Trwa ładowanie...
Opowieść urodzinowa 9-10 lat Czytanie 13 min.

Urodzinowa wyprawa po tęczowe kwiaty i kapelusz szczęścia

Grupa przyjaciół wybiera się po kwiaty na urodziny Kuby, a zwykła wyprawa zamienia się w niespodziewaną misję, podczas której pomagają odnaleźć zagubionego psa i zawierają nowe znajomości.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

W pomieszczeniu salonu: przy okrągłym jasnym drewnianym stole z konfetti na obrusie i szklanymi wazonami stoi pięciu chłopców — w centrum ok. 9 lat, krótkie brązowe włosy, żółta koszulka, wkłada do wazonu duży wielobarwny bukiet; po lewej drugi chłopiec ok. 9 lat, włosy blond na jeża, niebieska koszulka, uśmiecha się trzymając kartonik i patyczek; lekko z tyłu po prawej chłopiec ok. 9 lat, czarne włosy, czerwona czapka, trzyma pustą smycz i patrzy z ulgą na drzwi; po prawej przy stole siedzi ok. 10 lat w małym kolorowym wózku, jasnobrązowe włosy, trzyma za rękę nowego chłopca i mówi cicho; przy wejściu nieco z przodu po prawej stoi zaproszony Dawid ok. 10 lat, brązowe włosy, zielona kurtka, trzyma smycz przypiętą do małego kręconego psiaka Bąbla, pokrytego liśćmi, który bawi się przy stole; wnętrze jest ciepłe i świąteczne — kolorowe girlandy, balony, jasne zasłony wpuszczające złote słońce, półki z zabawkami i okno z widokiem na ulicę — scena przedstawia radosny powrót dzieci z ulicy, wkładanie tęczowego bukietu do wazonu, śmiech, nasycone kolory i czuła, pogodna atmosfera. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Balony, lukier i wielka misja

W mieszkaniu Kuby pachniało wanilią i czymś jeszcze: przygodą. Na krześle wisiały serpentyny, na stole stał tort z napisem z lukru (litera „B” trochę się przechyliła, jakby zasnęła), a pod oknem leżały sterty balonów, które wyglądały jak kolorowe, nadąsane gruszki.

— Dzisiaj moje urodziny! — Kuba zakręcił się tak szybko, że aż mu się zakręciło w głowie. — I nic nie może pójść… eee… za bardzo krzywo!

— Za bardzo krzywo to znaczy: bez katastrof i bez płaczu — podsumował Bartek, który zawsze brzmiał, jakby miał w kieszeni małą instrukcję obsługi świata.

Z nimi był też Michał, mistrz żartów i min, oraz Olek, który poruszał się na wózku i miał szczególny talent do zauważania rzeczy, których inni nie widzieli, na przykład: że balon, którego nikt nie dotyka, potrafi nagle odlecieć jak obrażony duszek.

Chłopcy przygotowywali wszystko sami, bo rodzice Kuby dali im „godzinę dowodzenia”, czyli czas, kiedy można decydować o ustawieniu krzeseł, wyborze muzyki i tym, czy na stole mają stać chipsy w dwóch czy w trzech miseczkach.

— Brakuje nam kwiatów na stół — powiedział Kuba i spojrzał na pusty wazon. Wazon wyglądał na smutny. Tak smutny, jakby zaraz miał westchnąć.

— Kwiaty! — Michał rozłożył ręce. — Bez kwiatów tort się poczuje samotny.

Olek popchnął wózek bliżej wazonu, stuknął w niego palcem i stwierdził poważnie:

— Wazon chce przyjaciół.

Kuba wyprostował się jak rycerz, który właśnie dostał misję.

— Dobra. Idę po kwiaty. Takie super. Takie, żeby nawet lukier się ucieszył.

— Sam? — zapytał Bartek.

Kuba spojrzał na kolegów. W ich oczach było to samo: ekscytacja, troska i wielkie „chodźmy razem!”, nawet jeśli nikt jeszcze tego nie powiedział.

— Razem — zdecydował Kuba. — Urodzinowa drużyna kwiatowa!

Wzięli małą torbę, trochę monet, a Michał dla bezpieczeństwa wsunął do kieszeni… gwizdek.

— Na wypadek, gdybyśmy zgubili się w dżungli miejskiej.

Olek parsknął śmiechem.

— Najgroźniejsze w tej dżungli są gołębie.

I tak, wśród szurania krzeseł, pikania piekarnika i balonów, które starały się uciec, drużyna ruszyła po kwiaty na stół urodzinowy.

