierze. Przepisała ją w sercach ludzi.
Kiedy jedli chleb i jabłka, Marta położyła na środku stołu obrus, który znalazła. Obrus lśnił w słońcu. Był symbolem troski i gościnności. Dziecko siedzące obok położyło rękę na krawędzi tkaniny i uśmiechnęło się szeroko.
„Dziękujemy, Marto,” powiedział burmistrz. Jego głos był poważny i ciepły. „Dziękujemy za odwagę i serce.” Marta uśmiechnęła się nieśmiało. Była szczęśliwa, ale też zmęczona. Błysk otrzymał marchewkę jak nagrodę.
Wieczór opadł jak miękki koc. Gwiazdy zapaliły się jedna po drugiej. Dzieci wyszły na zewnątrz i patrzyły w dal. Marta siedziała obok ognia i rysowała ostatnią linię w notatniku. Na końcu narysowała małą obrusową chmurkę. Potem przyłożyła kartkę do serca.
„Trasa jest gotowa,” wyszeptała. „Niech prowadzi innych bezpiecznie.” I położyła notatnik w skrzyni obok listów.
Pod niebem, przy ciepłym ogniu, wszyscy śpiewali i opowiadali. Marta patrzyła na roześmiane twarze. Wiedziała, że dobroć łączy ludzi bardziej niż mapa. Obrus na stole był prostym znakiem. Znakiem, że każdy może podzielić się ciepłem.
Kiedy noc była już głęboka, Marta wzięła obrus do swoich rąk jeszcze raz. Delikatnie go ułożyła na środku stołu i wygładziła. Była to ostatnia czynność dnia. Obrus leżał równo, jak pieczęć na pięknej opowieści.
Błysk odetchnął ciężko i położył głowę na kopycie. Marta przytuliła go i zamknęła oczy. Jej serce było spokojne. Wiedziała, że jutro znów wyruszy. Ale dziś było dobrze. Obrus położony, trasa skopiowana, ludzie bezpieczni. Wszystko pachniało sielsko i bezpiecznie.