Trwa ładowanie...
Opowieść urodzinowa 11-12 lat Czytanie 17 min.

Turbo urodziny Tosi: Miś Bartek, rytm i muzyczna świeczka

Miś Bartek i jego przyjaciele przygotowują się do urodzin Tosi, organizując zabawne rytmy oklasków oraz próbując różnych smaków lodów, aby uczcić tę wyjątkową okazję. W trakcie przygotowań odkrywają, jak ważne jest dzielenie się radością i słuchanie siebie nawzajem.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Na środku obrazu mały brązowy niedźwiadek o imieniu Bartek, z miękkim i jedwabistym futrem, uśmiecha się szeroko. Ma na sobie kolorowy kapelusz imprezowy i trzyma w łapkach kalejdoskop, zachwycony wzorami tańczącymi przed jego oczami. Obok niego mała wiewiórka Tosia, z ognistym rudym futrem i długim puszystym ogonem, skacze z radości, jej oczy błyszczą z ekscytacji. Ma na sobie papierowy kapelusz ozdobiony kwiatami i macha kolorowymi serpentynami. Tło to słoneczny park, pełen kolorowych lampionów zawieszonych na drzewach, oraz duża drewniana scena ozdobiona girlandami kwiatów. Przygotowane są stoły z dekorowanymi ciastami i napojami gazowanymi, a dzieci i zwierzęta bawią się wokół, śmiejąc się i grając. Główna scena pokazuje Bartka i Tosię przygotowujących niespodziankę na urodziny Tosi, otoczonych przez przyjaciół, wszyscy nie mogą się doczekać rozpoczęcia imprezy. zgłoś problem z tym obrazem

Scena pod chmurami

Miś Bartek lubił patrzeć uważnie. Zanim wszedł na drewniane deski amfiteatru, policzył cztery szerokie kroki, obejrzał każdą listwę i przesunął łapą po poręczy, czy nie ma drzazg. Na trawie wokół sceny leżały kolorowe wstążki, a na drzewach wisiały plakaty z wielkimi literami: „URODZINY TOSI – DZISIAJ!” Park pachniał świeżo skoszoną trawą i popcornem, a zza kulis brzmiały próby piosenek.

Bartek przystanął i policzył w myślach lampiony – było ich dwanaście, po jednym na każdy miesiąc. Lubił uporządkowane rzeczy; dzięki temu rzadko coś go zaskakiwało. Chociaż… tego dnia czekało go parę zaskoczeń.

Na środku sceny krzątała się wiewiórka Tosia, jej ogon falował jak chorągiewka. Machnęła do Bartka, aż paczka bibułek prawie wypadła jej z łapek. Przy stołach z lemoniadą kręcili się przyjaciele: żółw Henio, który zawsze mierzył czas, i sroka Mira, odpowiedzialna za błysk.

— Bartek, jesteś! — zawołała Tosia. — Wymyśliłam, że zrobimy rytm oklasków do zdmuchiwania świeczek. Wiesz, coś z polotem. Ty potrafisz najlepiej liczyć uderzenia.

— Mogę spróbować — odparł Bartek, zerkając na stolik z tortem przykrytym pudełkiem. — Ale najpierw zobaczę, czy żadna deska nie chybocze. Bezpieczna scena, bezpieczny taniec dłoni.

Żółw Henio spojrzał na swoją klepsydrę.

— Mamy trzy godziny do przyjścia gości. Rytm zdążymy, jeśli nie zgubimy się w brawach.

— Ja się zgubię najwyżej w wstążkach — prychnęła żartobliwie Mira. — Ale błysk będzie taki, że nawet księżyc zamruga.

Bartek sunął łapą po krawędzi sceny, poprawił jeden gwóźdź i dopiero wtedy usiadł na skrzynce. Lubił wiedzieć, że deski nie skrzypią podejrzanie. Zauważył też pudło ze świeczkami. Z boku wystawała mała karteczka: „Muzyczna – gra Sto lat!” Obok leżał gwizdek reżysera, chociaż reżyserem była dziś Tosia w przypiętym kapelusiku prowadzącej.

