Trwa ładowanie...
Wielki zły wilk 9-10 lat Czytanie 12 min.

Dzwonek babci i wilk, który bał się spokoju

Dwie prawie dziewięcioletnie Hania i Maja niosą koszyk do chorej babci, lecz po drodze spotykają podstępnego wilka, którego spróbują pokonać opanowaniem, uprzejmością i rozważnymi decyzjami.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są trzy postacie: Hania, dziewczynka ok. 9 lat, brązowe włosy w warkoczu, kremowa kurtka i skórzane kozaki, trzyma mocno mały koszyk z wikliny z przodu, stoi po lewej; Maja, dziewczynka ok. 9 lat, krótkie blond włosy, oliwkowy płaszcz i mała drewniana laska w prawej ręce, stoi nieco za i po prawej stronie Hani, czujna i gotowa do pomocy; wilk, samiec, duży czarny z gęstym futrem i żółto-złotymi oczami, wydłużony pysk z widocznymi zębami, przysiadły po prawej na skraju młodnika, obserwujący i grożący dziewczynkom. Miejsce: polana przy mrocznym lesie, niska żółtawa trawa, porośnięte mchem kamienie, drzewa o ciemnoszarych pniach i sękatych gałęziach, lekka mgiełka między drzewami, z tyłu po prawej mały drewniany domek z kratowym oknem. Sytuacja: obie dziewczynki idą obok siebie w stronę domu, jedna z koszykiem, druga z laską, pewnym krokiem, wilk pełznie za nimi z lekko otwartą paszczą i wyzywającym spojrzeniem; scena napięta, kompozycja czytelna, płaskie kontrastowe kolory, wyraźne sylwetki i proste formy w stylu plakatu dla dzieci. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Dwie prawie dziewięciolatki i szept ścieżki

W pewnej wiosce, gdzie wieczory pachniały dymem z komina i jabłkami w spiżarni, mieszkały dwie dziewczynki: Hania i Maja. Obie miały prawie dziewięć lat — tak prawie, że same żartowały, iż ich urodziny stoją w kolejce jak dwa grzeczne koty przed miską mleka.

Hania była uważna jak sowa na gałęzi. Lubiła słuchać: skrzypienia płotu, kapania kranu, i tego, co mówi las, gdy wiatr przewraca w nim strony. Maja miała pogodę ducha w kieszeni, a na dłuższe spacery brała lekką laskę, której używała czasem, gdy noga szybciej się męczyła. Nie robiły z tego wielkiej sprawy — jak z guzika w płaszczu: jest, pomaga i tyle.

Pewnego popołudnia babcia Hani zachorowała na kaszel, który brzmiał jak stara harmonia. Mama spakowała koszyk: chleb, miód, suszone śliwki i mały słoik malinowego syropu — czerwonego jak zachód słońca.

— Idźcie razem — powiedziała. — I pamiętajcie: w lesie nie zawsze trzeba biec. Czasem trzeba iść. Trzeba wiedzieć, kiedy które.

Słowa mamy były jak latarnia w dłoni: nie świeciły głośno, ale prowadziły.

Dziewczynki ruszyły. Ścieżka do domu babci przecinała skraj lasu, gdzie drzewa stały jak ciemne wieże, a między nimi wisiała mgła, cienka jak pajęczyna. Las brzmiał cicho, jakby mówił: „Słuchaj, słuchaj, słuchaj”.

Hania słuchała. Maja też, choć czasem pod nosem nuciła, żeby dodać sobie odwagi.

A gdzieś głębiej, tam gdzie nawet ptaki mówiły szeptem, poruszyły się żółte oczy.

Rozdział 2: Wilk, który nie znosił spokojnych słów

Z krzaków wysunął się wilk. Wielki, czarny jak noc bez gwiazd, z futrem tak gęstym, jakby był utkany z cieni. Uśmiechnął się, a jego uśmiech był jak zamek bez klucza.

— Dzień dobry, dziewczynki — powiedział słodko, aż za słodko, jak miód z domieszką dymu. — Dokąd to?

Maja odruchowo ścisnęła koszyk. Hania zrobiła to, czego nauczyła ją mama: najpierw posłuchała. Wilk mówił grzecznie, ale w jego głosie czaiło się coś ostrego, jak kamyk w bucie.

