Rozdział 1
W piątek po lekcjach Lena prawie biegła do domu, choć miała w plecaku coś cięższego niż zwykle: klasowy tablet, wypożyczony na weekend do projektu. Na klatce schodowej pachniało zupą z mieszkania sąsiadów, a jej w głowie pachniało… kłopotem.
„Tylko nie upuść, tylko nie upuść” — powtarzała sobie, ściskając pasek plecaka. Najbardziej bała się tego momentu, kiedy dorosły robi poważną minę i mówi: „Jak mogłaś?” Nie dlatego, że była zła. Po prostu jej serce w takich chwilach robiło fikołka, a w gardle robiła się gula.
W domu miała dokończyć prezentację razem z przyjaciółkami: Mają i Zosią. Wszystkie trzy miały po jedenaście lat, chodziły do tej samej klasy i trzymały się razem jak trzy spinacze do papieru.
— Mama, jestem! — zawołała Lena, zdejmując buty.
— Cześć! Zjedz coś, a potem możesz usiąść do projektu — odpowiedziała mama z kuchni. Jej głos był zwyczajny, ale Lena i tak usłyszała w nim coś jak tykający zegar: „Uważaj”.
Po podwieczorku przyszły dziewczyny. Usiadły przy biurku Leny, a tablet wylądował na środku jak najważniejszy gość.
— Dobra, mamy temat: „Drzewa w mieście” — powiedziała Maja i od razu otworzyła notatnik. — Ja robię o tym, jak drzewa chłodzą ulicę.
— A ja o tym, jakie ptaki mieszkają w parkach — dodała Zosia.
Lena miała przygotować slajd o tym, jak rozpoznawać gatunki po liściach. Brzmiało fajnie, tylko że w jej głowie siedziała jedna myśl: „Nie zepsuj”.
W pewnym momencie Maja sięgnęła po szklankę z wodą.
— Nie stawiaj tak blisko… — zaczęła Lena, ale spóźniła się o pół sekundy.
Szklanka zahaczyła o róg biurka. Woda poszła jak fala po blacie, a potem wprost na tablet.
— O nie! — Zosia aż podskoczyła.
Maja w jednej chwili postawiła szklankę, jakby mogła cofnąć czas.
— Ja… ja nie chciałam… — wyszeptała.
Lena wyłączyła tablet, przycisnęła rękaw do ekranu, ale woda już wsiąkała w szczeliny. Przez moment patrzyły na siebie w ciszy, takiej gęstej, że prawie słychać było krople.
— To może… wyschnie? — zapytała Zosia z nadzieją, jakby to była zaklęcie.
— Musi wyschnąć — powiedziała Lena, choć w brzuchu miała kamień.
Kiedy dziewczyny wyszły, Lena położyła tablet na ręczniku przy kaloryferze. Serce waliło jej jak piłka na beton. Wiedziała, że powinna od razu powiedzieć mamie i wychowawczyni. Ale w głowie pojawił się obraz pani Teresy, nauczycielki informatyki, z brwiami ściągniętymi jak dwa haczyki.
„Zgubisz zaufanie” — brzmiał głos w jej myślach. I jeszcze coś: „Będą krzyczeć”.
Wieczorem mama zajrzała do pokoju.
— Jak projekt? — zapytała.
Lena poczuła, jak kłamstwo rośnie w niej jak balon. Nie chciała, ale było łatwiejsze niż prawda.
— Dobrze… tylko… tablet chyba miał już słabą baterię i się zawiesił — powiedziała, patrząc na własne kolana.
Mama zmarszczyła czoło.
— Zawiesił? To jutro sprawdzimy. Może trzeba go zresetować.
Lena skinęła głową, a w środku poczuła ulgę zmieszaną z czymś ostrym jak drzazga. Bo nie powiedziała całej prawdy. Zmieniła szczegół. Tylko jeden. A jednak wszystko zrobiło się cięższe.
Rozdział 2
W sobotę tablet nie wstał. Ekran był czarny, jakby ktoś zasunął zasłony. Lena próbowała go włączyć, przytrzymać przycisk, podpiąć ładowarkę. Nic.
Maja i Zosia pisały na czacie:
Maja: „Jak tablet? Działa?”
Zosia: „Może ryż? Moja ciocia tak robi z telefonem.”
Lena patrzyła na wiadomości i czuła, że jej policzki robią się gorące. Napisała:
Lena: „Jeszcze nie działa. Może faktycznie był zepsuty wcześniej…”
Wysłała. I od razu żałowała, bo to brzmiało tak, jakby tablet był winny. A tablet tylko leżał i milczał.
