Rozświetlona kartka
W oknie kuchni paliły się małe lampki, które mrugały jak wesołe świetliki. Na stole pachniały pierniki, a obok leżał gruby zeszyt w kratkę i pióro z niebieskim atramentem.
Kuba poprawił czapkę z pomponem i powiedział:
„Bartek, dziś jest misja. Najważniejsza na świecie.”
Bartek siedział wygodnie na swoim wózku, kręcąc kółkiem tak, jakby sprawdzał, czy jest gotowe do przygód. Uśmiechnął się szeroko:
„Jeśli to znowu misja ratowania pierników przed zjedzeniem… to jestem w tym mistrzem.”
Kuba zachichotał.
„Nie! Dziś chodzi o imiona. Muszę je napisać. Wszystkie. Ślicznie. Bez bazgrołów.”
Na brzegu zeszytu widniała lista: dla mamy, dla taty, dla pani z biblioteki, dla sąsiadki, dla starszego pana z psem, dla koleżanki z klasy i… jeszcze kilka wolnych kresek.
Bartek pochylił się i przyjrzał literom.
„Oho! To będzie wyprawa po imiona. I po wdzięczność.”
„Po co po wdzięczność?” zdziwił się Kuba, ale już czuł, że to brzmi jak coś ważnego.
Bartek mrugnął.
„Bo jak piszesz czyjeś imię, to mówisz: ‘widzę cię' i ‘dziękuję, że jesteś'. To takie małe świąteczne czary.”
Kuba przestał na chwilę skubać rękaw swetra. Atrament w piórze połyskiwał jak kawałek zimowego nieba.
„To chodź. Zbieramy imiona, zanim Mikołaj się pomyli!”
Polowanie na imiona
Najpierw poszli do klatki schodowej. Na poręczy wisiał papierowy łańcuch zrobiony przez dzieci z bloku, a na wycieraczce pod numerem 7 stał słoik z cukierkami i kartką: „Weź jednego. Wesołych Świąt!”
„To na rozgrzewkę,” szepnął Bartek i wybrał cukierek o smaku malin.
Zapukali do drzwi sąsiadki. Otworzyła pani Zosia w swetrze z reniferem, który miał krzywy uśmiech.
„O, chłopcy! Jakie macie rumiane nosy!”
Kuba podniósł zeszyt.
„Prosimy o… imię. To znaczy… my wiemy, że pani to Zosia, ale chcemy je napisać ładnie na kartce.”
Pani Zosia roześmiała się, aż renifer na swetrze wyglądał, jakby też się śmiał.
„To bardzo miłe. A ja wam dam coś do waszych kartek.” Podała małą naklejkę w kształcie gwiazdki. „Za staranność.”
Gdy wyszli, Bartek powiedział:
„Widzisz? Imię i gwiazdka. Zbieramy dobro jak śnieg na rękawiczkach.”
Następny był starszy pan z psem. Pies nazywał się Pączek i wyglądał, jakby w kieszeni chował zapas ciastek. Pan otworzył drzwi ostrożnie, a Pączek od razu powąchał zeszyt, jakby sprawdzał, czy imiona są jadalne.
„Dzień dobry!” zawołał Kuba. „Jak pan ma na imię? Chcemy napisać życzenia.”
Pan pogłaskał Pączka.
„Jestem pan Leon. A to Pączek. On też lubi, jak się o nim pamięta.”
Bartek przytaknął poważnie.
„Pączek też dostanie kartkę?”
Kuba spojrzał na psa.
„Z odciskiem łapy!”
Pączek machnął ogonem tak, jakby już podpisał umowę.
Po drodze wstąpili do biblioteki. W środku było cicho i ciepło, a książki stały jak równe szeregi choinek. Pani bibliotekarka, pani Ania, podała im zakładkę z narysowaną śnieżynką.
„Za to, że czytacie,” powiedziała.
Kuba dopisał kolejne imię i poczuł, że lista robi się nie tylko dłuższa, ale też… jaśniejsza.
„Bartek, a co jeśli zapomnę jakiejś litery?”
„To ją odnajdziemy,” odparł Bartek. „Litery lubią być szukane. Jak skarby.”
Kiedy wracali, śnieg zaczął padać delikatnie, prawie nieśmiało. Płatki lądowały na czapkach i znikały, jakby szeptały: „później, później.”
Domowe atelier liter
W domu mama postawiła na stole kubek kakao dla każdego. Para unosiła się jak małe chmurki, a w środku pływały pianki, które wyglądały jak owce w zimowym polu.
