Rozdział 1: Człowiek z błyskawicznym plecakiem
W mieście Neonowo chmury wyglądały jak wata cukrowa, a ulice migały kolorami jak ekran w grze. Nad dachami przelatywał on: Kapitan Iskra-Kometka. Nazywał się tak, bo nosił srebrny kombinezon z granatowymi paskami, hełm z przezroczystą szybą i plecak odrzutowy, który zostawiał za sobą ślad jak świetlista kometa. Na rękawach miał małe projektory, co potrafiły rysować w powietrzu znaki świetlne: strzałki, serca i… czasem śmieszne wąsy.
Kapitan Iskra-Kometka wylądował miękko na dachu biblioteki, obok anteny, która wyglądała jak widelec dla kosmitów.
„Dzień dobry, Neonowo!” zawołał i pomachał do gołębia-robota.
„Bip-bip. Dzień dobry. Proszę nie karmić okruszkami” odpowiedział gołąb, bo w Neonowie nawet gołębie miały zasady.
Nagle w jego słuchawce zapiszczało.
„Kapitanie! Tu Luma z Centrum Pogodowego!” odezwał się wesoły, szybki głos.
Luma była młodą naukowczynią, która uwielbiała brokat i dokładne wykresy.
„Co się dzieje, Luma?” zapytał Kapitan.
„Coś podkrada energię z miejskich lamp słonecznych. Znikają błyski! A gdy lampy słabną, miasto robi się… mniej radosne.”
Kapitan zmrużył oczy.
„Neonowo bez blasku? To jak naleśnik bez dżemu!”
„Dokładnie!” zachichotała Luma. „Wysyłam ci dane. I… uważaj na dziwne sygnały. Ktoś gra na falach jak na gitarze.”
Na jego wizjerze pojawiła się mapa: czerwone kropki, zielone linie i jedna wielka, migająca gwiazdka.
„O, proszę. Ktoś zostawił mi zaproszenie” mruknął Kapitan. „A ja nie odmawiam, gdy chodzi o ratowanie miasta.”
Włączył plecak.
„Psss-ziuuum!” Plecak zabrzmiał jak czajnik, który postanowił zostać rakietą.
Kapitan śmignął nad placem, gdzie dzieci bawiły się dronami w kształcie motyli.
„Patrzcie! Kapitan!” krzyknęła dziewczynka.
„Hej! Pamiętajcie: pomaganie jest supermocą!” zawołał w odpowiedzi i narysował w powietrzu świetlny kciuk w górę.
Gdy zbliżał się do dzielnicy Stare Neonki, wizjer piknął.
„Odebrałem informację” powiedział do siebie. „Ktoś używa przenośnego pochłaniacza światła. Sprytnie, ale nieładnie.”
Rozdział 2: Ruelle z hologramów
W Starych Neonkach była pewna wąska uliczka, której prawie nikt nie zauważał, bo zasłaniały ją reklamy: skaczące ryby, tańczące napoje i koty, które mrugały w zwolnionym tempie. Mieszkańcy nazywali ją Ruellą Hologramów, bo ściany błyszczały tam tysiącem obrazów naraz.
Kapitan Iskra-Kometka wylądował ostrożnie.
„Ciii… Kapitan na tropie” szepnął, choć nikt go nie prosił. Lubił ten dramatyczny styl.
Hologramy mrugały:
„Kup skarpetki, które same się parują!”
„Zostań mistrzem naleśników w trzy dni!”
„Uwaga! Promocja na kosmiczne szczotki do zębów!”
Kapitan uśmiechnął się pod hełmem.
„Gdyby reklamy mogły ratować miasto, już byśmy wygrali.”
Na końcu uliczki stał mały wózek serwisowy, a nad nim wisiała kula światła, która drgała jak galaretka. Obok kręcił się ktoś w pelerynie zrobionej z lustrzanych płytek. Wyglądał jak disco-kula, która postanowiła chodzić.
„Halo!” zawołał Kapitan. „Ładna peleryna. Ale dlaczego nasze lampy są smutne?”
Postać odwróciła się.
„Ja… jestem Maestro Migot!” powiedział z przesadnym ukłonem. „Nie kradnę. Ja… pożyczam blask. Na wielki pokaz! Neonowo ma zobaczyć najjaśniejszy koncert w historii!”
