Początek: Aparat, ogród i wielka misja
Wspólny ogród pachniał miętą i mokrą ziemią. Kropelki wody błyszczały na liściach jak maleńkie szkiełka. W samym środku ścieżki stała Hania, pięcioletnia marzycielka, i trzymała aparat fotograficzny taty. Aparat był prawie tak duży jak jej uśmiech.
Obok niej skakała Zosia, też pięcioletnia, w żółtych kaloszach w kropki. Kalosze robiły: „klap, klap”, nawet gdy Zosia stała w miejscu, bo ona zawsze trochę podskakiwała.
– Dzisiaj robimy zdjęcie grupowe! – ogłosiła Hania bardzo poważnie, jakby prowadziła ważną naradę. – Takie… super zdjęcie. Żeby każdy był na nim. I żeby było śmiesznie.
– Śmiesznie to ja umiem! – Zosia zrobiła minę rybki: usta w kółko. – Ooooo!
– Nie teraz, rybko. Na zdjęciu. – Hania zachichotała. – Najpierw zbieramy ekipę.
Wspólny ogród miał wielu mieszkańców. Były grządki z marchewką, zioła, krzaczek malin, wielka konewka, skrzynka z narzędziami i… Pan Ogrodnik Mirek, który mówił spokojnie i zawsze miał kieszenie pełne nasion.
Hania podeszła do Pana Mirka.
– Panie Mirku, może pan być na zdjęciu? – zapytała grzecznie.
Pan Mirek przestał podlewać i spojrzał uważnie.
– Mogę. Ale najpierw powiedz, Haniu, gdzie ma stanąć Pan Mirek? – zapytał.
Hania aż się wyprostowała.
– Tu, przy wielkiej dyni. Bo dynia jest jak… jak piłka dla olbrzyma!
– Dobra dynia, rozumiem. – Pan Mirek skinął głową, jakby dynia była szefem.
Zosia pobiegła do grządki z truskawkami, gdzie siedział Królik Pędzelek. To był królik sąsiadów, który czasem przychodził „tylko popatrzeć”, a kończyło się na tym, że „tylko spróbuje listka”.
– Pędzelku! Będzie zdjęcie! – zawołała Zosia.
Królik poruszył nosem. Wyglądał, jakby wąchał cały świat naraz.
– Chrum? – powiedział królik, bo nie znał słowa „zdjęcie”.
– To takie… klik! I wszyscy są razem. – Zosia zrobiła palcem „pstryk”.
Królik usiadł prosto, jak mały profesor. Potem spróbował usiąść jeszcze prościej. I jeszcze.
– Ojej, on się ćwiczy! – śmiała się Zosia. – On chce wyjść ładnie!
Hania wróciła do Zosi i szepnęła:
– Musimy też zaprosić kogoś bardzo ważnego.
– Kogo? – Zosia otworzyła oczy.
Hania wskazała na wielką, czerwoną konewkę.
– Konewkę Krysię. Bez niej nie ma ogrodu.
Zosia podeszła do konewki i pogłaskała ją po boku.
– Krysiu, proszę, stań do zdjęcia.
Konewka milczała, ale w środku chlupnęło. To brzmiało prawie jak: „Okej”.
– Słyszałam, że powiedziała „chlup-tak”! – stwierdziła Zosia.
– Ja też! – Hania przytaknęła. – Dobra. Teraz ustawiamy wszystkich. I słuchamy się nawzajem, bo inaczej aparat zrobi „blurrr”.
– Blurrr? – Zosia zrobiła minę poważną jak Pan Mirek.
– Tak. Jak ktoś się kręci. – Hania pokazała rękami wir. – Wtedy na zdjęciu jest… naleśnik zamiast twarzy.
– Ja nie chcę naleśnika zamiast twarzy! – Zosia złapała się za policzki. – Chcę twarz.
– To słuchamy! – Hania podniosła aparat jak królewski berło.
I wtedy wydarzył się pierwszy mały zwrot akcji, bo z krzaczka malin wyskoczył… jeż.
– Dzień dobry – mruknął jeż, jakby mówił „dzień dobry” codziennie do malin.
Zosia aż pisnęła z radości.
– Jeżu! Też na zdjęcie!