— Tosiu, zrobimy próbę klasków zanim wystartujemy z dekoracjami? — zapytał.

— Jasne — przytaknęła z iskrą w oku. — Rytm powinien brzmieć jak fale: kla-kla, kla, kla-kla!

— Możemy dodać coś pamiętliwego — zaproponował Henio. — Na przykład: „Dzię-ku-je-my, dzię-ku-je-my”.

— To nawet ładniejsze niż fale — ucieszyła się Tosia. — Róbmy to.

Słońce przesunęło się kawałek po niebie, a ich dłonie spróbowały pierwszego wspólnego ruchu. Przy lekkim wietrze oklaski brzmiały jak małe skrzydełka. Bartek liczył po cichu, oczy wędrowały mu po twarzach przyjaciół. Widział, kiedy ktoś wyprzedza pół uderzenia, kiedy łapki Miry klaskają za wcześnie, a kiedy Henio, w swoim spokoju, zostaje odrobinę z tyłu. Uśmiechał się i kiwał głową. Rytm powoli zaczynał pasować do serc.

Lody i metronom

Po kilku próbach Tosiowy ogon zmienił się w wachlarz, a Bartek poczuł, że przyda się przerwa. Zza kulis dobiegł ich dźwięk dzwoneczków. Pod amfiteatrem stał wózek z lodami, a przy nim Pan Lodomir, sprzedawca z kręconymi wąsami, które wyglądały jak dwa rożki.

— Kto tu trenuje brawa, a kto ma ochotę na chłodny pomysł? — zawołał.

— My trenujemy i mamy ochotę! — odkrzyknęła Mira, już biegnąc z portmonetką.

Bartek zszedł po schodkach, stawiając ostrożnie łapę za łapą. Przy wózku pachniało wanilią, maliną i czymś, co Pan Lodomir nazywał „deszczem kokosowym”. Na daszku dyndały małe dzwonki, które grały przy każdym poruszeniu.

— Dzień dobry — powiedział Bartek, prostując grzecznie plecy. — Przygotowujemy urodzinowe klaski. Rytm musi być równy, ale wesoły.

Pan Lodomir uśmiechnął się i stuknął metalową gałką do lodów o rant wózka, raz, dwa, trzy.

— Równy rytm to i lody nie spadną z rożka — mrugnął. — Słuchajcie. Klik, klik, klak. To metronom z kuli lodowej.

— Dziwnie dobrze brzmi — parsknął Henio, któremu trudno było się spieszyć. — Jakby ktoś kroił lato.

— Skosztujecie? — spytał Pan Lodomir. — Po małej łyżeczce, na próbę. Dziś święto, więc pierwsza jest ode mnie.

— Nie musisz — zaczęła Tosia, ale Bartek dotknął jej łokcia. Potrafił rozpoznać moment dawania i przyjmowania.

— Przyjmiemy i powiemy… — skinął głową.

— …dziękuję — dokończyli razem.

— Spróbuję pistacjowych — oznajmiła Mira.

— Ja cytrynowych — dodał Bartek. Kwaśność rozjaśniła mu język, a głowa jakby nabrała klaru. — Panie Lodomirze, a jak pan uczył się rytmu?

— Sprzedając lody w lecie — roześmiał się sprzedawca. — Rytm kolejki, kroków, stuk gałki, dźwięk monety i „dziękuję” na końcu. Jeśli coś się rozleje, nie pędzić. Najpierw serwetka, potem przyjemność.

Bartek kiwnął głową. To brzmiało rozsądnie i kojąco. Patrzył, jak kropla malinowego spływa po rożku Miry. Pan Lodomir sięgnął po serwetkę szybciej, niż zdążyła spaść.

— Czy mogę pożyczyć klik pana gałki jako metronom? — zapytał Bartek, czując, że to dokładnie to, czego im trzeba.

