Rozdział 1: Balony, lukier i wielka misja
W mieszkaniu Kuby pachniało wanilią i czymś jeszcze: przygodą. Na krześle wisiały serpentyny, na stole stał tort z napisem z lukru (litera „B” trochę się przechyliła, jakby zasnęła), a pod oknem leżały sterty balonów, które wyglądały jak kolorowe, nadąsane gruszki.
— Dzisiaj moje urodziny! — Kuba zakręcił się tak szybko, że aż mu się zakręciło w głowie. — I nic nie może pójść… eee… za bardzo krzywo!
— Za bardzo krzywo to znaczy: bez katastrof i bez płaczu — podsumował Bartek, który zawsze brzmiał, jakby miał w kieszeni małą instrukcję obsługi świata.
Z nimi był też Michał, mistrz żartów i min, oraz Olek, który poruszał się na wózku i miał szczególny talent do zauważania rzeczy, których inni nie widzieli, na przykład: że balon, którego nikt nie dotyka, potrafi nagle odlecieć jak obrażony duszek.
Chłopcy przygotowywali wszystko sami, bo rodzice Kuby dali im „godzinę dowodzenia”, czyli czas, kiedy można decydować o ustawieniu krzeseł, wyborze muzyki i tym, czy na stole mają stać chipsy w dwóch czy w trzech miseczkach.
— Brakuje nam kwiatów na stół — powiedział Kuba i spojrzał na pusty wazon. Wazon wyglądał na smutny. Tak smutny, jakby zaraz miał westchnąć.
— Kwiaty! — Michał rozłożył ręce. — Bez kwiatów tort się poczuje samotny.
Olek popchnął wózek bliżej wazonu, stuknął w niego palcem i stwierdził poważnie:
— Wazon chce przyjaciół.
Kuba wyprostował się jak rycerz, który właśnie dostał misję.
— Dobra. Idę po kwiaty. Takie super. Takie, żeby nawet lukier się ucieszył.
— Sam? — zapytał Bartek.
Kuba spojrzał na kolegów. W ich oczach było to samo: ekscytacja, troska i wielkie „chodźmy razem!”, nawet jeśli nikt jeszcze tego nie powiedział.
— Razem — zdecydował Kuba. — Urodzinowa drużyna kwiatowa!
Wzięli małą torbę, trochę monet, a Michał dla bezpieczeństwa wsunął do kieszeni… gwizdek.
— Na wypadek, gdybyśmy zgubili się w dżungli miejskiej.
Olek parsknął śmiechem.
— Najgroźniejsze w tej dżungli są gołębie.
I tak, wśród szurania krzeseł, pikania piekarnika i balonów, które starały się uciec, drużyna ruszyła po kwiaty na stół urodzinowy.
Rozdział 2: Wyprawa do pachnącego zakątka
Na zewnątrz dzień był jasny, a słońce wyglądało, jakby też miało urodziny i nosiło złoty kapelusz z promieni. Chłopcy szli chodnikiem, mijali sklep z gazetami, piekarnię pachnącą bułkami i przystanek, gdzie starsza pani karmiła wróble okruszkami.
— Kwiaty najlepiej kupić… tam! — Bartek wskazał mały kiosk z napisem „Kwiaty i drobiazgi”. Litery były trochę wyblakłe, ale za to w oknie stały bukiety w kolorach, które aż podskakiwały.
W środku było ciepło i pachniało jak ogród po deszczu. Za ladą stała sprzedawczyni w okularach na łańcuszku. Uśmiechała się tak, jakby znała wszystkie sekrety kwiatów i żadnego nie zdradziła przypadkiem.
— Dzień dobry, młodzi dżentelmeni — powiedziała. — Szukacie czegoś na prezent czy na czarodziejską przemianę stołu?
Michał spojrzał na nią wielkimi oczami.
— Na przemianę! Stół ma zostać królem przyjęcia.
Kuba podrapał się po głowie.
— Potrzebujemy kwiatów do wazonu. Na urodziny. I… żeby były radosne.