Jeż spojrzał na aparat i na dzieci. Chwilę stał, a potem bardzo, bardzo powoli kiwnął głową.
– Tylko bez łaskotania – ostrzegł.
– Bez łaskotania! – obie obiecały, chociaż Zosia już miała w palcach chichot.
Środek: Ustawianie i wielkie „klik!”… które nie chciało kliknąć
Wspólny ogród zamienił się w scenę. Hania ustawiła wszystkich przy dyni: Pana Mirka, konewkę Krysię, królika Pędzelka i jeża. Zosia stanęła z boku, gotowa do śmiechu, ale też gotowa do słuchania. Hania podeszła do małego stołka, żeby postawić aparat.
– Dobra, plan jest taki – powiedziała Hania. – Ja ustawiam aparat na stołku. Potem włączam samowyzwalacz. Potem biegnę do was. Wszyscy mówimy „ogóóóórek!” i robimy minę. Potem „klik!”. Potem oglądamy. Proste.
– Proste jak marchewka! – Zosia przytaknęła.
– Marchewka jest czasem krzywa – zauważył Pan Mirek.
– To proste jak prosty ogórek! – poprawiła się Zosia.
Hania wcisnęła przycisk na aparacie. Aparat mrugnął małym czerwonym światełkiem.
– Uwaga, biegnę! – Hania ruszyła, ale… nie ruszyła daleko, bo w tej samej chwili królik Pędzelek stwierdził, że stołek wygląda smacznie. Może był z drewna, a drewno to prawie marchewka? Królik podszedł i zaczepił stołek ząbkami.
Stołek zrobił: „hop”.
Aparat zrobił: „ojoj”.
Hania zrobiła: „Aaaaa!”
Zosia złapała aparat w ostatniej chwili, jakby łapała bańkę mydlaną.
– Uratowane! – zawołała.
– Pędzelku! – Hania mówiła spokojnie, ale jej brwi podskoczyły wysoko. – Stołek nie jest do jedzenia.
Królik poruszył uszami, jakby mówił: „A skąd miałem wiedzieć?”
– On nie wiedział. – Zosia pochyliła się do królika. – Trzeba mu powiedzieć jasno. Pędzelku, słuchaj: stołek nie. Listek tak.
Królik popatrzył na listek mięty.
– Chrup – powiedział, jakby zgadzał się na zasady.
Jeż prychnął cicho.
– Widzicie? Słuchanie działa – mruknął.
Hania ustawiła stołek dalej od królika, a bliżej dyni.
– Teraz stołek jest pod ochroną dyni – oświadczyła.
– Dynia ochroni wszystko! – Zosia przybiła dyni w powietrzu „piątkę”, ale nie dotknęła jej, bo Hania powiedziała, że dynie lubią delikatnie.
Druga próba. Hania ustawiła aparat. Włączyła samowyzwalacz. Światełko mrugało: raz, dwa, raz, dwa.
– Biegnę! – Hania pobiegła do grupy.
Wszyscy ustawili się ładnie. Pan Mirek z konewką obok. Jeż pod dynią, bo cień mu pasował. Królik między Zosią a Hanią, bo tak było „w środku”, a środek jest ważny. Zosia podniosła ręce jak skrzydła.
– Ogóóóórek! – krzyknęli.
I wtedy konewka Krysia… kichnęła.
Tak, konewka. Kichnęła wodą.
– Apsik-chlup! – prysnęło.
Kropelki wody poleciały jak małe deszczowe konfetti. Jedna kropelka trafiła jeża w nos.
Jeż zrobił: „A-psik!”
Królik zrobił podskok jak piłeczka.
Pan Mirek zamrugał.
Zosia roześmiała się tak, że jej kalosze aż zadzwoniły o kamyki.
A aparat… zrobił zdjęcie dokładnie wtedy, gdy wszyscy mieli miny: „Ooooo!”, „Apsik!” i „Hop!”.
– Klik! – powiedział aparat, zadowolony z siebie.
Hania spojrzała na wszystkich.
– To było… nie takie, jak planowałam.
– Ale było super! – Zosia trzymała się za brzuch. – Konewka zrobiła psikus!