— Do babci — odpowiedziała Hania spokojnie. — Zaniesiemy jej jedzenie.

Wilk przysunął się o krok. Liście pod jego łapą nie zaszumiały. To było najbardziej niepokojące: jakby las bał się wydać dźwięk.

— A którędy idziecie? — spytał.

— Ścieżką — odparła Hania, wciąż spokojnie. — Dziękujemy za troskę.

Słowo „dziękujemy” brzmiało jak mała tarcza: nie twarda, nie krzykliwa, ale mocna.

Wilk zmrużył oczy. Nie lubił takich odpowiedzi. Wolał pisk, płacz i bieganinę. Lubił, gdy strach robił hałas. Spokojne słowa działały na niego jak zimna woda na gorący gniew.

— Spokojnie, spokojnie… — prychnął. — Zbyt spokojnie jak na dwie małe dziewczynki.

— Nie jesteśmy takie małe — wtrąciła Maja, starając się, by brzmiało to żartobliwie. — Prawie dziewięć.

Wilk parsknął, jakby „prawie dziewięć” było mu solą na języku.

— Skoro takie odważne, to może… pobiegniecie? — zaszeptał, a ten szept był jak sznur, który chce kogoś pociągnąć.

Hania przypomniała sobie latarnię w dłoni. „Wiedzieć, kiedy biec, a kiedy iść”.

Spojrzała na Maję, na jej laskę i na koszyk. Bieganie w lesie to nie zabawa. Bieganie w strachu to zaproszenie dla wilka.

— Nie pobiegniemy — powiedziała Hania cicho, ale stanowczo. — Pójdziemy.

Wilkowi drgnęła warga. Stanowcze „nie” wypowiedziane spokojnie było dla niego jak zamknięte drzwi.

— Och… zobaczymy — mruknął i zniknął, jakby rozpłynął się w mgle.

Las znów odetchnął. Dziewczynki ruszyły dalej, krok za krokiem, jak dwie wskazówki zegara, które nie chcą się pomylić.

Rozdział 3: Kiedy iść powoli, a kiedy biec jak iskra

Ścieżka zwęziła się i zaczęła wić jak wąż. Z boku sterczały korzenie, a na nich rosły mchy miękkie jak poduszki dla krasnali. Nad głową skrzypiała gałąź, jakby ktoś pisał nią po niebie.

Maja potknęła się lekko o kamień, ale od razu złapała równowagę.

— Nic mi nie jest — szepnęła, jakby to było hasło.

Hania przytaknęła. Słuchała dalej. I wtedy usłyszała coś, co nie pasowało do lasu: szybkie, zbyt ciche kroki, które próbowały być niewidzialne. Jakby ktoś uczył się chodzić po ciszy.

— On idzie bokiem — powiedziała Hania. — Próbuje nas wyprzedzić.

— Do domu babci? — Maja przełknęła ślinę.

— Tak.

W tej chwili wybór był jak rozwidlenie ścieżki w sercu. Iść czy biec?

Hania rozejrzała się. Zobaczyła krótką, prostą dróżkę między jałowcami, prowadzącą do polany, a dalej — do chatki babci. Zwykła ścieżka była dłuższa, ale bezpieczniejsza… kiedy nie ma wilka. Dziś jednak bezpieczeństwo było w czasie, nie w wygodzie.

— Teraz biegniemy — powiedziała Hania. — Krótko. Do polany. Potem znów pójdziemy.

Maja skinęła głową. Nie lubiła, gdy ktoś krzyczał rozkazy, ale Hania mówiła spokojnie, jakby układała klocki: jeden, drugi, trzeci. I to dodawało sił.

Pobiegły. Nie na oślep, nie w panice, tylko jak dwie iskry, które wiedzą, dokąd skaczą. Maja biegła z laską w dłoni, używając jej jak lekkiego skrzydła do podparcia. Koszyk podskakiwał, ale Hania trzymała go mocno, jak skarb.

Na polanie zatrzymały się. Serce biło jak bębenek, ale oddech wracał. Hania podniosła palec.

— Teraz idziemy — szepnęła. — Cicho. Równo. Nie dajmy mu usłyszeć strachu.