Sprzedawczyni wyjęła trzy różne bukiety: jeden był różowo-żółty, drugi biało-niebieski, trzeci miał tyle kolorów, że wyglądał jak tęcza, która wpadła do wiadra.
Olek pochylił się, wciągnął zapach i powiedział:
— Ten tęczowy jest dla wszystkich. Nikt nie musi wybierać jednego koloru.
Bartek kiwnął głową.
— To mądre. Jak drużyna: każdy inny, a razem pasuje.
Kuba uśmiechnął się, bo w tej chwili poczuł, że jego urodziny będą właśnie takie: różne osoby, różne pomysły, ale jedna wspólna radość.
— Bierzemy tęczowy — zdecydował.
Sprzedawczyni związała bukiet wstążką.
— A do bukietu dorzucę coś ekstra — powiedziała i spod lady wyjęła mały, papierowy kapelusz w paski. — Kapelusz szczęścia. Na przyjęcia działa świetnie, a na smutki działa jeszcze lepiej.
Michał aż zagwizdał, ale przypomniał sobie, że gwizdek jest „na dżunglę”, więc tylko udawał gwizd.
Kuba wziął kapelusz ostrożnie, jakby to było piórko od feniksa.
— Dziękujemy! To… super niespodzianka.
— Niespodzianki lubią, kiedy się o nie dba — mrugnęła sprzedawczyni. — I kiedy się nimi dzieli.
Chłopcy wyszli z kiosku z bukietem, który wyglądał, jakby śmiał się do przechodniów. Wszystko szło idealnie… aż do momentu, gdy na rogu ulicy wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kuba poczuł się naprawdę odważny.
Rozdział 3: Kwiaty, wiatr i mała zguba
Zza rogu wyskoczył podmuch wiatru, taki nagły, jakby ktoś otworzył drzwi do wielkiego wentylatora. Wstążka przy bukiecie zatańczyła, płatki zadrżały, a papierowy kapelusz… frrr!… poleciał.
— Kapelusz! — krzyknął Michał i pobiegł za nim, jakby gonił uciekającą naleśnikową planetę.
Kapelusz turlał się po chodniku, przeskakiwał przez nierówności, aż wpadł pod ławkę przy skwerku. A pod ławką, jak na złość, siedziała kotka z trzema kociętami. Kotka patrzyła na chłopców tak, jakby mówiła: „To moja ławka, ale proszę, nie panikujcie”.
Kuba przyklęknął, żeby sięgnąć po kapelusz, ale kotka syknęła cichutko. Nie groźnie, raczej ostrzegawczo: „Spokojnie. Tu są maluchy”.
— Okej, spokojnie — szepnął Bartek. — Nie chcemy ich przestraszyć.
Olek podjechał bliżej i rozejrzał się.
— Możemy zrobić tak: ja zostanę z bukietem, a wy znajdźcie coś, czym delikatnie wyciągniecie kapelusz. Bez dotykania kotków.
Michał spojrzał na swój gwizdek.
— Mogę zagwizdać, żeby kotka…?
— Nie! — powiedzieli wszyscy jednocześnie, a Michał schował gwizdek, udając, że nigdy nie istniał.
Kuba zobaczył obok skwerku mały patyczek i kawałek tektury, pewnie po jakimś pudełku. Wziął tekturę jak łopatkę, a patyczek jak ster.
— Operacja „Kapelusz” — wyszeptał.
Podsunął tekturę ostrożnie pod ławkę, bardzo powoli. Kotka obserwowała go uważnie, ale nie syczała. Kocięta ziewnęły, jakby cała sytuacja była nudna.
— Dzielnie, Kuba — mruknął Bartek. — Jak prawdziwy ninja, tylko bardziej grzeczny.
Kuba zaczepił kapelusz patyczkiem, przesunął go na tekturę i wysunął. Kapelusz wyjechał spod ławki jak zwycięzca, trochę zakurzony, ale cały.
