Rozdział 1: Uliczka z czerwonej ziemi
W pewnej wiosce, tam gdzie słońce potrafi śmiać się złotymi zębami, była wąska uliczka z ubitej, czerwonej ziemi. Gdy dzieci biegły, kurz unosił się jak mleko z rozlanego dzbanka. Gdy starsi szli powoli, ziemia nuciła pod stopami cichą pieśń: tup-tup, tup-tup.
W tej wiosce mieszkała Amina. Była kobietą o oczach bystrych jak rzeka po deszczu i dłoniach ciepłych jak świeżo upieczony placek. Amina miała marzenie, proste jak tykwa, a wielkie jak niebo: chciała nieść dobrą nowinę. Nie taką, co krzyczy i pcha się do przodu, tylko taką, co siada obok człowieka i mówi spokojnie: „Nie jesteś sam”.
Tego dnia Amina stanęła na uliczce i zawołała do przechodzących:
„Hej, sąsiedzi! Kto chce usłyszeć dobrą nowinę?”
Mały Kofi, chudy jak patyczek od bębna, przystanął i zapytał:
„A co to za nowina? Czy to o wielkim polowaniu? Czy o deszczu?”
Amina uśmiechnęła się, a jej uśmiech był jak cień drzewa w południe.
„O czymś jeszcze lepszym. O tym, że kiedy dzielimy się tym, co mamy, to rośnie nam serce. I rośnie nam jutro.”
Dzieci zachichotały, bo „rosnące jutro” brzmiało jak dynia, która chce być słońcem. Ale Amina nie obraziła się. W bajkach griota śmiech to też mądrość, tylko podskakuje.
Rozdział 2: Garnek, który lubił gości
Amina wróciła do swojej chaty i postawiła na ogniu garnek. Wrzuciła do niego proso, liście i szczyptę soli. Garnek bulgotał jak ktoś, kto opowiada sekret.
Przyszła sąsiadka Nala, z twarzą zmarszczoną jak suszona śliwka.
„Amino, czemu gotujesz tyle? Przecież sama tego nie zjesz.”
Amina odparła:
„Bo dobra nowina nie lubi pustego brzucha. Najpierw łyżka, potem słowo.”
Wtedy z uliczki dobiegł płacz. To była stara Babba, która niosła pustą miskę, lekką jak piórko, a jednak ciężką jak kamień.
„Nie mam dziś nic” — powiedziała.
Amina nalała jej gęstej kaszy.
„Masz. A razem z tym — wiadomość: w tej wiosce jesteśmy jak palce jednej dłoni. Sam palec niewiele złapie.”
Przyszedł też chłopiec Kofi, niby przypadkiem.
„Ja tylko… przechodzę” — mruknął.
„Przechodzą tylko chmury” — zaśmiała się Amina. „Siadaj. I słuchaj.”
Dała mu miskę, a on jadł tak szybko, jakby gonił go wiatr.
Nala patrzyła i kręciła głową.
„Rozdasz wszystko, Amino. A co zostanie dla ciebie?”
Amina stuknęła łyżką o brzeg garnka: ding-ding, jak mały dzwonek.
„Zostanie mi to, co zawsze rośnie, gdy się dzielę: przyjaciele.”
Rozdział 3: Skarbiec hieny i śmiech dziecka
Wieczorem, gdy niebo zrobiło się fioletowe jak dojrzały owoc, Amina szła uliczką z koszykiem. W koszyku była ostatnia garść ziarna prosa, przykryta liściem, jakby spała.
Nagle z ciemności wysunął się cień. Nie był to duch, tylko człowiek. A raczej Balo — bogaty handlarz, który lubił liczyć monety, bo brzęczały mu jak komary i udawały muzykę.
„Amino” — powiedział słodko. „Słyszałem, że rozdajesz jedzenie. Po co? Lepiej schować. Kto ma pełną spiżarnię, ten ma władzę.”
Amina spojrzała na niego uważnie.
„A kto ma pełne serce, ten ma pokój.”
Balo prychnął.
„Pokój nie napełni brzucha.”
Wtedy zza płotu wychylił się Kofi i mruknął:
„Ale jak brzuch pełny, a serce puste, to człowiek i tak warczy jak hiena.”
Balo zmrużył oczy.
„Mały, uważaj na język.”
Kofi wzruszył ramionami, a w jego oczach zapaliły się iskierki figlarności.
„Mój język jest jak bęben. Jak nie uderzę, to nikt nie tańczy.”
Amina zaśmiała się cicho i powiedziała do Balo:
„Słuchaj, handlarzu. Dobra nowina jest jak ogień. Nie chowasz go do kieszeni, bo cię poparzy. Stawiasz go na środku, żeby ogrzał wszystkich.”
Balo odwrócił się obrażony.
„Zobaczymy, kto będzie się śmiał, gdy przyjdzie głód.”
Amina ruszyła dalej uliczką z czerwonej ziemi. Kurz podnosił się za nią jak mały, uparty duch, który chciał ją odprowadzić.