— Z przyjemnością — odparł sprzedawca. — Ale tylko na próby. Klienci lubią, kiedy rytm wraca do lodów.

Bartek podziękował jeszcze raz, z tą szczególną uważnością, jakby spinał kokardkę na prezencie. Wrócił na scenę, niosąc w łapie dźwięk: klik, klik, klak. W głowie miał plan: będzie liczyć głośno, potem miękko, aż wszystkim wejdzie w dłonie.

Muzyczna świeczka, która pędziła jak komar

Tuż przed południem dekoracje były dopięte. Lampiony szumiały jak ciche fale, serpentyny układały się w leniwe ósemki. Bartek sprawdził, czy kabel do głośników nie przechodzi przez ścieżkę i czy na schodkach nie ma żadnych paprochów. Gdy kończył, Henio przyniósł pudełko ze świeczkami.

— Zobaczmy tę muzyczną — zaproponował. — Lepiej wiedzieć, jak gra, zanim włożymy ją w tort.

Bartek skinął, bo lubił sprawdzać wszystko zawczasu. Podeszli do stolika, gdzie spoczywał tort przykryty jeszcze pustym kartonem, by słońce go nie gładziło za bardzo. Mira chwyciła pudełko i delikatnie wydobyła jedną świeczkę z małym głośniczkiem.

— Uwaga — powiedziała Tosia, zakładając kapelusik prowadzącej. — Próbne „Sto lat”!

— Poczekaj — wtrącił spokojnie Bartek. — Postawimy ją na metalowej tacy, żeby nic nie kapnęło. I mamy kubek z wodą na wszelki wypadek.

— Prawdziwy strażak od świeczek — uśmiechnął się Henio.

Mira zapaliła knot. Najpierw drobny płomyk zatańczył, a potem, zupełnie bez ostrzeżenia, świeczka zapiszczała i wypluła z siebie melodię „Sto lat” tak szybko, jakby ktoś ją gonił.

— U-la-la — wyrwało się Tosi. — Ona chyba wypiła espresso!

— To nie „Sto lat”, to „Sto sekund”! — parsknęła Mira.

Rytm pędził, przeganiał własny ogon, a oni stali i patrzyli, z szeroko otwartymi oczami. Bartek szybko zakrył dłońmi boki tacy, żeby wiatr nie zawiał płomienia. Gdy melodia dobiegła końca, świeczka zapiszczała jeszcze raz i umilkła.

— To za szybkie — stwierdził Henio, jakby było to oczywiste. — Nikt nie zdąży klaskać ładnie.

— Albo zdążymy, jeśli nauczymy się nowego rytmu — powiedział powoli Bartek, czując, jak jego ostrożność zamienia się w plan. — Nie będziemy zwalniać świeczki. To my przyspieszymy. Tylko mądrze.

— Mądrze, czyli jak? — spytała Tosia, przekrzywiając głowę.

— Po kawałku — odparł. — Rozbijemy melodię na krótkie oddechy. I będziemy klaskać krótkimi słowami, żeby nie potykać się o sylaby.

„Sto-lat” ma trzy zgłoski i pauzę — przeliczył Henio. — A ta świeczka ma… brak pauzy.

— Wróćmy do „dzię-ku-je-my” — zaproponował Bartek. — Tylko krócej: „dzię-ki, dzię-ki”. I do tego małe „hej!” co czwarty raz, żeby publiczność złapała.

Tosia aż klasnęła.

— To brzmi jak plan ratunkowy z balonem. Robimy!

Bartek schował świeczkę do pudełka. Przypiął je gumką recepturką, żeby nie wypadło. I pomyślał, że nawet najszybszą muzykę da się oswoić, jeśli najpierw oswoi się swoje dłonie.

