Trwa ładowanie...
Opowieść o śmierci 11-12 lat Czytanie 16 min.

Cisza na cztery dla Pana Jana

Lena, Olek, Zosia i Maks postanawiają uczcić pamięć zmarłego zegarmistrza Jana, organizując na rynku skromne wydarzenie, które pozwoli mieszkańcom podzielić się wspomnieniami i odczuciami. Wspólnie sadzą bazylię i przygotowują kartki z osobistymi słowami, tworząc przestrzeń, w której można odnaleźć ciszę i pamięć.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są cztery dzieci: Lena, 10-letnia dziewczynka z długimi brązowymi włosami i błyszczącymi oczami, w żółtej sukience w kwiaty, trzymająca mały notes; Olek, 11-letni chłopiec z rozczochranymi blond włosami i okrągłymi okularami, w niebieskiej koszulce i dżinsowych szortach, trzymający kawałek papieru z zamyślonym wyrazem twarzy; Zosia, 9-letnia dziewczynka z krótkimi, kręconymi włosami w różowym ogrodniczkach, uśmiechnięta i trzymająca małą roślinkę w doniczce; Maks, 10-letni chłopiec z kasztanowymi włosami i szerokim uśmiechem, w zielonej koszulce i trampkach, trzymający mały tamburyn. Akcja rozgrywa się na kolorowym rynku z drewnianymi straganami pełnymi świeżych owoców i warzyw, udekorowanymi girlandami kwiatów, w ciepłej atmosferze. Dzieci zbierają się wokół małego stoiska, gdzie sadzą nasiona bazylii w kolorowych doniczkach, dzieląc się uśmiechami i ciepłymi słowami, wspominając radosne chwile z przyjacielem. zgłoś problem z tym obrazem

Poniedziałkowy rynek

Lena lubiła rynek w poniedziałki. Był trochę spokojniejszy niż w soboty, a zapach świeżych jabłek mieszał się z aromatem pieczywa i ziół. Tego dnia szła razem z Olkiem, Zosią i Maksem. Maks jechał na wózku, lekko pchając obręcze, a Zosia machała do sprzedawców, jakby byli jej daleką rodziną.

— Popatrzcie, są już gruszki konferencje! — pisnęła Zosia.

— I młode marchewki — dodał Olek, ale głos miał cichszy niż zwykle.

Lena kątem oka widziała, że Olek patrzy w stronę małej budki, tej, gdzie kiedyś wisiał szyld „Zegarmistrz Jan”. Teraz okienko było zamknięte, a na szybie przyklejono karteczkę z odręcznym napisem: „Dziękujemy Panu Janowi za wszystkie naprawione minuty”.

Lena poczuła, jak w brzuchu robi się jej ciężko, jakby połknęła kamyk. Przystanęła i wzięła spokojny wdech przez nos, licząc do czterech. Jeden, dwa, trzy, cztery. Potem wypuściła powietrze, też do czterech. Ten rytm zawsze pomagał jej uporządkować myśli. Olek też przystanął. Zosia milknęła. Nawet Maks przestał turlać koło.

— Chodźmy na chwilę do Pani Róży po pietruszkę — zaproponowała Lena łagodnie. — Kupimy, a potem… potem pomyślimy.

Pani Róża miała stragan pełen ziół. Nawet kiedy było cicho, liście bazylii zdawały się szeptać. Ich zielony kolor uspokajał.

— Dzień dobry, dzieciaki — przywitała ich. Potem spojrzała na Olka i dodała ciszej: — Wiem. Ciężko bez Pana Jana.

— On… — Olek przełknął ślinę. — On mi pokazywał, jak się słucha tykania. Mówił, że każde tyk, tyk to maleńki prezent.

— I miał zawsze czas na deser — dodał Maks, próbując go rozchmurzyć. — Twoje urodzinowe serniki pochłaniał szybciej niż wahadło macha.

Olek uśmiechnął się krzywo, ale w oczach miał łzy. Lena poczuła, że chce coś zrobić. Coś małego i mądrego, jak Pan Jan, który umiał sprawić, że stare zegary były jak nowe.

— Może… przygotujemy jakiś gest pamięci? — szepnęła. — Coś naszego, ale też jego.