— Udało się! — Michał uniósł ręce w górę tak wysoko, że prawie dotknął powietrza.
Kuba odetchnął i wtedy zauważył coś jeszcze: obok ławki stał chłopak mniej więcej w ich wieku, w czapce z daszkiem, i wyglądał na zmartwionego. W rękach trzymał pustą smycz.
— Szukasz psa? — zapytał Kuba od razu.
Chłopak kiwnął głową.
— Mój Bąbel uciekł. Przestraszył się roweru. Nie znam tej okolicy dobrze, bo jestem tu tylko u wujka.
Bartek odruchowo spojrzał na bukiet, jakby pytał: „Czy mamy czas?”. Olek odpowiedział mu spojrzeniem: „Mamy. To ważniejsze niż minuta”.
— Pomożemy — powiedział Kuba. — W końcu to dzień urodzin. Dzień dobrych misji.
Chłopak spojrzał na nich niepewnie.
— Serio?
— Serio — odparł Olek spokojnie. — Im więcej osób szuka, tym szybciej się znajduje. Każdy może pomóc na swój sposób.
I tak, zamiast od razu wracać, drużyna ruszyła na poszukiwanie Bąbla, z bukietem tęczowych kwiatów, papierowym kapeluszem i sercami ustawionymi na tryb „współpraca”.
Rozdział 4: Pies o imieniu Bąbel i lekcja dla wszystkich
Szukali uważnie. Michał próbował wabić psa cichym cmokaniem, Bartek wypatrywał śladów łap na piasku przy placu zabaw, a Kuba pytał przechodniów, czy nie widzieli małego, kudłatego psa.
Olek patrzył inaczej: obserwował, gdzie ludzie się uśmiechają, gdzie ktoś się schyla, gdzie ktoś mówi „ojej”. Bo tam często dzieje się coś ważnego.
— Tam — powiedział w końcu, wskazując na krzaki przy boisku.
Z krzaków wystawał ogon. Ogon merdał tak szybko, jakby próbował napisać w powietrzu list.
— Bąbel! — zawołał chłopak ze smyczą, a głos mu zadrżał z ulgi.
Pies wyszedł powoli, cały w listkach, z miną: „Ja? Ja nic nie zrobiłem. To krzaki mnie zaprosiły”. Na szyi miał obrożę, a na niej małą zawieszkę.
Kuba przykucnął, wyciągnął dłoń i poczekał. Pies powąchał, polizał mu palce i westchnął, jakby mówił: „Dobrze, jesteś w porządku”.
— Spokojnie, Bąbel — powiedział Kuba cicho. — Już po strachu.
Chłopak podszedł, zapiął smycz i aż usiadł na murku.
— Dzięki… Nie wiem, jak wam dziękować.
Michał uśmiechnął się szeroko.
— Możesz obiecać, że Bąbel nie będzie jadł naszych urodzinowych chipsów.
Bąbel, jakby rozumiał, kichnął i usiadł grzecznie.
Bartek spojrzał na chłopaka.
— Jak masz na imię?
— Dawid — odpowiedział. — A wy?
Przedstawili się, jeden po drugim. Dawid słuchał uważnie, a potem powiedział:
— Fajnie, że… że tak po prostu pomogliście. W mojej klasie czasem ludzie się śmieją, kiedy ktoś jest „nowy” albo „inny”.
Olek wzruszył ramionami.
— Każdy jest w czymś inny. To normalne. Najgorzej, gdy ktoś udaje, że nie widzi drugiej osoby.
Kuba poczuł ciepło w brzuchu. Nie od tortu, jeszcze go nie jadł. To było inne ciepło, takie od środka, jak lampka w pokoju, kiedy za oknem robi się ciemno.
— Wiesz co, Dawid? — powiedział Kuba. — Dzisiaj mamy u mnie urodziny. Jeśli chcesz, możesz wpaść. Będzie tort, muzyka i… — tu podniósł papierowy kapelusz — kapelusz szczęścia.