„Koncert brzmi super” odparł Kapitan. „Ale nie kosztem wszystkich. Solidarność, Maestro. Dzielimy się, nie zabieramy.”
Maestro Migot skrzywił się.
„Zawsze ktoś mówi: ‘dzielimy się'. A ja chcę raz… wszystko.”
Kapitan podrapał się po hełmie.
„Wiesz, też czasem chcę wszystko. Na przykład wszystkie pierogi. Ale wtedy brzuch mówi: ‘Stop'.”
Hologram obok nich nagle wyświetlił wielkie ucho i napis: „SŁUCHAJ!”
Kapitan zamarł. Z jego wizjera poszła kolejna informacja: sygnał sterujący pochłaniaczem światła. Ktoś to włączał zdalnie!
„Maestro, ty to kontrolujesz?” zapytał.
„Ja tylko naciskam ten guzik” przyznał Maestro i pokazał mały pilot. „Ale czasem sam się włącza. Jakby… ktoś inny grał.”
Kapitan spojrzał w górę. Na kablu, wysoko między ścianami, siedział miniaturowy dron w kształcie pająka, z antenkami jak wąsy.
„Aha!” Kapitan wskazał palcem. „Pająk-sterownik. Prawdziwy sprawca lubi się chować.”
„Ojej” bąknął Maestro. „To nie ja? To kto?”
Kapitan uśmiechnął się.
„Może nikt nie jest ‘tylko zły'. Czasem ktoś jest… pogubiony. Ale najpierw: zatrzymujemy to.”
Kapitan uniósł rękaw i wystrzelił świetlną sieć. Była miękka jak gumka recepturka i świeciła na niebiesko.
„Hop!” Sieć złapała drona. Dron zapiszczał: „Kriiik!”
„Spokojnie, mały” powiedział Kapitan. „Nie robię krzywdy. Tylko porządki.”
Maestro Migot zerknął na pochłaniacz światła.
„A co z moim pokazem?”
„Zrobimy pokaz” odparł Kapitan. „Tylko uczciwy. I taki, w którym każdy pomaga.”
Rozdział 3: Plan jaśniejszy niż gwiazdy
Kapitan połączył się z Lumą.
„Luma, mam źródło problemu: pochłaniacz i dron-sterownik. Kto go wysłał?”
Luma stukała w klawiaturę tak szybko, że aż słychać było „klik-klak” przez słuchawkę.
„Sprawdzam… O! To sygnał z dawnego satelity reklamowego ‘Błysk-3000'. On kiedyś rozsyłał reklamy, a teraz… chyba się nudzi i chce robić swoje.”
„Satelita… znudzony?” Kapitan parsknął śmiechem. „To jak odkurzacz, który tęskni za kurzem.”
„Nie jest groźny” uspokoiła Luma. „Po prostu zbiera blask, bo myśli, że miasto potrzebuje więcej reklam. Jakby chciał pomóc, ale przesadza.”
Kapitan spojrzał na Maestro Migota, który nerwowo obracał pilot w palcach.
„Maestro, słuchaj. Ten satelita chce ‘pomagać' po swojemu. Ty też chciałeś zrobić wielki pokaz. Może… zrobimy to razem, ale mądrze?”
„Razem?” Maestro uniósł brwi. „Z superbohaterem?”
„Jasne. Superbohater bez ludzi to jak latarka bez baterii.”
Kapitan wskazał na plac w centrum miasta.
„Zrobimy Festiwal Wspólnego Blasku. Każdy przyniesie coś świecącego: lampion, odblask, nawet świecącą naklejkę. A ja wyślę satelicie wiadomość, że nie musi kraść. Może sterować pokazem świateł, ale z naszym pozwoleniem.”
Maestro Migot przełknął ślinę.
„A jeśli nikt nie przyjdzie?”
„Przyjdą” powiedział Kapitan. „Bo Neonowo jest miastem, gdzie ludzie lubią się wspierać. Trzeba im tylko dać szansę.”
Zeszli na plac. Kapitan włączył projektory na rękawach i narysował w powietrzu ogromny napis: „FESTIWAL WSPÓLNEGO BLASKU – PRZYJDŹ!”