Próba na pełnych obrotach

Na scenie zebrała się gromadka, a z boku stanął Pan Lodomir, zgodnie z obietnicą. W dłoni trzymał łyżkę do lodów, która w słońcu błyszczała jak księżyc w dzień. Co trzeci klik robił akcent, jakby podbijał piłkę.

— To nasz metronom — powiedział Bartek. — Słuchamy klików i rozbijamy rytm na krótkie słowa: „dzię-ki, dzię-ki”. Co cztery „dzię-ki”„hej”.

— Gotowa! — zawołała Tosia, stając na środku, bo choć była solenizantką, lubiła przewodzić radosnym rzeczom.

Bartek uniósł łapę. Klik, klik, klak.

— Dzię-ki, dzię-ki — klasnęli.

Klik, klik, klak.

— Dzię-ki, dzię-ki — znów. Hej!

Z początku Mira gubiła „hej”, a Henio zaokrąglał „dzię-ki” do „dzięęę-ki”, co wydłużało pół uderzenia. Bartek przerwał po chwili i wyjaśnił miękko:

— Pomyślcie, że każde „dzię” to szybkie skinienie głową, a „ki” to krótkie mrugnięcie. Bez przeciągania. Zamiast dłużyć, skaczemy po kamieniach.

— Skaczemy po kamieniach! — powtórzyła z radością Tosia, podskakując tak, że ogon zameldował salto.

Klik, klik, klak.

— Dzię-ki, dzię-ki. Hej!

Teraz brzmiało równo. Bartek przeczesał wzrokiem scenę: czy nikt nie stoi za blisko krawędzi, czy przy stoliku nie chybocze talerz. Zauważył też, że wiatr przycichł. Dobrze. Kiedy świeczka zacznie swoje wyścigi, wiatr nie zrobi jej dodatkowej zabawy.

— Jeszcze raz — powiedział. — Ale wyobraźcie sobie, że świeczka gna. My jesteśmy jak rowery na zjeździe: szybko, ale z rękami na hamulcach.

Pan Lodomir przyspieszył kliki, dokładnie o tyle, ile trzeba. Dzieci (i młode zwierzaki) weszły w rytm jak w znaną rymowankę. Henio, choć żółw, podkręcił tempo bez nerwów; Mira uśmiechała się szeroko, bo jej błysk nabrał tempa. Tosia dodawała delikatne „hej” jak chorągiewkę.

— Będzie dobrze — mruknął Bartek sam do siebie. W głowie już miał plan, co zrobić, jeśli świeczka zacznie jeszcze szybciej, albo jeśli podmuch zwieję płomień. Na stoliku stał kubek z wodą, obok serwetki, a przy jego pasie dyndała mała latarka na wszelki wypadek. Ostrożność nie znaczyła nudy. Czasem znaczyła po prostu spokój w środku burzy konfetti.

Sto lat w turbo, dzięki że jesteś

Kiedy przyszli goście, amfiteatr zamienił się w kieszeń pełną śmiechu. Przysiadły babcie jeżyce, wujek bóbr przyniósł garść drewnianych łyżek, a nad wszystkim unosił się zapach truskawek i ciepłej wate cukrowej. Tosia, choć solenizantka, pomagała każdemu znaleźć miejsce. Przyjaciołom skradł się czas — aż tu nagle wybiła chwila tortu.

Bartek stanął obok stołu, w łapach trzymając pudełko ze świeczką. Spojrzał na Henia i Mirę; oni skinęli, że gotowi. Pan Lodomir zajął miejsce z boku, gałka błysnęła w jego dłoni jak gwiazda sygnałowa.

— Uwaga, „Sto lat” w wersji specjalnej — oznajmiła Tosia. — Ta świeczka lubi prędkość, więc my lubimy rytm!

— Tato — szepnął ktoś w pierwszym rzędzie — czy to znaczy, że brawa będą wyścigowe?

— Będą „dzię-ki” — odszepnął tata z uśmiechem.