Michał dodał szybko:
— I nie trzeba umieć tańczyć. Ja też nie umiem, a jakoś żyję.
Dawid roześmiał się po raz pierwszy.
— Mogę? Naprawdę?
— Naprawdę — potwierdził Bartek. — Im nas więcej, tym weselej. A Bąbel też może przyjść, jeśli będzie grzeczny.
Bąbel znów kichnął, jakby mówił: „Jestem aniołem. Z krzaków”.
W drodze powrotnej Kuba trzymał bukiet, Bartek niósł tekturkę i patyczek (bo „nigdy nie wiadomo”), Michał opowiadał, jak prawie został bohaterem od gwizdka, a Olek jechał obok Dawida, rozmawiając z nim tak naturalnie, jakby znali się od dawna.
Kuba wiedział jedno: wróci nie tylko z kwiatami, ale i z historią, którą warto będzie opowiedzieć przy stole.
Rozdział 5: Jasna festa i kapelusz na końcu
Kiedy wrócili, w mieszkaniu Kuby światło lamp odbijało się w balonach i robiło na ścianach kolorowe plamki, jak wesołe rybki. Wazon czekał na stole, a tort wyglądał dumnie, mimo krzywej literki.
Kuba wstawił tęczowy bukiet do wazonu. Stół od razu jakby się wyprostował.
— Widzicie? — szepnął Michał. — Tort już nie jest samotny.
Goście zaczęli przychodzić: sąsiedzi, kuzynka Kuby, koledzy z klasy. Każdy wnosił coś małego: uśmiech, kartkę, żart, a jedna ciocia nawet przyniosła świeczki, które śpiewały (na szczęście bardzo cicho).
Dawid przyszedł też, z Bąblem na smyczy. Pies dostał miskę z wodą i tytuł „Honorowego Strażnika Okruszków”. Przyjął go z powagą.
Gdy wszyscy usiedli, Kuba stanął przy stole. Serce mu pukało, ale to było miłe pukanie.
— Chciałem powiedzieć… — zaczął. — Poszliśmy po kwiaty na stół i wróciliśmy z przygodą.
I opowiedział. O wietrze, kapeluszu, kociej mamie pod ławką, o Bąblu w krzakach i o tym, że czasem najważniejsza rzecz w planie dnia pojawia się znienacka i mówi: „Hej, potrzebuję pomocy”.
Kiedy skończył, zapadła chwila ciszy, a potem ktoś klasnął. Za nim inni. Nawet Bąbel stuknął ogonem o podłogę.
— To była bardzo dobra historia — powiedziała mama Kuby, ocierając oczy, jakby wpadł jej okruszek radości.
— A teraz — ogłosił Bartek — czas na najważniejsze: świętowanie!
Były gry, śmiech, tańce, które wyglądały jak potyczki z niewidzialną galaretą, i tort, który okazał się pyszny, nawet jeśli literka „B” dalej spała na boku.
Na koniec Kuba wziął papierowy kapelusz w paski.
— To kapelusz szczęścia — powiedział. — Niech dzisiaj należał do wszystkich po kolei.
Kapelusz krążył: na głowie Michała wyglądał jak statek kosmiczny, na głowie Bartka jak znak „wszystko pod kontrolą”, na głowie Olka jak korona, a na głowie Dawida sprawił, że Dawid uśmiechnął się tak szeroko, jakby od dawna czekał na takie zaproszenie.
Gdy impreza dobiegała końca, a balony powoli przestawały udawać, że są dzikie, Kuba położył kapelusz ostrożnie na oparciu krzesła przy stole. Tam, gdzie wszyscy mogli go zobaczyć.
— Niech tu zostanie — powiedział cicho. — Na pamiątkę. Że świętowanie jest najjaśniejsze, kiedy jest miejsce dla każdego.
Kapelusz leżał spokojnie, jak kropka na końcu zdania. A w pokoju wciąż unosił się zapach kwiatów i radości, która nie potrzebowała żadnych instrukcji.