Rozdział 2: Wyprawa do pachnącego zakątka

Na zewnątrz dzień był jasny, a słońce wyglądało, jakby też miało urodziny i nosiło złoty kapelusz z promieni. Chłopcy szli chodnikiem, mijali sklep z gazetami, piekarnię pachnącą bułkami i przystanek, gdzie starsza pani karmiła wróble okruszkami.

— Kwiaty najlepiej kupić… tam! — Bartek wskazał mały kiosk z napisem „Kwiaty i drobiazgi”. Litery były trochę wyblakłe, ale za to w oknie stały bukiety w kolorach, które aż podskakiwały.

W środku było ciepło i pachniało jak ogród po deszczu. Za ladą stała sprzedawczyni w okularach na łańcuszku. Uśmiechała się tak, jakby znała wszystkie sekrety kwiatów i żadnego nie zdradziła przypadkiem.

— Dzień dobry, młodzi dżentelmeni — powiedziała. — Szukacie czegoś na prezent czy na czarodziejską przemianę stołu?

Michał spojrzał na nią wielkimi oczami.

— Na przemianę! Stół ma zostać królem przyjęcia.

Kuba podrapał się po głowie.

— Potrzebujemy kwiatów do wazonu. Na urodziny. I… żeby były radosne.

Sprzedawczyni wyjęła trzy różne bukiety: jeden był różowo-żółty, drugi biało-niebieski, trzeci miał tyle kolorów, że wyglądał jak tęcza, która wpadła do wiadra.

Olek pochylił się, wciągnął zapach i powiedział:

— Ten tęczowy jest dla wszystkich. Nikt nie musi wybierać jednego koloru.

Bartek kiwnął głową.

— To mądre. Jak drużyna: każdy inny, a razem pasuje.

Kuba uśmiechnął się, bo w tej chwili poczuł, że jego urodziny będą właśnie takie: różne osoby, różne pomysły, ale jedna wspólna radość.

— Bierzemy tęczowy — zdecydował.

Sprzedawczyni związała bukiet wstążką.

— A do bukietu dorzucę coś ekstra — powiedziała i spod lady wyjęła mały, papierowy kapelusz w paski. — Kapelusz szczęścia. Na przyjęcia działa świetnie, a na smutki działa jeszcze lepiej.

Michał aż zagwizdał, ale przypomniał sobie, że gwizdek jest „na dżunglę”, więc tylko udawał gwizd.

Kuba wziął kapelusz ostrożnie, jakby to było piórko od feniksa.

— Dziękujemy! To… super niespodzianka.

— Niespodzianki lubią, kiedy się o nie dba — mrugnęła sprzedawczyni. — I kiedy się nimi dzieli.

Chłopcy wyszli z kiosku z bukietem, który wyglądał, jakby śmiał się do przechodniów. Wszystko szło idealnie… aż do momentu, gdy na rogu ulicy wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kuba poczuł się naprawdę odważny.

Rozdział 3: Kwiaty, wiatr i mała zguba

Zza rogu wyskoczył podmuch wiatru, taki nagły, jakby ktoś otworzył drzwi do wielkiego wentylatora. Wstążka przy bukiecie zatańczyła, płatki zadrżały, a papierowy kapelusz… frrr!… poleciał.

— Kapelusz! — krzyknął Michał i pobiegł za nim, jakby gonił uciekającą naleśnikową planetę.

Kapelusz turlał się po chodniku, przeskakiwał przez nierówności, aż wpadł pod ławkę przy skwerku. A pod ławką, jak na złość, siedziała kotka z trzema kociętami. Kotka patrzyła na chłopców tak, jakby mówiła: „To moja ławka, ale proszę, nie panikujcie”.

Kuba przyklęknął, żeby sięgnąć po kapelusz, ale kotka syknęła cichutko. Nie groźnie, raczej ostrzegawczo: „Spokojnie. Tu są maluchy”.

— Okej, spokojnie — szepnął Bartek. — Nie chcemy ich przestraszyć.

Olek podjechał bliżej i rozejrzał się.

— Możemy zrobić tak: ja zostanę z bukietem, a wy znajdźcie coś, czym delikatnie wyciągniecie kapelusz. Bez dotykania kotków.

Michał spojrzał na swój gwizdek.

— Mogę zagwizdać, żeby kotka…?

— Nie! — powiedzieli wszyscy jednocześnie, a Michał schował gwizdek, udając, że nigdy nie istniał.

Kuba zobaczył obok skwerku mały patyczek i kawałek tektury, pewnie po jakimś pudełku. Wziął tekturę jak łopatkę, a patyczek jak ster.

— Operacja „Kapelusz” — wyszeptał.

Podsunął tekturę ostrożnie pod ławkę, bardzo powoli. Kotka obserwowała go uważnie, ale nie syczała. Kocięta ziewnęły, jakby cała sytuacja była nudna.