— Tylko co? — zapytała Zosia, ścierając nos rękawem. — Nadmuchamy setki balonów?

Lena pokręciła głową. Wiedziała, że to nie o balony chodzi. Przez chwilę słuchała głośnych rozmów sąsiadów, stukotu skrzynek, szeptu liści ziół. Razem z tymi dźwiękami wrócił spokój. Wdech na cztery, wydech na cztery. To brzmiało jak rytm serca.

— Coś prostego — powiedziała. — Coś, co zostaje.

Zauważona cisza

Między straganem Pani Róży a stoiskiem z serami było przejście, gdzie zwykle stali chwilę, by się dogadać. Teraz też tam przystanęli. Przewinęła się obok nich pani w czerwonej chuście z siatką pomidorów. Ktoś zawiązywał słoik z ogórkami. Kawałek dalej ktoś gwizdał melodię, którą Lena skądś znała.

— To „Zbliża się wieczór” — powiedział za nimi znajomy głos. Odwrócili się i zobaczyli panią Klarę, nauczycielkę muzyki. Niosła w ręku małe pudełko z fletami, które pewnie naprawi. — I choć ją gwizdzę, to właściwie jest o ciszy.

— Dzień dobry, proszę pani — powiedzieli prawie jednocześnie.

Pani Klara spojrzała na okienko po zegarmistrzu i przytknęła dłoń do serca.

— Pan Jan często przystawał, kiedy uczyłam klasę grać przed występami — powiedziała. — Mówił, że ważniejsze od pierwszej nuty jest to, co jest tuż przed nią. Jeden oddech. Chwila ciszy.

Lena poczuła, że to zdanie zapada jej do środka, jak pestka do ziemi.

— Pani Kla-ro… — zaczęła, łamiąc trochę głos. — Chcemy przygotować jakiś gest pamięci. Żeby nie było tylko pusto. Żeby było… jakoś po Panu Janie.

— Po nim, czyli skromnie i z sercem — uśmiechnęła się pani Klara. — Może nie banery i trąby, tylko coś, co się da usłyszeć w środku. Wiecie, co to cisza na osiem? Wdech na cztery, wydech na cztery. W tym rytmie można znaleźć odwagę.

— Lena tak oddycha — zauważył Maks. — Ona ma w środku metronom.

— Może za tydzień, w piątek, przyjdziecie pod budkę zegarmistrza, a my… zagramy krótką melodię. Nic wielkiego, ale wspólnie. I na chwilę będziemy cicho, tak jak Pan Jan uczył się słuchać tykania. A wcześniej pomyślcie, co mogłoby zostać na dłużej. Coś, co lubił. Coś, co ma zapach.

— Pachnące wspomnienie? — Zosia aż się rozpromieniła. — Bazylię! On zawsze kupował u Pani Róży bazylię do pomidorów!

— I mówił, że lubi listy i zegarki — dodał Olek, a jego twarz rozjaśnił krótki błysk. — Pisał listy do cioci, takie prawdziwe, na papierze.

— Listy i bazylię da się połączyć — stwierdziła pani Klara. — A ja mogę wam pożyczyć kilka fletów i pomóc wybrać melodię, którą znał. Zgoda?

Wszyscy kiwnęli głowami. Lena poczuła, jak radość poszerza jej klatkę piersiową. Wdech, wydech. Pomiędzy dwoma straganami powstał plan, który był cichy, pachnący i prawdziwy.

List w puszce po herbatnikach

Po rynku rozeszli się do domów. Lena odprowadziła Olka pod klatkę.

— Wiesz, możesz do mnie zadzwonić, jak będziesz chciał tylko pooddychać w ciszy — powiedziała. — Ja nawet nic nie będę mówić.

— Dzięki — Olek wzruszył ramionami. — Wiesz… wczoraj porządkowaliśmy z mamą rzeczy dziadka. Znalazłem puszkę po herbatnikach. Była pełna guzików, śrubek i… listów. Jeden był do mnie, ale nie otworzyłem. Bałem się, że przestanie pachnieć dziadkiem.

— Może jutro przeczytamy go razem. Mogę trzymać puszkę, a ty list.

