Rozdział 1: Biuro domowe i wielkie „Czy wszyscy rozumieją?”
W domowym biurze Antka zawsze działo się coś dziwnego. Biurko było wielkie, krzesło skrzypiało jak stary statek, a na półce stał kubek z napisem: „SZEF CHAOSU”. Antek twierdził, że to wcale nie o nim. Nikt mu nie wierzył.
Tego popołudnia do biura wpadła Maja, jego rówieśniczka, też dziesięcioletnia. Miała warkocz i spojrzenie osoby, która przyszła z planem… albo przynajmniej z apetytem na śmiech.
– Siema, szefie chaosu! – zawołała. – Gotowy na ważną misję?
Antek potknął się o kabel od lampki i uratował się, łapiąc za… myszkę komputerową. Myszka uciekła po podkładce jak spłoszona rybka.
– Gotowy! Tylko… gdzie mi uciekła mysz? – mruknął.
– Ta? – Maja wskazała palcem. – Ona nie uciekła, ona się ślizga.
Antek chrząknął uroczyście.
– Dobra. Misja. Najpierw pytanie kontrolne. Czy wszyscy rozumieją?
– Wszyscy, czyli ja i ty? – Maja zaśmiała się. – Rozumiemy.
– Świetnie. Bo ja zawsze sprawdzam, czy wszyscy rozumieją – powiedział Antek, jakby to była supermoc.
Wtedy w szufladzie biurka coś cichutko zadzwoniło. „Dzyń!”
– O! To mój Zaczarowany Przycisk Powiadomień – oznajmił Antek, wyciągając… dzwonek rowerowy. – Taki domowy system.
Maja parsknęła śmiechem.
– No to, szefie, misja jest prosta: jutro klasowe spotkanie online. Masz poprowadzić trzy minuty „wesołej rozgrzewki”. I żadnego nudy-marudy!
Antek zbladł.
– Trzy minuty? To… długo. To prawie tyle, co trzy razy po minutę!
– Matematyka cię dopadła – stwierdziła Maja. – Spokojnie. Zrobimy to razem.
Antek odetchnął i, zgodnie ze swoim zwyczajem, spytał:
– Czy wszyscy rozumieją, że robimy to razem?
– Tak, kapitanie – odpowiedziała Maja i zasalutowała długopisem, który od razu zostawił tuszową kropkę na jej nosie. – Ups.
Antek spojrzał na kropkę, potem na Maję, i oboje wybuchli śmiechem. Biuro zadrżało, jakby też się chichotało.
Rozdział 2: Plan, który uciekł pod krzesło
– Dobra – powiedziała Maja, wycierając łzy śmiechu. – Zrobimy rozgrzewkę z rekwizytami. Co masz w biurze?
Antek rozejrzał się. Biuro było jak skrzynia skarbów… tylko skarby były trochę… dziwne.
– Mam zszywacz, trzy spinacze, gumkę do mazania, kaktusa i… ten dzwonek rowerowy – wyliczał.
– Kaktus? Idealnie. Kaktus zawsze rozluźnia atmosferę – stwierdziła Maja z powagą, której nie dało się traktować poważnie.
Antek, jak to Antek, wstał tak energicznie, że krzesło odjechało, a on usiadł… na powietrzu.
– Ojej! – jęknął, lądując na dywanie.
– Czy wszyscy rozumieją, że grawitacja działa? – Maja zawołała, trzymając się za brzuch.
– Rozumieją… aż za dobrze – mruknął Antek, gramoląc się na nogi.
Postanowili wymyślić „Zabawę Trzech Dźwięków”: Antek dzwoni dzwonkiem, Maja klika zszywaczem (bez zszywek!), a kaktus… no, kaktus miał być „cichym uczestnikiem”.
– Kaktus robi „…” – wyjaśniła Maja. – To najtrudniejszy dźwięk.
Antek przygotował dzwonek. Maja ustawiła zszywacz. Kaktus stał i udawał niewzruszonego.
– Próba! – Antek uniósł palec. – Czy wszyscy rozumieją zasady?
– Dzwonek: „dzyń”, zszywacz: „klik”, kaktus: „…” – wyrecytowała Maja. – Rozumiemy.
Antek zadzwonił. „DZYŃ!”
Maja kliknęła. „KLIK!”
Kaktus zrobił: „…”
– Pięknie! – Maja przybiła Antkowi piątkę. – A teraz do tego dodamy śmieszne miny.