— Dzielnie, Kuba — mruknął Bartek. — Jak prawdziwy ninja, tylko bardziej grzeczny.

Kuba zaczepił kapelusz patyczkiem, przesunął go na tekturę i wysunął. Kapelusz wyjechał spod ławki jak zwycięzca, trochę zakurzony, ale cały.

— Udało się! — Michał uniósł ręce w górę tak wysoko, że prawie dotknął powietrza.

Kuba odetchnął i wtedy zauważył coś jeszcze: obok ławki stał chłopak mniej więcej w ich wieku, w czapce z daszkiem, i wyglądał na zmartwionego. W rękach trzymał pustą smycz.

— Szukasz psa? — zapytał Kuba od razu.

Chłopak kiwnął głową.

— Mój Bąbel uciekł. Przestraszył się roweru. Nie znam tej okolicy dobrze, bo jestem tu tylko u wujka.

Bartek odruchowo spojrzał na bukiet, jakby pytał: „Czy mamy czas?”. Olek odpowiedział mu spojrzeniem: „Mamy. To ważniejsze niż minuta”.

— Pomożemy — powiedział Kuba. — W końcu to dzień urodzin. Dzień dobrych misji.

Chłopak spojrzał na nich niepewnie.

— Serio?

— Serio — odparł Olek spokojnie. — Im więcej osób szuka, tym szybciej się znajduje. Każdy może pomóc na swój sposób.

I tak, zamiast od razu wracać, drużyna ruszyła na poszukiwanie Bąbla, z bukietem tęczowych kwiatów, papierowym kapeluszem i sercami ustawionymi na tryb „współpraca”.

Rozdział 4: Pies o imieniu Bąbel i lekcja dla wszystkich

Szukali uważnie. Michał próbował wabić psa cichym cmokaniem, Bartek wypatrywał śladów łap na piasku przy placu zabaw, a Kuba pytał przechodniów, czy nie widzieli małego, kudłatego psa.

Olek patrzył inaczej: obserwował, gdzie ludzie się uśmiechają, gdzie ktoś się schyla, gdzie ktoś mówi „ojej”. Bo tam często dzieje się coś ważnego.

— Tam — powiedział w końcu, wskazując na krzaki przy boisku.

Z krzaków wystawał ogon. Ogon merdał tak szybko, jakby próbował napisać w powietrzu list.

— Bąbel! — zawołał chłopak ze smyczą, a głos mu zadrżał z ulgi.

Pies wyszedł powoli, cały w listkach, z miną: „Ja? Ja nic nie zrobiłem. To krzaki mnie zaprosiły”. Na szyi miał obrożę, a na niej małą zawieszkę.

Kuba przykucnął, wyciągnął dłoń i poczekał. Pies powąchał, polizał mu palce i westchnął, jakby mówił: „Dobrze, jesteś w porządku”.

— Spokojnie, Bąbel — powiedział Kuba cicho. — Już po strachu.

Chłopak podszedł, zapiął smycz i aż usiadł na murku.

— Dzięki… Nie wiem, jak wam dziękować.

Michał uśmiechnął się szeroko.

— Możesz obiecać, że Bąbel nie będzie jadł naszych urodzinowych chipsów.

Bąbel, jakby rozumiał, kichnął i usiadł grzecznie.

Bartek spojrzał na chłopaka.

— Jak masz na imię?

— Dawid — odpowiedział. — A wy?

Przedstawili się, jeden po drugim. Dawid słuchał uważnie, a potem powiedział:

— Fajnie, że… że tak po prostu pomogliście. W mojej klasie czasem ludzie się śmieją, kiedy ktoś jest „nowy” albo „inny”.

Olek wzruszył ramionami.

— Każdy jest w czymś inny. To normalne. Najgorzej, gdy ktoś udaje, że nie widzi drugiej osoby.

Kuba poczuł ciepło w brzuchu. Nie od tortu, jeszcze go nie jadł. To było inne ciepło, takie od środka, jak lampka w pokoju, kiedy za oknem robi się ciemno.

— Wiesz co, Dawid? — powiedział Kuba. — Dzisiaj mamy u mnie urodziny. Jeśli chcesz, możesz wpaść. Będzie tort, muzyka i… — tu podniósł papierowy kapelusz — kapelusz szczęścia.

Michał dodał szybko:

— I nie trzeba umieć tańczyć. Ja też nie umiem, a jakoś żyję.

Dawid roześmiał się po raz pierwszy.

— Mogę? Naprawdę?

— Naprawdę — potwierdził Bartek. — Im nas więcej, tym weselej. A Bąbel też może przyjść, jeśli będzie grzeczny.