Po południu mama powiedziała:
— W poniedziałek oddamy go do szkoły. Pani Teresa pewnie wie, co zrobić.
Lena przełknęła ślinę.
— Mamo… a jak… jak ktoś zepsuje szkolny sprzęt? — zapytała, udając, że pyta „tak ogólnie”.
Mama usiadła na brzegu łóżka.
— Zależy. Jeśli to wypadek, zwykle ważne jest, żeby od razu powiedzieć prawdę. Wtedy można coś naprawić, znaleźć rozwiązanie. Kłamstwo robi większy bałagan niż woda — powiedziała spokojnie.
Lena poczuła, jak balon w jej środku napiera.
— A jak ktoś się boi? — wyszeptała.
— Każdy czasem się boi. Ale strach nie znika od udawania. Znika, kiedy można z nim pogadać — mama pogłaskała Lenę po włosach. — Wiesz, czasem najlepsze zdanie to „nie wiem, co zrobić”. I wtedy prosisz o pomoc.
Lena skinęła głową. Tylko że jej język jakby skleił się z podniebieniem. Miała wrażenie, że jeśli powie prawdę, to natychmiast spadnie na nią burza. A ona wolała deszcz. Deszcz da się przetrwać w kapturze.
Wieczorem dziewczyny zadzwoniły.
— Lena, przepraszam — wyrzuciła z siebie Maja. — To przeze mnie. Ja machnęłam ręką, nie ty.
— Ale to ja miałam pilnować… — zaczęła Lena.
— Nie, ja! — Maja prawie krzyczała do telefonu. — I ja się boję, że pani Teresa… że będzie afera.
Zosia wtrąciła cicho:
— Może powiemy, że… niechcący ktoś w szkole wcześniej zalał? Przecież nie mamy pewności.
Lena zacisnęła palce na słuchawce. To brzmiało kusząco: nie powiedzieć wprost, tylko zostawić mgłę.
— Nie wiem — powiedziała i to było pierwsze prawdziwe zdanie tego dnia. — Nie wiem, co zrobić.
W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
— To… pogadamy jutro? — zaproponowała Zosia. — Przecież w niedzielę jest spotkanie w parku z panem Krzysztofem, tym edukatorem. Tam mamy zbierać liście do projektu. Może… tam nam się rozjaśni.
Lena zgodziła się, choć nie była pewna, czy cokolwiek może się rozjaśnić, kiedy w środku jest ciemno.
Rozdział 3
W niedzielę park był jak zielona mapa pełna ścieżek. Pachniało mokrą ziemią i latem, które jeszcze nie chciało całkiem odejść. Pan Krzysztof, edukator z domu kultury, czekał przy tablicy z planem parku. Miał plecak, lupę i uśmiech, który wyglądał jak „wszystko da się ogarnąć”.
— Cześć, ekipo! — zawołał. — Dzisiaj polujemy na liście, ale spokojnie: żadnych zwierząt nie krzywdzimy, liście same spadają.
Maja parsknęła śmiechem, Zosia też, a Lena uśmiechnęła się tylko trochę. Jej plecy były spięte.
— Podzielimy się na małe grupy — powiedział pan Krzysztof. — Każda grupa dostaje kartę z zadaniami: rozpoznaj trzy gatunki drzew po liściach, zanotuj, gdzie rosną i… ważne: jeśli czegoś nie wiesz, wpisz „nie wiem” i dopisz pytanie. „Nie wiem” to nie wstyd, to początek odkrywania.
Lena aż uniosła brwi. To zdanie trafiło ją prosto w środek.
Ruszyły we trzy, z kartą i ołówkiem. Zosia od razu znalazła kasztanowca.
— Patrzcie, liść jak dłoń! — powiedziała.
— A to chyba klon — dodała Maja, pokazując pięciokątny liść.
Lena starała się skupić, ale co chwilę widziała czarny ekran tabletu. Jej myśli były jak sznurki, które ktoś splątał.
Na ławce przy stawie usiadły na chwilę, żeby zapisać notatki.
— Lena… — zaczęła Maja cicho. — Ty powiedziałaś mamie?
Lena spojrzała na wodę. Kaczki robiły na niej okręgi, jakby nic złego na świecie nie istniało.
— Powiedziałam… że tablet się zawiesił — przyznała.
Zosia westchnęła.