Szły więc. Trawa na polanie była jasna jak łysina księżyca. A na jej skraju stała chatka babci — mała, z oknem jak oko, które lubi patrzeć na świat.

Wtem z lasu dobiegło przeciągłe wycie. Nie głośne, ale takie, które chciało wejść pod skórę jak zimno.

— Za późno? — spytała Maja.

— Jeszcze nie — odpowiedziała Hania. — Zapukamy grzecznie. I będziemy mądre.

Rozdział 4: Drzwi, które lubią „proszę” i „dziękuję”

Hania zapukała. Raz, drugi, trzeci — równo, jakby układała kołysankę.

— Babciu, to my — zawołała.

Z wnętrza dobiegł kaszel i szelest pościeli.

— Wejdźcie… drzwi otwarte… — odezwał się głos, ale był dziwnie chropawy, jakby ktoś próbował naśladować babcię.

Maja spojrzała na Hanię. Hania znów zrobiła to, co umiała najlepiej: słuchała. Ten głos był jak maska z kory — podobny, ale nie ten sam.

— Babciu — powiedziała Hania głośniej, nadal uprzejmie. — Najpierw powiedz, proszę, jak nazywa się mój kot z dzieciństwa. Ten, co spał w koszu na wełnę.

Chwila ciszy. Zbyt długa, jak cień w południe.

— Eee… kot… — mruknął głos. — Wchodźcie, wchodźcie!

Hania poczuła, jak w brzuchu rośnie zimny kamyczek pewności.

— To nie babcia — szepnęła do Mai.

Zza okna mignęła ciemna sylwetka. Wilk był już w chatce albo przy niej. A babcia? Gdzie była babcia?

Hania podeszła do drzwi, ale nie weszła. Stanęła prosto i powiedziała spokojnie, tak spokojnie, jakby mówiła do nauczycielki w szkole:

— Proszę pana wilka, nie wejdziemy. To niegrzeczne udawać czyjś głos. Prosimy odejść.

W środku coś zawarczało. Wilk nie znosił, gdy ktoś mówił do niego „proszę” i „nie” w jednym zdaniu. To było jak lustro, w którym musiał zobaczyć własną brzydotę.

Drzwi zatrzęsły się od uderzenia.

— Otwórzcie! — ryknął wilk. — Albo wam pokażę, jak się biega!

Maja pobladła, ale uniosła koszyk jak tarczę. Hania rozejrzała się: obok drzwi wisiał dzwonek babci — stary, metalowy, którego dźwięk niósł się daleko po polach. Babcia mówiła zawsze: „Dzwonek jest od tego, by wołać pomoc, a nie by straszyć kury”.

Hania chwyciła sznurek i zadzwoniła. Dźwięk poszedł w świat jak srebrna fala.

— Ding-dong! Ding-dong!

Wilk zawył wściekle. Drzwi znów zadrżały.

— Teraz biegniemy? — wyszeptała Maja.

Hania przyłożyła ucho do powietrza. Usłyszała coś innego niż wilk: tupot. Ludzkie kroki. Ktoś nadchodził — sąsiad leśniczy, a może dwie sąsiadki, które zawsze wszystko słyszą szybciej niż wiatr.

— Teraz czekamy — powiedziała Hania. — Stoimy razem. Spokojnie.

Stały więc, ramię przy ramieniu, jak dwa patyki podtrzymujące ognisko, żeby nie zgasło.

Wtem z tyłu chatki rozległ się cichy jęk. Hania zajrzała za róg: babcia leżała w altance, związana miękką liną z prześcieradła. Była przestraszona, ale cała.

— Babciu! — szepnęły obie.

— Ciii… wilk… — wyszeptała babcia.

Maja przyklękła i zaczęła rozwiązywać węzeł. Jej palce pracowały szybko i uważnie, jakby rozplatały kłopot, nie tylko sznur. Hania patrzyła w stronę drzwi, gotowa znów zadzwonić.

Dzwonek zadźwięczał drugi raz, bo Maja potrąciła sznurek. I dobrze. Niech świat wie.

Po chwili na polanie pojawił się leśniczy z sąsiadem piekarzem. Mieli widły i latarnie. Nie byli groźni jak wilk, ale byli razem, a razem ludzie są jak mur.