Bąbel znów kichnął, jakby mówił: „Jestem aniołem. Z krzaków”.

W drodze powrotnej Kuba trzymał bukiet, Bartek niósł tekturkę i patyczek (bo „nigdy nie wiadomo”), Michał opowiadał, jak prawie został bohaterem od gwizdka, a Olek jechał obok Dawida, rozmawiając z nim tak naturalnie, jakby znali się od dawna.

Kuba wiedział jedno: wróci nie tylko z kwiatami, ale i z historią, którą warto będzie opowiedzieć przy stole.

Rozdział 5: Jasna festa i kapelusz na końcu

Kiedy wrócili, w mieszkaniu Kuby światło lamp odbijało się w balonach i robiło na ścianach kolorowe plamki, jak wesołe rybki. Wazon czekał na stole, a tort wyglądał dumnie, mimo krzywej literki.

Kuba wstawił tęczowy bukiet do wazonu. Stół od razu jakby się wyprostował.

— Widzicie? — szepnął Michał. — Tort już nie jest samotny.

Goście zaczęli przychodzić: sąsiedzi, kuzynka Kuby, koledzy z klasy. Każdy wnosił coś małego: uśmiech, kartkę, żart, a jedna ciocia nawet przyniosła świeczki, które śpiewały (na szczęście bardzo cicho).

Dawid przyszedł też, z Bąblem na smyczy. Pies dostał miskę z wodą i tytuł „Honorowego Strażnika Okruszków”. Przyjął go z powagą.

Gdy wszyscy usiedli, Kuba stanął przy stole. Serce mu pukało, ale to było miłe pukanie.

— Chciałem powiedzieć… — zaczął. — Poszliśmy po kwiaty na stół i wróciliśmy z przygodą.

I opowiedział. O wietrze, kapeluszu, kociej mamie pod ławką, o Bąblu w krzakach i o tym, że czasem najważniejsza rzecz w planie dnia pojawia się znienacka i mówi: „Hej, potrzebuję pomocy”.

Kiedy skończył, zapadła chwila ciszy, a potem ktoś klasnął. Za nim inni. Nawet Bąbel stuknął ogonem o podłogę.

— To była bardzo dobra historia — powiedziała mama Kuby, ocierając oczy, jakby wpadł jej okruszek radości.

— A teraz — ogłosił Bartek — czas na najważniejsze: świętowanie!

Były gry, śmiech, tańce, które wyglądały jak potyczki z niewidzialną galaretą, i tort, który okazał się pyszny, nawet jeśli literka „B” dalej spała na boku.

Na koniec Kuba wziął papierowy kapelusz w paski.

— To kapelusz szczęścia — powiedział. — Niech dzisiaj należał do wszystkich po kolei.

Kapelusz krążył: na głowie Michała wyglądał jak statek kosmiczny, na głowie Bartka jak znak „wszystko pod kontrolą”, na głowie Olka jak korona, a na głowie Dawida sprawił, że Dawid uśmiechnął się tak szeroko, jakby od dawna czekał na takie zaproszenie.

Gdy impreza dobiegała końca, a balony powoli przestawały udawać, że są dzikie, Kuba położył kapelusz ostrożnie na oparciu krzesła przy stole. Tam, gdzie wszyscy mogli go zobaczyć.

— Niech tu zostanie — powiedział cicho. — Na pamiątkę. Że świętowanie jest najjaśniejsze, kiedy jest miejsce dla każdego.

Kapelusz leżał spokojnie, jak kropka na końcu zdania. A w pokoju wciąż unosił się zapach kwiatów i radości, która nie potrzebowała żadnych instrukcji.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Serpentyny
Długie, cienkie paski papieru lub plastiku, które używa się do dekoracji imprez.
Lukier
Słodka masa, którą smaruje się torty, robi się z cukru i wody.
Nadąsane
Wyglądać na obrażonego lub smutnego, jakby ktoś był zły bez powodu.
Dżungli miejskiej
Żartobliwe określenie zatłoczonego miejsca w mieście, pełnego przeszkód i hałasu.
Sprzedawczyni
Kobieta, która sprzedaje rzeczy w sklepie i pomaga klientom.
Tęczowy
Mający wiele kolorów jeden obok drugiego, jak tęcza na niebie.
Syknęła
Wydawać ciche, ostrzegawcze dźwięki gardłem, zwykle ze złości lub strachu.
Smycz
Sznurek lub pasek, którym przypina się psa do obroży, żeby go prowadzić.
Obrożę
Pasek zakładany na szyję psa, często z miejscem na imię i dane właściciela.
Zawieszkę
Mały ozdobny przedmiot przyczepiony do obroży lub łańcuszka, czasem z imieniem.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o urodzinach dla 9-10 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.