Antek spróbował zrobić minę „zdziwionej żyrafy”. Nie wiedział, jak wygląda zdziwiona żyrafa, więc wyszło mu coś między „pompka do roweru” a „kompot”.
Maja spróbowała miny „tajemniczego naleśnika”. To też było trudne, ale za to śmieszne.
W tym momencie krzesło Antka znów skrzypnęło, przesunęło się i… przygniotło kartkę z planem. Kartka zniknęła pod kółkami.
– Plan! – Antek sapnął. – Zgubiłem plan!
– Plan nie zginął. Plan się schował, bo się wstydzi – powiedziała Maja i zanurkowała pod biurko.
Słychać było tylko: „Au!”, „Ojej!”, „To nie jest tunel!” i na koniec triumfalne:
– Mam go! I… mam też dwa stare cukierki. Chcesz?
– Czy wszyscy rozumieją, że stare cukierki są podejrzane? – Antek zapytał ostrożnie.
– Rozumiemy – odparła Maja i wsunęła cukierki z powrotem pod biurko, jakby oddawała je naturze.
Rozdział 3: Wielka próba i mały kaktusowy dramat
Przyszła pora na próbę generalną. Antek ustawił laptop na książkach, żeby kamera nie pokazywała jego skarpetek z napisem „LEWA” i „PRAWIE PRAWA”.
– Uwaga! – Maja klasnęła. – Teraz ty mówisz do „klasy”. Ja będę udawać publiczność.
Antek stanął prosto. Prawie prosto, bo potknął się o własny optymizm.
– Eee… Cześć! – zaczął. – Dzisiaj rozgrzewka! Czy wszyscy rozumieją?
Maja, jako publiczność, zrobiła poważną minę i odpowiedziała niskim głosem:
– Kto to „wszyscy”? Ja jestem tylko jedna.
Antek zamarł.
– O! Racja. To… czy ty rozumiesz?
– Rozumiem. Ale mówię w imieniu „wszystkich” – Maja mrugnęła. – Dawaj.
Antek odetchnął.
– Najpierw dźwięki: dzyń, klik i… cisza kaktusa.
I wtedy stało się coś strasznego. A dokładniej: śmiesznie strasznego.
Kaktus… przewrócił się.
Nie sam. Antek, machając rękami, zahaczył łokciem o doniczkę. Doniczka zrobiła „hop”, kaktus zrobił „ojej”, a dywan zrobił „przyjmuję to”.
– Kaktus! – Maja krzyknęła, ale tak, jak się krzyczy, kiedy jednocześnie chce się śmiać.
Antek przykucnął.
– Czy… czy wszyscy rozumieją, że ja nie chciałem? – powiedział z miną bardzo skruszoną.
Maja już miała powiedzieć coś pocieszającego, ale zobaczyła, że kaktus spadł… prosto na kartkę z planem i teraz wygląda, jakby ją czytał.
– Patrz! – zachichotała. – Kaktus sprawdza, czy wszyscy rozumieją!
Antek podniósł kaktusa ostrożnie, jakby to był jeż na wakacjach.
– Przepraszam, panie kaktusie. Obiecuję poprawę.
Maja wzięła kartkę.
– Dobra wiadomość: plan przeżył. Lepsza wiadomość: dodamy do rozgrzewki „kaktusowy ukłon”.
– Kaktusowy… co?
– Na koniec wszyscy robią ukłon jak kaktus. Czyli bardzo powoli. I bardzo dumnie. I bez przewracania się – Maja spojrzała na Antka znacząco.
Antek podniósł ręce.
– Przyjmuję. I sprawdzam: czy wszyscy rozumieją, że ja się postaram?
– Rozumiemy. Nawet kaktus – odpowiedziała Maja.
Kaktus stał nieruchomo. Co w jego języku oznaczało: „Spoko”.
Rozdział 4: Trzy minuty, które uciekły… i wróciły z kolegą
Następnego dnia Antek usiadł w swoim domowym biurze. Maja siedziała obok, jako „pomoc techniczna”, czyli ktoś, kto patrzy, czy Antek nie wciśnie przypadkiem guzika „wyłącz internet”.
Na ekranie pojawiły się twarze z klasy. Wszyscy gadali naraz.
– Ciii! – Antek podniósł dzwonek. „DZYŃ!” zabrzmiało jak sygnał do startu.