Mira włożyła muzyczną świeczkę w tort, Bartek zapalił. Płomyk zaśpiewał, a świeczka od razu przyspieszyła. Coś między trylem skowronka a biegiem zająca. Publiczność zawahała się, ale Bartek uniósł łapę i poprowadził tak, jak ćwiczyli.

— Dzię-ki, dzię-ki! — poszło w szeroką falę.

Klik, klik, klak. Hej!

Rytm przewędrował przez ławki jak żart, który rozumie każdy. Dziadek ryś klaskał, aż mu się kapelusz przekrzywił, a bobry wybijały akcenty ogonami o ziemię, co zabrzmiało jak bębny. Nawet małe myszki, które zwykle spóźniały się o pół mgnienia, teraz trafiały idealnie.

W połowie piosenki podmuch wiatru spróbował bawić się w reżysera. Płomień zachwiał się w lewo. Bartek miał czapkę z daszkiem. W jednej chwili podstawił ją tak, by zrobić świeczce małą ścianę od wiatru, nie zbliżając niczego łatwopalnego.

— Spokojnie — mruknął. — Bezpieczny płomień, bezpieczne „Sto lat”.

Piosenka skończyła się szybciej, niż żółw zdąży mrugnąć, ale rytm został. Tosia zaczerpnęła oddechu i zdmuchnęła płomyk. W tej samej chwili publiczność dokończyła wielkim „Hej!”, które ktoś powtórzył jeszcze raz, jak echo. Potem było kilka sekund ciszy, takiej, co brzmi bardziej niż hałas. A potem śmiechy, oklaski, trąbki z papieru.

— To było turbo „Sto lat”! — wykrzyknęła Mira, podając nożyk do tortu.

— I turbo bezpieczne — dodał Henio z dumą, patrząc na przygotowany kubek i serwetki, które nie były potrzebne, ale dawały spokój.

Tosia patrzyła na wszystkich, trochę zaskoczona, bardzo wzruszona. Przychodził czas prezentów. Bartek podał jej małe pudełeczko owinięte nie w setkę wstążek, tylko w jedną, zawiązaną dokładnie.

— To mój prezent — powiedział cicho.

W środku był kalejdoskop z dwiema soczewkami. Kiedy Tosia przyłożyła go do oka, amfiteatr zamienił się we wzory: lampiony posypały się gwiazdami, twarze mozaiką.

— Ojej — westchnęła. — Świat w wersji „jeszcze bardziej”. Dziękuję.

— Fajnie jest dawać coś, co zmienia patrzenie — mruknął Bartek, trochę czerwieniejąc pod futrem.

— Fajnie jest też umieć przyjąć — dodał Henio, który miał dla Tosi notes z zakładkami, idealny do jej planów.

Goście podawali prezenty, a Tosia ćwiczyła mądre „dziękuję” tak, by każdemu spojrzeć w oczy. To było jak klaskanie sercem.

Słowo do kieszeni

Kiedy amfiteatr zaczął powoli wracać do zwykłego parku, słońce przechyliło się jak łyżka lodów nad kubkiem. Bartek siedział na brzegu sceny z Tosią, nogi (i łapy) dyndały nad trawą. Obok stanął Pan Lodomir z małymi rożkami — na pożegnanie, po jednym.

— Dla kapelmistrza braw — mrugnął do Bartka. — Smak: spokojna mięta. Dla solenizantki: pieczone jabłko z cynamonem. I dla wspaniałej ekipy: malina w koronkę.

— Nie trzeba było — zaczęła Tosia, ale spojrzała na Bartka i zamilkła z uśmiechem. — Przyjmiemy i powiemy…

— …dziękuję — dokończyli wszyscy w chórku, jak rytm.

Zjedli po kęsie. Mięta była rzeczywiście spokojna, jak chłodny kamień przy strumieniu. Bartek westchnął. Czuł w środku cichość, którą brało się pod pachę i niosło ostrożnie, żeby nie zgubić.

