Rozpoczęcie hałasu
W lesie, gdzie drzewa szeptały sekretami, mieszkał Bazyli — mały borsuk o wielkim talencie do przesady. Bazyli lubił opowiadać, że potrafi zjeść księżyc na śniadanie, jeżeli ktoś zostawi mu łyżkę. Lubił też dodawać, że jego futerko lśni jak tłusty koc po deszczu i że jego nos jest jak latarnia dla zgubionych skarpetek.
Pewnego wieczoru Bazyli postanowił urządzić w swoim norze "Wieczór Śmiechu". Zaprosił przyjaciół: pajączkę Fibi, żółwia Tadeusza i sowę Klarę. "Będziemy opowiadać największe, najbardziej niewiarygodne historie!" ogłosił, tupiąc łapką tak, że z półki spadła jedna puszysta piżamka.
Fibi zaplątała się w zaproszeniu i wyszeptała: "Czy to ma być poważne śmianie?"
"Nie!" zawołał Bazyli, rozkładając wizję wieczoru jak mapę skarbu. "Ma być śmianie od brzucha, od ogonka, ze śmiechu aż rzucimy kapelusze!"
Tadeusz uśmiechnął się wolno. Klara przysiadła na gałęzi, mrużąc oczy. Wszystko było gotowe: zapach pieczonych żołędzi, miękkie poduchy, lampka migocząca jak oczko rybki. Nawet księżyc zajrzał przez okno, ciekawy, co też te zwierzaki wymyślą.
Wielka opowieść o maleńkim herosie
Pierwszy wystąpił Bazyli. Usiadł na kawałku kory i zaczął. "Kiedyś ratowałem cały las przed... ogromnym, złym chmurkiem!" zaczął poważnie. Fibi przewiesiła nogę przez nogę, Tadeusz przeciągnął się powoli, a Klara zrobiła "Aha".
"Mam na to dowód!" Bazyli wyskoczył, pokazał palec i opisał, jak gonił chmurkę z patyczkiem, śpiewając piosenkę o marchewce. Opowiadał coraz śmielej: "Chmurka była taka wielka, że miała własne kalosze! A kalosze brzęczały jak dzwonki na łyżwach!" Przy każdym zdaniu robił minę jeszcze bardziej poważną, a twarze przyjaciół rozjaśniały się śmiechem.
Fibi zaczęła rechotać, a jej sieć delikatnie zadrżała. Tadeusz chichotał cicho, bo chichot żółwia brzmi jak liście poruszane powolnym wiatrem. Klara stukała pazurem w gałąź, jakby akompaniowała bandzie śmiechu. Bazyli czuł, że jego przesada działa. Jego opowieść była jak rosnąca bańka: im więcej powtarzał, tym większa i bardziej błyszcząca się stawała.
"Potem," mówił Bazyli, "przyjechały motyle z walizkami, bo chmurka zapomniała im paszportów!" Przyjaciele śmiali się już tak bardzo, że echo samego śmiechu wylewało się z nor jak strumyk.
Przygoda z pluszową perłą
Kiedy nadszedł czas Fibi, zaczęła swoją historię o Pluszowej Perle — małej, miękkiej kropce, która miała moc przeganiania nudy. "Ta perła," zaczęła dramatycznie, "potrafiła śpiewać piosenki czysto jak krople deszczu." Fibi pulsowała jak piórko w wietrze. "Ale perła zgubiła głos!"
Bazyli podskoczył. "Ja pomogę! Znam taki sposób, że głowę skręcasz jak lód, i głos wraca!"
"Nie kręć głowy, Bazyli," mruknął Tadeusz. "Robisz wtedy bolesne miny."
"To ja dmuchnę," zaproponowała Klara, "do uszka."
"Albo zaśpiewamy razem!" Fibi rozłożyła sobie plamy humoru jak koc na łące.
Zaczęli śpiewać nie-wcale-poważną piosenkę. Ich głosy brzmiały jak mieszanka bekonu i dzwoneczków — dziwna, ale przyjemna. Pluszowa Perła, gdzieś pod poduchą, zaczęła drgać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. W końcu perła odbiła nutę tak piękną, że nawet sowa zaniemówiła. "Miałam tylko katar od śmiechu," przyznała perła, obdarowując Fibi małym, błyszczącym bukiecikiem miękkości.
Bazyli, samozwańczy bohater, oznajmił, że to na pewno dzięki jego sugestiom. Przyjaciele uśmiechali się ciepło i przytulili się jak trzy pluszaki na półce.
Powrót ciszy
Gdy noc rosła jak ciasto w piekarniku, pora była na najlepsze: opowieść Tadeusza o najbardziej leniwym wyścigu wszech czasów. "Wyścig polegał na dotarciu z jednego końca łąki na drugi, oglądając po drodze wszystkie kamienie." Tadeusz opowiadał powoli, każdy wyraz jak kropla miodu. "Wygrałem, bo... dotarłem dalej niż dotarłem dotąd."
Śmiech zmniejszył się do miękkich chichotów. Bazyli leżał na plecach, nogi w powietrzu, i powtarzał swoje ulubione słowa: "kalosze... motyle... perła..." Jego głos robił się coraz bardziej miękki, jakby ktoś przykrywał go kocem z wiórków chmur.
Klara przemówiła ostatnia. "Macie ochotę na gorącą herbatę z miodem i ciszy?" zapytała. "Tak," powiedzieli wszyscy prawie jednocześnie. Herbatę przyniosła noc — zapach przygody i miękkie światło księżyca. Każdy łyk był słodki i ciepły, i sprawiał, że powieki robiły się ciężkie jak jesienne liście.
Bazyli jeszcze raz przesadził: "Zaraz opowiem o tym, jak spałem pół dnia, całą noc i jeszcze pół rana — bo byłem zajęty byciem bohaterem snu." Przyjaciele zaśmiali się cichutko. Potem milczeli — nie dlatego, że zabrakło słów, ale dlatego, że słowa już były zbędne. Cisza wypełniła norę jak miękki pled.
Fibi ułożyła się na sieci, Tadeusz schował głowę pod łapą, Klara zwinęła się na gałęzi. Bazyli przykleił uszy do ziemi i wsłuchał się w bicie swojego serca. Było powolne i spokojne, jakby też nabrało oddechu nocnego.
"Śnijcie o kaloszach i perłach," wyszeptał Bazyli, już bardziej do siebie niż do innych, "ale najlepiej o ciepłych kocach." Jego głos stał się cienki jak nitka, a potem znikł, jakby odwrócił kartkę książki.
Nora wypełniła się tą cichą melodią: cichy oddech, ciche przesunięcie futerka, ciche sny. Nawet księżyc wysłał jedno małe, jasne spojrzenie i odszedł dalej, pilnować innych snów. Rano przyniosło śmiech znowu — spokojny, miękki, taki który zaczyna dzień jak kubek ciepłej herbaty. Ale to już była inna opowieść.
I tak w tym lesie, gdzie przesada była jak przyprawa do zupy, a dobroć jak zawsze obecna sól, Bazyli i jego przyjaciele śmiali się, pomagali sobie i zasypiali. Bo przesada potrafi rozśmieszyć, ale najlepiej podlewać ją łopatką życzliwości.