Następnego dnia spotkali się u Olka. Maks przyjechał pierwszy, Zosia wpadła z nożyczkami i klejem, bo „jak był list, przyda się klej”. Puszka leżała na stole. Miała drobne wgniecenia i obrazek uśmiechniętego królika.

— Jestem gotowy — powiedział Olek. — Chyba.

Lena usiadła naprzeciw niego. Poczuła, że robi jej się gorąco w policzkach, jakby wstydziła się podglądania cudzego serca. Zrobiła wdech i wydech. Olek otworzył puszkę. Zagrzechotały guziki, lekko zadźwięczały śrubki. Pod nimi leżał poskładany na cztery kartki papier.

„Olku” — przeczytał na głos. Głos mu drżał, ale z każdym słowem stawał się pewniejszy.

„Może kiedy to czytasz, moje ręce już nie mogą naoliwić żadnego zegarka. Ale wiem, że potrafisz usłyszeć czas w tym, co ważne. Gdy zgubisz się w hałasie, znajdź ciszę i oddychaj: cztery wdech, cztery wydech. Zegar nie zawsze musi tykać głośno, żeby chodził. Nie rób wielkich rzeczy, gdy wystarczą małe. Pamiętaj bazylię, bo pachnie latem i rozmową. Jeśli kiedyś będziesz chciał zrobić coś dla mnie, posadź coś, co rośnie, i podziel się tym z innymi. Zostaw miejsce dla uśmiechu. I nie zapominaj, że zegary i listy mają wspólne: obie rzeczy trzymają chwile. Twój Dziadek Jan.”

Zrobiło się bardzo cicho. Lena zobaczyła, że Zosia zaciska usta, żeby nie chlipać głośno. Maks wpatrywał się w kropki na obrusie, jakby były gwiazdami.

— On… on napisał o oddychaniu — wyszeptał Olek. — Jakby wiedział, co będę musiał robić.

— To będzie nasz plan — powiedziała cicho Lena. — Posadzimy bazylię i zostawimy miejsce, by ludzie mogli napisać swoje „listy zegarowe”, takie krótkie wspomnienia. I będzie cisza na osiem. I melodia.

— I bez wielkich rzeczy, tylko takie, które rosną — dodał Maks.

— Mam słoiki po dżemie! — Kryknęła Zosia, jakby nagle przypomniała sobie o skarbie. — Mogą być doniczkami. Pomalujemy je w kropki jak na obrusie.

Olek przytulił list do piersi i skinął głową. Na jego twarzy pojawił się ten sam uśmiech, którym kiedyś witał dziadka przy budce: nieśmiały, ale ciepły.

Plan, który pachniał bazylią

W środę po lekcjach przyszli do sali muzycznej. Pani Klara rozłożyła na stole kilka fletów prostych, bębenek i harmonijkę.

— Nie będziemy robić wielkiego koncertu — zaczęła. — Zagrajmy coś, co znało serce Pana Jana. Może „Zbliża się wieczór” w wersji krótkiej, dwa razy melodia. A potem cisza, wdech na cztery, wydech na cztery. Niech każdy, kto tam będzie, poczuje się bezpiecznie w tej ciszy.

Próbowali. Flet Zosi początkowo skrzypiał, ale po trzech próbach melodia zabrzmiała miękko. Maks uderzał delikatnie w bębenek, nadając rytm, który przypominał kroki kogoś spokojnego. Olek grał najciszej, ale pewnie. Lena prowadziła melodię i czuła, jak w jej klatce piersiowej ta muzyka układa się równo z oddechem.

— Brawo — powiedziała pani Klara, odkładając batutę, której i tak prawie nie używała. — A teraz ta sprawa, która zostanie. Co zrobiliście?

— Słoiki po dżemie, ziemia, nasiona bazylii — wyliczyła Zosia. — I okrągłe kartki z tektury, jak tarcze zegarków. Ludzie będą mogli napisać jedno słowo o Panu Janie i przypiąć je do sznurka. Sznurek rozwiesimy między dwoma straganami.

— I to wszystko bez krzyków, plakatów i przemówień — dodał Maks. — Tylko… skromnie.

— Wezmę długopisy, takie, co piszą nawet po tekturze — dorzuciła Lena. — I wywołaliśmy fragment listu, który Olek chce powiesić w ramce przy doniczkach. Tę część o oddychaniu i o tym, że nie trzeba wielkich rzeczy.