— A ja wczoraj prawie powiedziałam tacie, że to kot szturchnął szklankę. Tylko że my nie mamy kota — dodała i sama się skrzywiła. — Nie wiem, czemu mózg wymyśla takie rzeczy.
Maja wbiła wzrok w swoje buty.
— Ja się boję, że jak powiem prawdę, to wszyscy będą mnie uważać za niezdarę.
Lena poczuła, że w niej też siedzi ten strach, tylko większy: że będą uważać ją za kłamczuchę.
Obok przechodził pan Krzysztof. Zatrzymał się, widząc ich miny.
— Coś nie gra? — zapytał, siadając na oparciu ławki jak ktoś, kto ma czas.
Dziewczyny milczały. Lena miała wrażenie, że język znowu jej twardnieje.
— Wiecie — powiedział pan Krzysztof, jakby czytał im w myślach — w parku czasem ludzie mylą ścieżki. I co wtedy? Udają, że wcale nie błądzą? Chodzą w kółko i robią się coraz bardziej zmęczeni. A wystarczy zapytać: „Przepraszam, nie wiem, gdzie jestem. Pomożesz?”
Zosia poruszyła palcami na kartce.
— A jeśli ktoś się boi zapytać? — wymamrotała.
— To można zacząć od małego kroku — odparł. — „Boję się”. To też jest informacja. I wtedy druga osoba ma szansę być spokojna zamiast straszna.
Lena poczuła, że jej oczy robią się wilgotne. Szybko mrugnęła.
— To chyba… chodzi nie tylko o liście — powiedziała Maja, patrząc na Lenę.
Pan Krzysztof nie dopytywał. Tylko skinął.
— Zróbcie dziś jedno zadanie dodatkowe: napiszcie na dole karty jedno zdanie prawdy, które trudno powiedzieć. Nie musicie mi go pokazywać. To dla was.
Lena wzięła ołówek. Ręka jej drżała. Na dole kartki napisała małymi literami: „Zalaliśmy tablet wodą”.
Gdy zobaczyła te słowa, coś w niej puściło. Jakby wreszcie przestała trzymać ciężki plecak na jednej szelce.
Rozdział 4
W poniedziałek rano Lena niosła tablet do szkoły w torbie, która nagle wydawała się głośna: każdy krok brzmiał „powiedz”. Maja i Zosia szły obok.
— Jak zaczniemy? — szepnęła Zosia.
— Może po prostu… normalnie — odpowiedziała Maja, choć jej głos zadrżał.
Przed salą informatyczną stała pani Teresa. Miała kubek z herbatą i stos kabli. Wyglądała jak zwyczajna osoba, nie jak burza. To Lena trochę pomogło.
— Dzień dobry, dziewczyny. Macie tablet? — zapytała.
Lena poczuła, że teraz albo nigdy. Wzięła wdech, jakby zanurzała się pod wodę.
— Dzień dobry… Tak. I… musimy coś powiedzieć — zaczęła.
Maja natychmiast stanęła bliżej.
— W piątek, gdy robiłyśmy projekt, wylała się woda. To był wypadek — powiedziała szybko. — Próbowałyśmy osuszyć, ale…
Zosia dodała:
— Bałyśmy się, że będzie pani zła. I zaczęłyśmy mieszać w opowieści. Ja… ja nawet chciałam zrzucić na kota, którego nie mam.
Pani Teresa uniosła brwi, ale nie w taki sposób, jakiego Lena się bała. Raczej jak ktoś zdziwiony, a potem… zainteresowany.
— Dziękuję, że mówicie prawdę — powiedziała po chwili. — To ważne. A teraz: kto z was wie, co dzieje się z elektroniką, kiedy dostanie wodę?
Dziewczyny spojrzały po sobie. Lena poczuła ulgę, że to pytanie nie było o winę.
— Nie wiem — powiedziała Lena cicho, a potem głośniej, żeby sama siebie usłyszeć: — Nie wiem.
Pani Teresa skinęła, jakby to była najlepsza odpowiedź.
— I to jest świetne miejsce, żeby zacząć. Woda może zrobić zwarcie, ale czasem da się urządzenie uratować. Ważne, że nie próbowałyście go włączać sto razy przy mokrym środku… prawda?
Lena spuściła wzrok.
— Próbowałam… kilka razy w sobotę — przyznała. — Myślałam, że może ruszy.
