Rozdział 1: Zaczarowany poranek w Zawilczym Lesie
W Zawilczym Lesie każdy ranek pachniał magią. Liście śpiewały cicho, a wróble nosiły w dziobkach maleńkie błyskotki, jakby wiedziały, że to miejsce jest inne niż wszystkie. Wśród starych chat, które pochylały się lekko od tajemnic, mieszkała siedmioletnia Łucja, uczennica czarownicy Babci Miry. Łucja miała rude, kręcone włosy i piegi, których nie dało się zliczyć nawet z pomocą magicznej lupy. Najbardziej jednak lubiła swój kapelusz z dzwoneczkiem – podobno chronił przed kłopotami, choć czasem dzwonił dokładnie wtedy, gdy kłopoty się zaczynały.
Dziś Łucja była bardziej podekscytowana niż zwykle. Wiedziała, że to właśnie dzisiaj spróbuje przełamać starą rodzinną klątwę. Przekleństwo sprawiało, że kiedy tylko ktoś z jej rodziny próbował powiedzieć coś bardzo ważnego, zaczynał mruczeć jak kot! Było to bardzo zabawne, dopóki nie trzeba było wyznać komuś sekretu albo po prostu poprosić o dokładkę zupy. Babcia Mira powiedziała: – Moja droga, najwyższy czas, byś spróbowała sama pokonać tę klątwę. Lecz pamiętaj, nie dasz rady bez odrobiny odwagi, szczypty dobrego humoru i... kilku artefaktów ukrytych w naszym czarownym lesie.
Łucja zjadła swoje magiczne śniadanie z kaszą, która potrafiła podskakiwać na talerzu, i wybiegła na zewnątrz. Przed nią czekała cała masa przygód, a może nawet – nowi przyjaciele.
Rozdział 2: Tajemnicze artefakty i niesforny chochlik
Łucja ruszyła ścieżką, na której listki mieniły się kolorami tęczy. Gdy przeszła obok studni, usłyszała śmiech. Na jej ramieniu usiadł Kulek – mały, puchaty chochlik, który uwielbiał robić żarty. – Gdzie się wybierasz, młoda czarownico? – zapytał z uśmiechem, chichocząc pod nosem.
– Muszę znaleźć trzy artefakty, które ukrył sam czarodziej Wilżyn! Babcia mówiła, że bez nich nie złamię klątwy – odpowiedziała Łucja, poważnie marszcząc brwi. – Pomóż mi, a dostaniesz porcję moich najlepszych pierników migdałowych!
Kulek aż podskoczył z radości. – Pierniki? Już pędzę! – zawołał i pociągnął Łucję za rękaw.
Pierwszy artefakt znaleźli pod krzakiem borówek – była to srebrna łyżeczka, która umiała sama nalewać zupę do miski, nawet jeśli ktoś bardzo próbował ukryć ostatnią porcję. Drugi artefakt wisiał na najgrubszej gałęzi starej sosny – magiczny gwizdek, który przywoływał do siebie wszystkie zgubione skarpetki. Gdy Kulek zagwizdał, od razu przez zarośla przebiegło kilka skarpetek w paski i grochy.
Najtrudniej było z trzecim artefaktem. Babcia mówiła, że to „Kompas Dobrych Słów”, lecz nikt nie wiedział, gdzie go szukać. – Może on sam nas znajdzie? – mruknęła Łucja, patrząc na radosnego Kulka, który wskakiwał do kałuż. Wtedy poczuła, jak kapelusz dziwnie drży. Spojrzała w górę – a tam, na gałęzi, siedział zielony ptak, który trzymał w dziobie niewielki, złoty kompas.
– Proszę cię, oddaj mi ten kompas! – poprosiła Łucja. – Chcę uwolnić swoją rodzinę od śmiesznego mruczenia.
Ptaszek przekręcił łepek i odpowiedział: – Tylko jeśli rozśmieszysz mnie najbardziej na świecie!
Łucja zaczęła więc tańczyć, robiąc śmieszne miny, a Kulek przewracał się ze śmiechu i turlał w trawie. Ptak śmiał się tak głośno, że aż spadł z gałęzi i – hop! – upuścił kompas prosto w ręce Łucji.
Rozdział 3: Próba czarów i wielka tajemnica
Z artefaktami w kieszeni Łucja wróciła do chaty Babci Miry. Po drodze rozmawiała z Kulkiem o najśmieszniejszych rzeczach na świecie: ślimakach w podkolanówkach i żabach jeżdżących na łyżwach po porannej rosie.
Babcia uśmiechnęła się łagodnie na widok wnuczki. – Widzę, że zdobyłaś wszystkie artefakty i nawet nie zgubiłaś kapelusza! Teraz czas na czar.
Łucja, trochę przestraszona, postawiła wszystkie przedmioty na stole. Kapelusz zadzwonił cichutko, jakby mówił: „Dasz radę!”. Babcia podała jej książkę zaklęć. – Musisz powiedzieć to, co najważniejsze, nie bojąc się, że zamruczysz – szepnęła zachęcająco.
Łucja zamknęła oczy i mocno ścisnęła kompas. – Kocham moją rodzinę – wyszeptała.
Nic się nie stało. A potem… coś niezwykłego! Zamiast mruczenia, pokoik wypełnił się delikatnym śmiechem, takim, który skrada się pod łóżka i rozśmiesza nawet najbardziej poważne poduszki. Kulek zaczął wirować po suficie, gwizdek sam przyciągnął zgubioną skarpetkę Babci Miry, a łyżeczka zatańczyła z filiżanką.
Babcia przytuliła Łucję. – No widzisz, klątwa zniknęła! – powiedziała z dumą. – Ale wiesz, tajemnica jest taka: nasza rodzina zawsze miała trochę śmieszka w sercu. Klątwa wcale nie była taka straszna, po prostu potrzebowała odrobiny odwagi i dobrego humoru!
Rozdział 4: Nowa magia i śmiech na całego
Od tego dnia w Zawilczym Lesie panował jeszcze większy śmiech. Łucja została bohaterką nie tylko w rodzinie, ale i wśród wszystkich zwierząt i chochlików. Dzieci z sąsiedztwa przychodziły, by uczyć się od niej zaklęć na poprawę humoru i szukać z nią nowych artefaktów.
A Łucja? Najchętniej siedziała na gałęzi starej sosny, machając nogami i rozmawiając z ptakami. Jej ulubionym zajęciem stało się opowiadanie historii, w których każde zaklęcie kończyło się głośnym śmiechem, a każdy dzień przynosił nową magiczną przygodę.
Czasem mruczała specjalnie, żeby rozbawić przyjaciół. Bo przecież trochę magii i śmiechu to najlepszy sposób na szczęście, nawet jeśli nosi się kapelusz z dzwoneczkiem na czubku głowy.