— Dziadek na pewno by powiedział: „No proszę, zegary w sercach nastawione” — uśmiechnęła się pani Klara. — Pamiętajcie: to nie występ, tylko spotkanie. Każdy może czuć inaczej. Dajcie ludziom miejsce.

— A jeśli ktoś będzie płakał? — zapytała Zosia.

— To dobrze — powiedziała pani Klara. — To znaczy, że pamięta. Wtedy nie poprawiajcie mu łez. Po prostu bądźcie obok. Czasem bliżej niż słowa jest oddech.

Lena skinęła głową, czując, że to jest tak samo ważne jak wszystkie nuty.

Pomiędzy dwoma straganami

Piękny, ciepły piątek. Niebo wyglądało, jakby ktoś przepłukał je do czysta. Dzieci były na rynku wcześniej. Pani Róża pomogła im napełnić słoiki ziemią i wsypać nasiona. Ustawili je na małej skrzynce przy zamkniętym okienku budki zegarmistrza. Zrobili miejsce na sznurek z „tarczo-kartkami”, rozciągnięty pomiędzy straganem z warzywami a budką z serami.

„Jeśli chcesz, dopisz słowo o Panu Janie” — napisała Lena na kartce tytułowej. Obok przykleiła pięknie przepisany fragment listu: „Nie rób wielkich rzeczy, gdy wystarczą małe. (…) Gdy zgubisz się w hałasie, znajdź ciszę i oddychaj: cztery wdech, cztery wydech.”

Zerknęła na Olka. Widział, że oddycha tak samo jak ona. Zosia sprawdzała flety. Maks opukiwał bębenek z taką delikatnością, że zdawało się, że dotyka chmur.

Pierwsi przyszli sąsiedzi. Pan Witek od książek napisał na tarczy: „Cierpliwość”. Pani Róża dopisała: „Zapach bazylii”. Ktoś wyskrobał krzywe „Zawsze zdążał”.

— To już czas? — zapytała cicho Zosia.

— Czas — powiedziała Lena.

Stanęli w cztery osoby przy budce. Pani Klara pokazała im palcami: raz, dwa, trzy, cztery — cisza. Lena czuła, jak powietrze wypełnia jej płuca. Wdech, cztery. Wydech, cztery. Cisza była przyjazna, miękka, jak stary sweter. A potem zabrzmiała melodia. „Zbliża się wieczór” popłynęło spokojnie, jakby zrobione z miodu i powietrza. Ludzie przystawali. Ktoś trzymał siatkę z ziemniakami, ktoś inny wstrzymał rozmowę. Słońce musnęło metal ramy okienka budki i wszystko zaiskrzyło na moment jak drobny zegarkowy trybik.

Po melodii pani Klara znowu pokazała palce. Jeden, dwa, trzy, cztery — cisza. Lena wyobraziła sobie, że te cztery sekundy są jak cztery maleńkie prezenty, o których mówił dziadek Jana. Czuła, że nie musi nic mówić.

Olek zrobił krok do przodu. Głos miał cichy, ale klarowny.

— Dziadek uczył mnie słuchać tykania. Teraz, kiedy go nie ma, słyszę też inne rzeczy: jak skrzynki stukają, jak ktoś gwizda, jak liście pachną. To jego rzeczy. Dziękuję.

— A ja dziękuję, że zawsze ustawiał zegarki tak, żeby nie spóźnić się na rogaliki — wtrącił Maks, a ludzie cicho się uśmiechnęli. — To była jego mądrość.

— Mądrość z kruszonką — dodała Zosia.

Śmiech był lekki, jak zobaczone przypadkiem piórko. Potem ludzie podchodzili i dopisywali na tekturowych tarczach swoje słowa: „Złote ręce”, „Słuchał”, „Nie spieszył”, „Zawsze mówił: oddychaj”.

Lena brała oddech za oddechem i czuła, że to jest ważne, ale nie przytłacza. Słoiki ze świeżo posianą bazylią stały równo, jak mała orkiestra. Olek powiesił na ramce przy słoikach fragment listu. Wiatr poruszył papierem, ale słowa zostały.