— Wiesz, co lubię najbardziej? — zaczęła Tosia, obracając kalejdoskop. — Że kiedy ktoś daje, robi się miejsce na coś jeszcze. Na uśmiech. Na „dziękuję”. Na następny pomysł.

— A ja lubię, że ostrożność nie psuje zabawy — odparł Bartek. — Tylko ją zabezpiecza. Jak zamek w drzwiach, który pozwala spać smaczniej.

— I że nawet najszybsza świeczka może tańczyć z nami, jeśli nauczymy się jej języka — dodał Henio, który przysiadł obok i poprawił klepsydrę.

Pan Lodomir stuknął delikatnie łyżką o wózek, raz, dwa, trzy. Dzwoneczki zabrzmiały jak maleńkie gwiazdki. Mira machnęła serpentyną tak, że zrobiła w powietrzu znak zapytania, a potem kropkę.

— Możemy wymyślić jeszcze inne rytmy — ucieszyła się. — Na „pro-szę”, „prze-pra-szam”, „wię-cej tortu”.

— Ten ostatni może być niebezpieczny — parsknęła Tosia. — Dla brzuchów.

Bartek wstał i rozejrzał się po scenie jeszcze raz, jak zawsze. Lampiony powoli gasły, nikt nie zostawił nic na krawędzi, w kubku została trochę wody, a w powietrzu krążył zapach cynamonu. Pomyślał, że dobrze jest kończyć dzień dokładnie tak: sprawdzony, uśmiechnięty, pełny dziękowań.

— Mogę coś powiedzieć? — zapytał, a kiedy wszyscy spojrzeli, zawahał się tylko sekundę. Nie z nieśmiałości, ale z szacunku do słów, które miał w kieszeni. — Fajnie mieć urodziny, nawet jeśli nie są twoje. Bo można dawać i uczyć się przyjmować. A najważniejsze w tym wszystkim jest, żeby słuchać. Rytmu, świeczki, siebie nawzajem. Wtedy nawet szybkie wraca do równowagi.

— O, filozof! — zażartowała Mira, ale jej uśmiech był miękki. — I to filozof w czapce od świeczek.

— Filozof, który pilnuje, żeby nikt nie poślizgnął się na lukrze — dodał Henio.

Tosia nachyliła się i szturchnęła Bartka łokciem.

— Dzięki za wszystko. Za rytm, za kalejdoskop, za czapkę-parawan i za to, że patrzysz uważnie. To jak prezent, który pomaga nie przewrócić się światu.

Bartek poczuł, jak jego futro robi się ciut cieplejsze.

— A dzięki za to, że lubisz się cieszyć — odparł. — Bo wtedy łatwiej wszystkim klaskać.

Siedzieli jeszcze trochę, patrząc, jak park zbiera swoje oddechy. Ktoś śmiał się przy krzakach porzeczek, ktoś inny odjeżdżał na hulajnodze. Pan Lodomir kołysał wózek, a dzwoneczki nuciły ciche „do zobaczenia”. I kiedy już prawie się rozchodzili, Mira niespodziewanie zrobiła serię cichych oklasków, krótkie: „dzię-ki, dzię-ki”, a na koniec, zamiast „hej”, wszyscy odpowiedzieli jednym słodkim słowem: dziękuję

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Amfiteatr
Duża, otwarta przestrzeń do występów na świeżym powietrzu, często z widownią.
Serpentyny
Kolorowe wstążki lub papierowe taśmy, które są używane do dekoracji podczas imprez.
Metronom
Instrument, który wydaje regularne dźwięki, pomagając w utrzymaniu rytmu w muzyce.
Klasnąć
Uderzyć dłońmi w siebie, aby wydobyć dźwięk, często używane jako forma oklasków.
Przepraszam
Słowo używane, aby wyrazić żal lub prosić o wybaczenie.
Kalejdoskop
Urządzenie, które pokazuje kolorowe wzory, gdy się przez nie patrzy, zmieniające się w zależności od kąta widzenia.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o urodzinach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.