Nagle zrobiło się ciszej.
Antek poczuł, jak serce skacze mu po żebrach jak piłeczka pingpongowa.
– Hej! – powiedział. – Dzisiaj robimy wesołą rozgrzewkę. Najpierw pytanie… czy wszyscy rozumieją?
Na czacie od razu pojawiły się odpowiedzi:
„Tak!”
„Co?”
„Ja rozumiem, ale mój kot nie.”
„Dzyń!”
Maja szepnęła:
– Widzą cię. Jest dobrze. Dawaj.
Antek skinął głową.
– Zasada jest prosta. Ja robię „dzyń” – pokazał dzwonek. – Wy wszyscy mówicie „klik”. A potem robimy „kaktusową ciszę”.
– Co to jest kaktusowa cisza? – zapytał ktoś.
Antek uśmiechnął się.
– To taka cisza, w której wszyscy udają dumnego kaktusa. I nikt się nie śmieje… przez dwie sekundy. Spróbujemy?
Z ekranu posypały się chichoty, ale ludzie kiwali głowami.
– Próba! – Antek zadzwonił: „DZYŃ!”
– KLIK! – odkrzyknęła klasa.
Maja, siedząc obok, kliknęła zszywaczem, żeby było jeszcze śmieszniej.
– Teraz kaktusowa cisza! – ogłosił Antek.
I nagle… naprawdę zapadła cisza. Na ekranie dwadzieścia kilka osób zrobiło miny, jakby były kaktusami: policzki wciągnięte, brody do góry, oczy „ja nic, ja rosnę”.
Dwie sekundy później ktoś prychnął. Potem ktoś jeszcze. A potem wszyscy wybuchli śmiechem tak głośnym, że Antek aż cofnął się na krześle (tym razem bez katastrofy).
– Świetnie! – Antek zawołał. – Jeszcze raz! Czy wszyscy rozumieją?
– Rozumieją! – krzyknęli wszyscy, nawet kot, który miauknął w odpowiednim momencie.
Trzy minuty minęły szybciej, niż Antek zdążył się zestresować. A kiedy nauczyciel powiedział „dziękuję”, na czacie pojawiło się:
„To było mega!”
„Kaktus najlepszy!”
„Dzyń klik!!!”
Maja stuknęła go łokciem.
– Widzisz? Optymizm działa. I dzwonek.
Antek odetchnął, jakby właśnie wygrał wyścig w niepotykanie się.
– Czy wszyscy rozumieją, że to dzięki nam… razem?
– Razem – powtórzyła Maja. – I dzięki kaktusowi, który milczał jak zawodowiec.
Rozdział 5: Spokojny wieczór i mrugnięcie do księżyca
Wieczorem biuro było cichsze. Dzwonek leżał na biurku, zszywacz odpoczywał, a kaktus stał dumnie, jakby dostał medal za „najlepszą ciszę”.
Antek i Maja siedzieli na podłodze, opierając się o biurko. Śmiali się już tylko od czasu do czasu, cichutko, jakby oszczędzali ostatnie chichoty na jutro.
– Wiesz – powiedział Antek – ja się bałem, że się pomylę.
– Pomyliłeś się tylko raz – odparła Maja. – Myślałeś, że jesteś sam.
Antek spojrzał na nią, a potem na kaktusa.
– Czy wszyscy rozumieją, że to brzmi mądrze?
– Rozumiemy – powiedziała Maja. – A teraz chodź. Na chwilę do okna.
Podeszli. Za szybą wisiał księżyc, jasny i spokojny, jakby też oglądał ich rozgrzewkę i nie mógł przestać się uśmiechać.
Antek uniósł dzwonek, ale nie zadzwonił. Tylko pomachał księżycowi.
– Dobranoc – szepnął. – I dzięki, że świecisz, kiedy trzeba.
Maja też pomachała.
– Księżyc wygląda, jakby do nas mrugał.
Antek zmrużył oczy.
– To mrugnięcie znaczy: „Dobra robota, ekipo”.
Stali chwilę w ciszy. Takiej prawdziwie kaktusowej, tylko cieplejszej. A potem oboje zachichotali jeszcze raz, już spokojnie, wiedząc, że w ich domowym biurze najważniejsze jest to, że zawsze mogą liczyć na siebie – i że nawet księżyc czasem puszcza do nich oko.