„No, artyści,” powiedziała mama, „co tworzycie?”
Kuba rozłożył zeszyt, a Bartek ułożył naklejki-gwiazdki w równy rządek.
„Kartki z imionami,” wyjaśnił Kuba. „Żeby nikt nie był pominięty.”
Mama uśmiechnęła się miękko.
„To piękny pomysł. Pamiętajcie, żeby dopisać jedno ważne zdanie.”
„Jakie?” zapytał Bartek, biorąc pióro i sprawdzając, czy dobrze leży w dłoni.
„Proste,” odpowiedziała mama. „‘Dziękuję.'”
Kuba zamyślił się. Narysował na marginesie mały dzwoneczek i powiedział:
„Dziękuję… za co?”
Bartek wyliczał na palcach:
„Za uśmiech pani Zosi. Za to, że pan Leon zawsze mówi ‘dzień dobry'. Za zakładkę od pani Ani. Za Pączka, bo nas rozśmiesza.”
Kuba zaczął pisać pierwszą kartkę. Starannie, powoli, jakby każda litera była płatkiem śniegu, który nie może się połamać.
„Z… o… s… i… a.” Potem dopisał: „Dziękuję za cukierek i renifera, który umie się śmiać.”
Bartek przygotował kartkę dla pana Leona, a obok zostawił miejsce na odcisk łapy. Położyli na podłodze czystą kartkę, a mama przyniosła bezpieczną farbkę, którą łatwo zmyć.
Gdy Pączek przyszedł w odwiedziny, wyglądał, jakby wiedział, że to jego wielka chwila. Zanurzył łapę w farbce i przycisnął ją do papieru. Odcisk wyszedł trochę krzywo, ale za to bardzo dumnie.
Kuba parsknął śmiechem:
„To jest podpis artysty! Pączek ma styl.”
Bartek dodał pod spodem: „Dziękujemy za merdanie ogonem.”
Wieczorem na stole leżał stos kartek. Każda miała imię, małą śnieżynkę albo gwiazdkę i krótkie „dziękuję”, które błyszczało bardziej niż brokat.
Kuba poczuł w brzuchu ciepło, jakby połknął promyk z choinki.
„Bartek, wiesz co? Pisanie imion jest jak zapalanie lampek. Jedna, druga… i robi się jasno.”
Bartek kiwnął głową.
„A najfajniejsze jest to, że to światło można komuś podarować.”
Sen o śniegu
Kiedy wszystkie kartki były gotowe, chłopcy wsunęli je do kopert. Mama obiecała, że rano pomogą je roznieść. Za oknem ulica zrobiła się cicha, jakby ktoś przykrył ją miękkim kocem.
Kuba leżał w łóżku, a obok na krześle wisiała jego czapka z pomponem. Bartek spał u siebie, ale przed pożegnaniem powiedział jeszcze:
„Jutro zobaczymy, jak nasze imiona wędrują.”
„I jak wdzięczność skacze z kartki na serce,” dopowiedział Kuba, trochę sennie.
W nocy śniło mu się, że jest w wielkiej, białej krainie. Śnieg nie był zimny, tylko delikatny jak watka cukrowa. Płatki miały kształt liter: A, K, Z, L, B… Wirowały w powietrzu i układały się w imiona, które napisał.
Z nieba spadła ogromna śnieżynka i usiadła mu na rękawie. Z bliska wyglądała jak słowo „Dziękuję”, napisane lodowym piórem.
Kuba usłyszał głos, jak cichy dzwoneczek:
„Każde imię jest jak mała gwiazda. Gdy je wypowiesz i zapiszesz, rozświetlasz komuś dzień.”
W śnie pojawił się Bartek, sunący po śniegu tak lekko, jakby wózek miał zamiast kół srebrne sanki. Obok biegł Pączek, zostawiając ślady w kształcie serduszek.
„Patrz!” zawołał Bartek. „Śnieg pisze z nami!”
Kuba wyciągnął rękę, a płatki posłusznie układały się w kolejne słowa. Nad ich głowami zapaliła się zorza, różowa i złota, jak lukier na pierniku.
Rano Kuba obudził się, a za oknem naprawdę padał śnieg. Nie był głośny ani ważny. Był po prostu piękny. Kuba dotknął parapetu i szepnął:
„Dziękuję.”
Potem spojrzał na koperty gotowe do drogi i poczuł, że w środku ma własną małą, świąteczną lampkę, która świeci spokojnie i długo.