— Rozumiem — powiedziała pani Teresa spokojnie. — Następnym razem: od razu wyłącz, nie ładuj, daj do serwisu. A teraz zobaczymy, co da się zrobić. Może naprawa, może wymiana. Zależy od szkody.
Lena czekała na „a teraz kara”. Ale pani Teresa tylko westchnęła.
— Najbardziej martwi mnie to, że przez strach zaczęłyście kłamać. Bo wypadki się zdarzają. Sprzęt jest po to, żeby służył ludziom, a ludzie czasem są niezdarni. Ważne, żebyśmy sobie ufali.
Maja przełknęła ślinę.
— To… nie będzie pani na nas krzyczeć?
— Nie — odpowiedziała nauczycielka. — Będę wymagać, żebyście pomogły w naprawieniu sytuacji. Napiszecie krótką notatkę: co się stało i czego się nauczyłyście. I dokończycie projekt, ale już bez tabletu — w bibliotece są komputery. Zgoda?
— Zgoda — powiedziały wszystkie trzy naraz, aż same się zdziwiły, że to słowo może brzmieć tak lekko.
Po lekcjach Lena wróciła do domu i od razu powiedziała mamie całą prawdę. Mama nie zrobiła burzy. Zrobiła herbatę.
— Dziękuję, że mi mówisz — powiedziała. — Strach potrafi namieszać, ale odwaga to nie brak strachu. Odwaga to mówienie mimo niego.
Lena poczuła, jak drzazga w środku wreszcie przestaje kłuć.
Rozdział 5
W kolejnych dniach dziewczyny pracowały w bibliotece. Komputery były wolniejsze, a myszki czasem się zacinały, ale za to śmiały się częściej, bo napięcie zniknęło.
— Jak opiszesz liść klonu? — zapytała Zosia, stukając w klawiaturę.
Lena popatrzyła na zdjęcie.
— Wygląda jak gwiazda z pięcioma ramionami, tylko taka… bardziej roślinna — powiedziała.
— „Roślinna gwiazda” brzmi super — zaśmiała się Maja. — Dopiszemy: „łatwy do rozpoznania”.
Potem przyszło najtrudniejsze: notatka dla pani Teresy. Miały opisać, co się stało i czego się nauczyły.
Lena pisała i co chwilę się zatrzymywała.
— Nie wiem, jak to ująć, żeby nie brzmiało głupio — przyznała.
Maja spojrzała na nią.
— To napisz „nie wiem”. Serio. Potem dopisz, co czujesz. Pan Krzysztof mówił, że „nie wiem” to start.
Zosia przytaknęła.
Lena napisała: „Nie wiedziałyśmy, co zrobić po wypadku, i bałyśmy się. Dlatego zaczęłyśmy zmieniać szczegóły. Teraz wiemy, że lepiej od razu powiedzieć prawdę i poprosić o pomoc”.
Kiedy oddały notatkę, pani Teresa przeczytała ją w ciszy, a potem podała im kartkę z powrotem.
— Dobra robota. Prawda potrafi być niewygodna na początku, ale później robi miejsce na spokój — powiedziała.
W piątek, tydzień po parku, pan Krzysztof przyszedł do szkoły na krótkie spotkanie o projekcie. Dziewczyny podeszły do niego na przerwie.
— Pamięta pan to zdanie o „nie wiem”? — zapytała Lena.
— Pamiętam. Zadziałało? — uśmiechnął się.
— Tak. I… powiedziałyśmy prawdę o tablecie — powiedziała Maja.
— Bałyśmy się, ale potem było łatwiej — dodała Zosia.
Lena wzięła oddech.
— Ja obiecuję, że będę próbować być bardziej szczera. Nawet jak będę się bała. I że kiedy czegoś nie wiem, powiem „nie wiem”, zamiast wymyślać — powiedziała.
Pan Krzysztof skinął poważnie, jakby to była bardzo dorosła umowa.
— To dobra obietnica. Nie chodzi o to, żeby nigdy nie popełniać błędów. Chodzi o to, żeby umieć do nich wrócić i je naprawić.
Wieczorem Lena leżała w łóżku, a w pokoju było cicho. Pomyślała o parku, o liściach i o tym, jak słowa mogą być jak ścieżki. Jedne prowadzą w kółko, inne w stronę wyjścia.
Gdy zamykała oczy, miała w sobie coś miękkiego i spokojnego: zaufanie, które da się odbudować. I małe, proste zdanie gotowe na jutro, jeśli będzie potrzebne: „Nie wiem. Pomożesz mi?”