– Konewka nie robi psikusów – powiedział Pan Mirek. – Konewka po prostu ma wodę w nosie.
– Konewka ma nos? – zapytała Hania, patrząc na dziobek.
– Ten dzióbek to taki nos do lania – wyjaśnił Pan Mirek. – Jak się zatka, to… apsik.
Jeż podniósł łapkę.
– Mogę coś powiedzieć? – zapytał cicho.
– Tak! – powiedziały dziewczynki jednocześnie i od razu się zatrzymały.
– Jedna po drugiej – dodała Hania szybko. – Zosiu, ty pierwsza.
– Tak, Jeżu, mów – powiedziała Zosia, już spokojniej.
Jeż skinął.
– Jak robicie zdjęcie, to najpierw posłuchajcie konewki. Ona lubi być potrząśnięta delikatnie, żeby nie kichała.
Zosia patrzyła na konewkę z szacunkiem.
– Krysia, czy ty lubisz delikatnie? – zapytała.
Konewka znów chlupnęła, ale tym razem cichutko.
– Powiedziała „chlup-tak, delikatnie” – przetłumaczyła Zosia.
Hania westchnęła z ulgą.
– Dobra, robimy trzecie podejście. Tym razem słuchamy: królika, jeża i konewki.
– I dyni! – dodała Zosia.
– Dynia milczy, ale może też słucha – odparła Hania.
Ustawili się znowu. Pan Mirek potrząsnął konewką bardzo ostrożnie. Konewka nie kichnęła. Królik dostał listek mięty, żeby nie myślał o stołku. Jeż dostał miejsce w cieniu. Zosia dostała zadanie.
– Zosiu, ty mówisz „stop” jeśli ktoś się rusza – poprosiła Hania.
Zosia przyłożyła palec do ust jak prawdziwa kierowniczka zdjęcia.
– Stop jest moim super-słowem – szepnęła.
Hania ustawiła aparat, włączyła samowyzwalacz i pobiegła. Mruganie: raz, dwa, raz, dwa.
Wszyscy stali. I prawie było idealnie.
Prawie, bo nagle przez ścieżkę przeszła gąsienica. Mała, zielona, w paski. Szedłaby sobie spokojnie, ale Zosia ją zobaczyła i… jej stopy zaczęły tańczyć z emocji.
– Oooo, idzie pociąg z listka! – szepnęła Zosia.
– Zosiu, nie ruszaj się – szepnęła Hania.
Zosia próbowała się nie ruszać, ale jej kalosz chciał powiedzieć „klap”.
– Stop! – szepnęła Zosia do samej siebie i zamroziła się jak lód w malinowym soku.
Gąsienica przeszła. Królik patrzył, jeż patrzył, Pan Mirek patrzył, konewka… chyba też patrzyła.
– Ogóóóórek! – powiedzieli cicho, bo nie chcieli wystraszyć gąsienicy.
– Klik! – zrobił aparat.
Tym razem nikt nie kichnął. Nikt nie skoczył. Nawet Zosia nie tańczyła.
Zosia wypuściła powietrze.
– Udało się! Ja byłam nieruchoma jak… jak patyk! – szepnęła dumna.
– Jak patyk, który słucha – dodała Hania.
Koniec: Zdjęcie, śmiech i spokojny ogród
Hania podniosła aparat i wszyscy zebrali się wokół niej tak blisko, że pachnieli miętą, ziemią i trochę dynią. Hania przewinęła zdjęcia. Najpierw było to pierwsze, z uciekającym stołkiem – na nim widać było tylko kawałek dyni i ucho królika.
– To zdjęcie dyni z uchem! – Zosia chichotała. – Dynia ma ucho!
Pan Mirek zaśmiał się cicho.
– Dynia słyszy, gdy się o niej mówi.
Drugie zdjęcie było jeszcze lepsze. Wszyscy mieli miny „Apsik!”. Jeż miał najzabawniejszą, bo jego nos był w kroplach, a on wyglądał, jakby właśnie wymyślił dowcip.
– To jest zdjęcie „Konewka Kicha” – ogłosiła Zosia.
– Konewka Krysia, nie Kicha – poprawiła Hania łagodnie. – Ona nie chciała.