Dzieci podbiegły pierwsze.
„Ja mam breloczek, co świeci!” krzyknął chłopiec.
„A ja mam kask rowerowy z gwiazdkami!” dodała dziewczynka.
Pani z piekarni przyniosła tackę drożdżówek z cukrem, który skrzył się w słońcu.
„To też blask!” zażartowała.
Maestro Migot, trochę zawstydzony, stanął obok Kapitana.
„Ja… mam pelerynę. I umiem robić obrót… taki!” Zrobił piruet, a jego płytki zaiskrzyły.
Dzieci zaklaskały.
„Ale czad!” ktoś zawołał.
Kapitan uniósł komunikator.
„Satelito Błysk-3000! Tu Kapitan Iskra-Kometka. Mamy dla ciebie propozycję. Nie zabieraj światła. Dołącz do nas. Zrób pokaz, który sprawi radość wszystkim.”
Nad miastem niebo zamrugało delikatnie, jakby ktoś puścił oczko. Lampy słoneczne przestały przygasać.
Luma krzyknęła w słuchawce:
„Działa! Satelita zmienił tryb. Teraz tylko… wysyła wzory!”
I wtedy stało się coś pięknego: nad placem pojawiły się świetlne wstęgi, gwiazdy, spirale i ogromny uśmiechnięty księżyc. Wszystko łagodne, kolorowe, przyjazne.
„Ojej… to lepsze niż mój pomysł” szepnął Maestro Migot.
Kapitan szturchnął go lekko łokciem.
„Bo jest wspólne.”
Rozdział 4: Odznaka, która świeci w sercu
Festiwal trwał do wieczora. Nikt nie bał się ciemności, bo plac był pełen śmiechu i małych światełek. Nawet gołąb-robot krążył nad tłumem i ogłaszał:
„Bip-bip. Uwaga. Kto tańczy, ten nie marudzi.”
Maestro Migot podszedł do mikrofonu.
„Chciałem zabrać blask tylko dla siebie” powiedział, a jego głos brzmiał już mniej dumnie, a bardziej szczerze. „Przepraszam. Teraz wiem, że najjaśniej jest wtedy, gdy świecimy razem.”
„Brawo!” zawołała pani z piekarni. „I jeszcze drożdżówka dla odważnych!”
Kapitan roześmiał się.
„Odważny jest ten, kto umie powiedzieć ‘przepraszam' i ‘pomogę'.”
Luma pojawiła się na placu z małym pudełkiem.
„Kapitanie, Maestro… i wszyscy!” powiedziała. „Miasto Neonowo ma dla was pamiątkę.”
Otworzyła pudełko. W środku leżały odznaki: okrągłe, lekkie, z symbolem dłoni trzymających wspólną gwiazdę.
„To Odznaka Wspólnego Blasku” wyjaśniła Luma. „Dla tych, którzy pamiętają o solidarności.”
Kapitan uklęknął, żeby być na wysokości dzieci.
„Kto chce przypiąć mi odznakę?” zapytał.
Mały chłopiec z breloczkiem podszedł dumny jak rycerz.
„Ja!”
Przypiął odznakę na piersi Kapitana, tuż obok małej rysy po dawnym locie przez deszcz meteorów.
„Pasuje!” krzyknęły dzieci.
Maestro Migot też dostał odznakę. Dotknął jej ostrożnie.
„Czy ona… świeci?”
Luma uśmiechnęła się.
„Tylko wtedy, gdy robisz coś dobrego. To taka odznaka… mądrzejsza niż zwykła.”
Kapitan spojrzał w niebo, gdzie satelita Błysk-3000 rysował jeszcze ostatnią figurę: wielkie serce nad całym Neonowem.
„Dobra robota, drużyno” powiedział Kapitan. „Miasto jest bezpieczne, bo ludzie trzymają się razem.”
A potem dodał ciszej, z humorem:
„No i bo mam plecak, który brzmi jak czajnik.”
Dzieci wybuchły śmiechem. Lampy słoneczne lśniły, jakby też się śmiały. Kapitan dotknął odznaki, a w jego sercu zrobiło się ciepło i jasno — tak jasno, że nawet bez hologramów każdy wiedział: w Neonowie dobro zawsze znajdzie sposób, żeby zabłysnąć.