Rozdział 4: Noc, w której słowa stały się światłem
Następnego dnia przyszła wieść: w sąsiedniej osadzie zachorował nauczyciel, a dzieci zostały bez czytania i bez pieśni. Wioskowy starszy powiedział:
„Kto zaniesie im pomoc? Kto zaniesie dobrą nowinę?”
Wszyscy popatrzyli po sobie, jakby szukali zgubionej kozy. Amina podniosła rękę.
„Ja pójdę.”
Nala szepnęła:
„Amino, a co im dasz? Przecież już prawie nic nie masz.”
Amina odpowiedziała:
„Dobra nowina nie zawsze jest w worku. Czasem jest w głosie.”
Wieczorem zebrała dzieci na uliczce. Usiadły w kręgu, a krąg był jak bransoletka na ręce wioski. Amina zaczęła opowieść, tak jak robią grioci: z powtórzeniem, z rytmem, z pauzą, która smakuje jak miód.
„Słuchajcie, słuchajcie… Dawno temu, dawno temu…” — mówiła.
A dzieci powtarzały: „Dawno temu, dawno temu…”
Opowiedziała o baobabie, co trzyma niebo, i o mrówkach, co budują dom z ziarenka po ziarenku. Opowiedziała, że słowo może być jak latarnia — małe, a jednak pokazuje drogę.
Kofi wtrącił:
„A czy słowo może być jak mango?”
„Może” — odparła Amina. „Jeśli jest dojrzałe. Jeśli jest słodkie. Jeśli się nim podzielisz.”
Dzieci parsknęły śmiechem. Nawet Nala, choć udawała powagę, uśmiechnęła się jak ktoś, kto znalazł monetę w piasku.
Tego samego wieczoru do chaty Aminy zapukał starszy.
„Twoje opowieści dotarły do sąsiedniej osady. Prosili, żebyś przyszła i pocieszyła ich dzieci. Zaniesiesz im słowa?”
Amina skinęła głową.
„Zaniosę. I wezmę ze sobą to, co zostało.”
Spojrzała na koszyk. W środku była mała porcja ziarna. Niewiele. Ale w bajkach niewiele często okazuje się „w sam raz”.
Rozdział 5: Ziarnko na jutro
Amina poszła rano, gdy słońce dopiero przeciągało się na niebie. Z Kofim obok, bo uparł się, że będzie jej „strażnikiem od śmiechu”.
„Jak spotkamy hienę, to opowiem jej dowcip” — chwalił się.
W sąsiedniej osadzie dzieci siedziały cicho, jakby ktoś zgasił im w środku świeczkę. Amina usiadła między nimi i zaczęła mówić. Jej głos płynął jak strumień, który zna drogę nawet w ciemności.
Po opowieściach ludzie przynieśli, co mogli: trochę fasoli, kilka owoców, kawałek suszonej ryby. Nie dlatego, że Amina prosiła, tylko dlatego, że serca im się poruszyły, jak liście na wietrze.
Wracając, Kofi spojrzał na pełniejszy koszyk i gwizdnął.
„Widzisz? Dobra nowina ma kieszenie!”
Amina pokręciła głową.
„To nie kieszenie. To ręce. Jedne dają, drugie podają dalej.”
Gdy dotarli na uliczkę z czerwonej ziemi, Balo stał przed swoim magazynem i liczył worki. Zobaczył Aminę i zmieszał się.
„Słyszałem… że pomogłaś tamtym. I że wróciłaś z jedzeniem.”
Amina podeszła bliżej.
„Bo ludzie odpowiedzieli na dobro dobrem.”
Balo spuścił wzrok.
„A ja… ja trzymałem wszystko. I wiesz co? W nocy słyszałem, jak moje monety brzęczą, ale brzmiało to jak płacz.”
Kofi szepnął teatralnie:
„Komary w spiżarni.”
Amina roześmiała się i podała Balo mały owoc z koszyka.
„Spróbuj. To smak dzielenia się. Na początku dziwny, a potem… robi się ciepło.”
Balo wziął owoc, a jego twarz zmiękła.
„Może… mogę jutro dać worek prosa dla Babby.”
„Możesz” — odparła Amina. „I zobaczysz, że władza to nie pełna spiżarnia. Władza to pełny krąg.”
Wieczorem Amina usiadła przed chatą. Wzięła z koszyka jedno, jedyne, najmniejsze ziarnko prosa. Było jak kropka na końcu zdania, które dopiero ma się zacząć.
Kofi zapytał:
„Czemu nie ugotujesz wszystkiego?”
Amina położyła ziarnko do małej glinianej miseczki i przykryła je liściem.
„Bo bajka bez jutra jest jak bęben bez skóry. To ziarnko zachowuję na jutro. Żeby pamiętać: dzielenie się nie kończy dziś. Ono zaczyna się znów, znów i znów.”
Uliczka z czerwonej ziemi była cicha. A jednak, jeśli ktoś umiał słuchać, słyszał w niej szept: tup-tup, tup-tup — jak serce wioski, które rośnie, gdy się nim dzieli.