Płomień życzenia
Była sobie wigilijna wieczorowa cisza. Śnieg sypał jak cukier puder. Dzwonki gdzieś daleko brzęczały jak srebrne rybki. Choinka pachniała miodem i lasem, a świeczki mrugały ciepłymi oczkami.
Zosia, Jaś i Leon mieli prawie po pięć lat. Siedzieli przy oknie i patrzyli na podwórko. Na podwórku leżał rozebrany bałwanek. Rano zrobił go z nimi wiatr na sankach. Przeleciał szybko, śmiał się głośno, i chlap! Bałwanek rozsypał się na trzy smutne kule. Zosia miała serce jak mały płomyk. Zapał palił ją do środka. Bardzo chciała go odbudować. Teraz. Natychmiast. Z miłością i staraniem.
Babcia nauczyła ich czegoś prostego. Gdy wypowiesz dobre życzenie do płomyka, płomyk je usłyszy. Dzieci zapaliły malutką świeczkę w latarence. Świeczka zapłonęła jak gwiazdka. Zosia szeptała: „Chcę, aby nasz bałwanek wstał. Chcę naprawić to, co upadło. Chcę, żeby w sercach było ciepło”.
Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
Nagle stało się coś cichego i niezwykłego. Płomień życzenia urósł odrobinę. Jakby wstał na paluszki. Błysnął, jakby mrugnął do dzieci. A potem… świat zrobił się miękki jak szalik. I naraz byli w środku życzenia. Kroki stały się lżejsze, jakby stąpali po chmurkach. Mróz łaskotał w nosy, ale nie szczypał. Wszystko pulsowało spokojnym światłem.
Zosia ścisnęła latarenkę. Jej oczy błyszczały. Była bardzo gorliwa, uważna, jak pszczółka przy płatkach róż. – Odbudujemy go – powiedziała cicho. – Krok po kroku. Kula po kuli. Miękko i z sercem.
Śniegowy plan
Wyszli na podwórko. Śnieg pod butami śpiewał ciche chrup- chrup. Płomień w latarence prowadził ich złotą plamką. Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
– Najpierw duża kula – zdecydowała Zosia. – Potem średnia. Potem mała z czapką z wiadra.
Jaś i Leon zaczęli toczyć śnieg, a śnieżne kule rosły jak białe księżyce. Zosia wygładzała boki, dmuchała ciepłym oddechem, jakby mówiła do śniegu: „Dziękuję, że jesteś”. Pracowała pilnie i łagodnie. Jej zapał był jak piecyk, co grzeje, a nie parzy.
– Marchewka! – przypomniał sobie Leon. – Gdzie jest nos?
Rozejrzeli się. W śniegu brakowało pomarańczowej strzałki. Płomień życzenia zaszumiał cichutko. Z latarenki popłynął blask, jak złoty promyk. Promyk wskazał ścieżkę pod świerk. Pod drzewkiem leżała marchewka, a na gałązkach drżały małe światełka. Drzewko było jak zielona wieża, a światełka jak biedronki ze światła.
Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
Gdy wracali z marchewką, zza płotu wyszedł Olek. Olek był starszy o głowę, ale w oczach miał smutną kropeczkę. – To ja… – przyznał cicho. – Rano zjechałem sankami. Nie zdążyłem skręcić. Bałwanek się przewrócił. Przepraszam. Uciekłem, bo się wstydziłem.
Zosia stanęła. W jej sercu poruszyły się dwie rzeczy: chmurka i słońce. Chmurka mówiła: „Złość!”, a słońce szeptało: „Zrozumienie”. Dzwonki zadźwięczały jak odpowiedź. Płomień życzenia zatańczył łagodnie. Zosia odetchnęła.
– Wiesz, Olek – powiedziała powoli – bałwanek nie lubi samotności. Lepiej budować razem niż się złościć. Jeśli chcesz, pomóż nam. Naprawimy go wspólnie. Potem znajdziemy mu szalik. I okulary z guziczków.