Gest, który zostaje

Po chwili wszystko zaczęło się rozluźniać. Ktoś kupił ser, ktoś rozmawiał o pogodzie. Sznurek z tarczami poruszał się lekko, jakby oddychał z nimi. Pani Klara stała z boku, patrząc na dzieci. Kiedy ludzie się rozeszli, podeszła.

— To było piękne — powiedziała. — W ciszy zobaczyłam tyle serc.

— Ja też — przyznała Lena. — Tylko… wiesz, boję się, że jutro już nikt nie będzie pamiętał.

— Jutro ktoś podleje bazylię — uśmiechnęła się pani Róża, podchodząc z konewką. — A pojutrze ktoś dopisze słowo. Pamięć to nie krzyk. To powtarzanie małych rzeczy.

— Dziadek by powiedział: „Ważne nie, ile razy zegar uderzy, tylko czy idzie równo” — westchnął Olek.

— Ja będę tu przychodził — oznajmił Maks. — Mogę dbać o słoiki, nawet jak pada. Mój wózek lubi kałuże.

Zosia zasalutowała do słoików.

— Bazylia, melodia i cisza — wyliczyła. — Trzy klawisze pamięci.

— I list — dodał Olek, kładąc dłoń na ramce. — Zostanie tu ten fragment, a reszta jest ze mną.

— A co z Tobą, Lena? — spytała pani Klara. — Co zostanie?

Lena pomyślała. Spojrzała na budkę, na słońce, na sznurek z okrągłymi słowami. Poczuła w środku coś spokojnego, co nie musiało być udowadniane.

— Zostanie we mnie to, że jak jest trudno, mogę oddychać — powiedziała. — I że nie trzeba robić wielkich rzeczy, żeby było dobrze. Tylko być obok. I zostawiać miejsce dla czyjegoś oddechu.

Wszyscy patrzyli na nią, a ona nie czuła się skrępowana. To nie było przemówienie. To było jak położenie dłoni na czyimś ramieniu.

Pan Witek od książek przyniósł uśmiechnięty kawałek drewna, który kiedyś miał być półką.

— Mogę z tego zrobić mały napis „Na pamięć Pana Jana” — zaproponował. — Taki skromny. Bez złotych liter. Po prostu, żeby ktoś, kto nie znał, zapytał: „A kto to był?” i usłyszał opowieść.

— Tak — powiedzieli naraz.

Kiedy słońce schowało się niżej, Lena poczuła zmęczenie, takie dobre, jak po długim spacerze. Popatrzyła na przyjaciół. Olek czytał jeszcze raz fragment listu. Zosia poprawiała wstążkę na słoiku. Maks sprawdzał, czy kółka nie utkną w szczelinie między kostkami brukowymi.

— Chodź tu — powiedziała nagle Lena i przytuliła Olka. Zosia od razu objęła ich oboje, a Maks podjechał blisko i przytulił się bokiem, ręką obejmując ich ramiona. Byli wszyscy czterej, jak mały krąg.

W tym uścisku nie było nic wielkiego. Nie musiało być. Był ciepły, równy, jak oddech na cztery. Wdech. Wydech. A między dwoma straganami, gdzie ludzie przychodzą po zwyczajne rzeczy, został gest pamięci, który rósł jak bazylia i pachniał latem, rozmową i ciszą. I wszyscy, którzy tamtędy przechodzili, mogli na chwilę zwolnić i przypomnieć sobie, że czasem najwięcej mówią rzeczy małe, skromne i prawdziwe.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Poniedziałkowy
Związany z dniem poniedziałek, na przykład poniedziałkowy rynek oznacza rynek, który odbywa się w poniedziałek.
Aromat
Zapach, który wydobywa się z jedzenia lub roślin, często przyjemny i intensywny.
Brzuch
Część ciała, w której znajdują się narządy trawienne, często odczuwamy w niej emocje.
Gest
Ruch ciała, który wyraża uczucia lub intencje, na przykład machanie ręką na powitanie.
Pamięć
Zdolność do przechowywania informacji, wspomnień i doświadczeń w umyśle.
Wspominanie
Przypominanie sobie o czymś lub kimś, co miało miejsce w przeszłości.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Tematy związane z tą opowieścią:

przyjaźń empatia kwiat wspomnienie wspólnota muzyka

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o śmierci dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.