Zosia skinęła głową.
– Racja. To jest zdjęcie „Konewka mówi: przepraszam”.
Konewka cichutko chlupnęła, jakby rzeczywiście mówiła: „Przepraszam, ale to było śmieszne”.
Wszyscy popatrzyli na trzecie zdjęcie. Było idealne. Hania i Zosia uśmiechały się szeroko. Pan Mirek stał spokojnie, jak drzewo. Jeż wyglądał dzielnie i miło. Królik siedział grzecznie, z listkiem mięty jak małą flagą. A w tle, jeśli dobrze się przyjrzeć, była gąsienica, która akurat wchodziła na listek.
– Ojej! Ona też jest na zdjęciu! – Zosia aż podskoczyła, ale już po zdjęciu, więc można było.
– To nasza tajna gościni – powiedziała Hania. – Zdjęcie grupowe z niespodzianką.
Jeż uśmiechnął się po jeżowemu, czyli prawie wcale, ale jednak.
– Najlepsze zdjęcia są takie, gdzie wszyscy słuchają i nikt nikogo nie pogania – powiedział.
Hania spojrzała na Zosię.
– Zosiu, dziękuję, że mówiłaś „stop”. Ja czasem tak się spieszę, że zapominam oddychać.
Zosia spojrzała na Hanię.
– A ja dziękuję, że mi powiedziałaś, kiedy nie robić rybki. Bo ja bym zrobiła rybkę na każdym zdjęciu.
– Możesz zrobić rybkę na jednym – zgodziła się Hania. – Następnym razem zrobimy „Zdjęcie Rybki”.
– I „Zdjęcie Marchewki”! – dodała Zosia.
– I „Zdjęcie Dyni z Uchem” – mruknął Pan Mirek, udając powagę.
Wszyscy znów wybuchnęli śmiechem. Śmiech był lekki, jak piórko, i poleciał nad grządki. Nawet maliny jakby były trochę weselsze.
Potem Pan Mirek zaproponował przerwę.
– Wspólny ogród lubi, gdy po śmiechu robi się spokojniej – powiedział. – Usiądźmy na kocu. Wypijemy wodę. Posłuchamy, jak rośnie mięta. Bo mięta… naprawdę rośnie po cichu.
Dziewczynki usiadły na kocu w cieniu dyni. Konewka stała obok, już bardzo grzeczna i niekichająca. Królik chrupał listek. Jeż zwinął się trochę, bo tak mu było wygodnie. W oddali brzęczała pszczoła, jak mały silniczek.
– Haniu? – szepnęła Zosia.
– Mhm?
– Słyszę ogród.
Hania przymknęła oczy.
– Ja też. Słyszę, jak liść mówi „szu”. I jak woda mówi „kap”. I jak my mówimy „hihi”, a potem „cisza”.
Zosia położyła dłoń na kocu.
– I słyszę, że jesteśmy razem – powiedziała.
Hania uśmiechnęła się miękko.
– To najlepsze zdjęcie, nawet bez aparatu.
Zosia popatrzyła na aparat, który teraz leżał spokojnie obok.
– Aparat też słucha? – zapytała.
Pan Mirek odpowiedział szeptem, jakby nie chciał przestraszyć ciszy.
– Jak go dobrze trzymasz, to tak. Słucha twoich rąk.
Zosia spojrzała na swoje dłonie.
– To ja będę trzymać delikatnie. Bo delikatnie to jest… mądrze.
Hania kiwnęła głową.
– A jak ktoś kichnie, to nic. Wtedy robimy „Zdjęcie Apsik” i też jest fajnie.
Jeż mruknął zadowolony.
– Byle bez łaskotania.
– Bez łaskotania! – szepnęły dziewczynki i znów zachichotały, ale cichutko, tak żeby ogród mógł dalej mówić swoim szeptem.
Słońce powoli przesuwało się po liściach. Śmiech ucichł jak fala, która wraca do morza. Zostało ciepło, spokój i to uczucie, że każdy został wysłuchany: królik, jeż, konewka, a nawet gąsienica w paski.
A na aparacie czekało zdjęcie, na którym cała paczka wyglądała dokładnie tak, jak się czuli: razem, śmiesznie i dobrze.