Olek skinął. Uśmiechnął się jak ktoś, kto znalazł zagubioną rękawiczkę. Pochylił się i zaczął toczyć śnieg z Jaśkiem i Leonem. Zosia wygładzała, poprawiała, układała. Była jak mała mistrzyni, gorliwa i cierpliwa. – Jeszcze troszkę – szeptała. – Jeszcze kęs bieli. Już blisko.
Nagle zawiał delikatny wiatr. Zdmuchnął futrzany kłębuszek śniegu. Kula zadrżała. – Ojej! – zawołał Leon. – Zaraz się znów przewróci!
– Trzymajmy razem – powiedziała Zosia. – Razem raźniej. Razem mocniej.
Dzieci otoczyły kulę i przytuliły ją ramionami. Kula uspokoiła się, jakby usnęła. I dała się postawić na drugą. A potem – hop! – trzecia kula wspięła się na samą górę. Marchewka wskoczyła między wesołe, węglowe oczy.
Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
Podanie ręki
Bałwanek stał już wysoki i prosty. W wiadrze-czapce brzęczała cisza. Na szyi dostał czerwony szalik od Babci. Na brzuszku – guziki jak małe księżyce. Wyglądał jak dozorca zimy, co pilnuje ścieżek. Płomień w latarence zabłysnął radośnie, a potem przygasł leciutko, jakby mówił: „Dobrze. Udało się. Życzenie żyje”.
Olek pokręcił czapką. – Dziękuję, że mogłem pomóc – wyszeptał. – Bardzo przepraszam, Zosiu. Nie chciałem. Teraz już wiem, że trzeba uważać. I że można naprawić to, co się złamało.
Zosia podniosła wzrok. Jej oczy były jak dwie spokojne latarki. – Przebaczam – powiedziała miękko. – Każdemu zdarza się błąd. Gdy przebaczamy, w sercu zapala się światełko. Zobacz, jakie ciepłe. Chodź, Olek.
Wyciągnęła dłoń. Olek podał swoją. Ich dłonie spotkały się w środku zimy i było to jak cichy dzwonek. Jaś i Leon też podali dłonie. Cztery ręce złączyły się w krąg wokół bałwanka. Podali sobie ręce.
Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
Płomień życzenia zakołysał się i zaczął wracać do zwykłego płomyka. Świat stawał się mniej miękki, bardziej codzienny, ale w środku dzieci coś zostało. Mała iskierka zgody. Ciepło zgody jest jak kocyk, co nie gaśnie.
Wrócili do domu. W oknie migała choinka jak zielona kołysanka. Na stole czekał talerzyk z pierniczkiem. Babcia uśmiechnęła się i pogładziła Zosię po głowie. – Widzę, że w waszych oczach świeci nie tylko świeczka – powiedziała. – Pięknie.
Zosia postawiła latarenkę na parapecie. Płomień był spokojny, jak serduszko śpiącego wróbelka. Dzieci spojrzały jeszcze przez okno. Bałwanek stał dzielnie na śniegu. Wyglądał, jakby pilnował ciepła. A gdzieś, bardzo daleko, ktoś poruszył dzwonami, jakby życzył im dobrej nocy.
– Puch, dzwoneczki, choinka, świeczki – zamruczał Jaś.
– Puch, dzwoneczki, choinka, świeczki – powtórzył Leon.
– Puch, dzwoneczki, choinka, świeczki – dodała Zosia i przykryła się kołdrą aż po nos.
Wszyscy czworo wiedzieli coś ważnego. Można naprawić to, co się rozsypało. Można przeprosić i można przebaczyć. A kiedy podajesz rękę, rośnie most. Most jest z ciepła i zaufania. Po takim moście przechodzi się bez piechu, lekko, jak po śniegu.
Śnieg sypał, dzwonki brzęczały, choinka pachniała, a świeczki migotały.
Wigilijna noc otuliła dom jak wełniany szal. Płomień życzenia czuwał spokojnie w latarence. I każdemu, kto spojrzał na bałwanka, szeptał bez słów: „Dobranoc. Niech w twoim sercu też zapali się światełko”. I było już tylko cicho, miękko i dobrze, jak w kołysance, która kończy się uśmiechem.