Wilk, słysząc głosy, warknął. Wypadł z chatki jak czarna plama i pognał w las, zostawiając za sobą tylko ślady i zapach mokrej sierści.

Rozdział 5: Morał, który świeci jak mała lampka

W chatce zapłonęła świeca. Jej płomień był mały, ale uparty, jak odwaga, która nie krzyczy. Babcia leżała już w łóżku, okryta kocem w kwiaty. Piła syrop malinowy, a kaszel powoli miękł, jakby ktoś głaskał go od środka.

— Moje dzielne dziewczynki… — powiedziała babcia ochryple. — Myślałam, że wilk połknie mi cały wieczór.

Leśniczy sprawdził okna i zasunął zasuwy.

— Ten wilk jest chytry — mruknął. — Najbardziej lubi strach, bo strach robi zamieszanie.

Hania spojrzała na Maję, a Maja na Hanię. W ich spojrzeniach było coś jak tajna umowa: „Słuchamy. Myślimy. Działamy”.

Babcia uśmiechnęła się słabo.

— Haniu, jak poznałaś, że to nie ja?

— Bo słuchałam — odpowiedziała Hania. — I bo spokojne pytanie jest jak klucz. Wilk nie umiał go użyć.

Maja dodała, próbując rozładować napięcie:

— A poza tym babcia zawsze mówi „proszę”, nawet do czajnika. Wilk by czajnikowi tylko warknął.

Wszyscy, nawet leśniczy, uśmiechnęli się krótko. Śmiech był jak okruszek światła w ciemnym chlebie.

Gdy było już bezpiecznie, mama przyszła po dziewczynki. Przytuliła je mocno.

— I jak? — spytała cicho. — Wiedziałyście, kiedy biec, a kiedy iść?

Hania pomyślała o ścieżce, o polanie, o dzwonku. O wilku, który chciał, by wszystko było gwałtowne.

— Tak — powiedziała. — Biegłyśmy, gdy trzeba było dogonić bezpieczeństwo. A szłyśmy, gdy trzeba było nie karmić strachu.

Maja przytaknęła.

— I byłyśmy uprzejme — dodała. — Nawet dla wilka… chociaż to trudne.

Mama pogładziła je po głowach.

W drodze powrotnej las wyglądał inaczej. Nadal był ciemny, ale nie był już tylko cieniem. Był też nauczycielem, który nie mówi, tylko pokazuje. Wiatr szeptał między drzewami jak kołysanka: „Słuchaj, słuchaj, słuchaj”.

A gdzieś daleko wilk warczał w swojej norze, zły nie dlatego, że przegrał. Był zły, bo dziewczynki nie dały mu tego, czego pragnął najbardziej: paniki. Zamiast niej dostał spokój, grzeczność i mądrą odwagę.

I to był morał, który świecił jak mała lampka przy łóżku:

Kiedy serce drży, nie zawsze trzeba biec. Czasem wystarczy iść równo, mówić spokojnie „proszę” i „dziękuję”, słuchać uważnie — i wtedy nawet w najciemniejszym lesie można znaleźć drogę do domu.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Spiżarni
Miejsce w domu, gdzie przechowuje się jedzenie i przetwory.
Harmonia
Miękki, zrównoważony dźwięk, który brzmi przyjemnie dla ucha.
Pajęczyna
Delikatna sieć zrobiona przez pająka, cienka jak nitka.
Przysunął się
Przyszedł trochę bliżej, przesunął się w naszą stronę.
Parsknął
Wydał krótki, gwałtowny dźwięk, jak śmiech lub gniew zwierzęcia.
Tarcza
Coś, co chroni przed niebezpieczeństwem, można to trzymać w ręku.
Przeciągłe wycie
Długi, rozciągnięty dźwięk wydawany przez zwierzę, jak syczenie.
Rozwiązywać
Odplątywać lub zdejmować supeł z liny lub sznurka.
Węzeł
Zaplatana pętla w linie, która łączy jej końce.
Altanka
Niewielka budka lub schronienie w ogrodzie, miejsce do siedzenia.
Zasunął zasuwy
Przesunął metalowe części, żeby okno lub drzwi zamknąć i zabezpieczyć.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Wielki zły wilk dla 9-10 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.