Rozdział 1: Jajkowa mapa Hani
Hania miała siedem lat i ciekawość, która wchodziła jej do kieszeni jak cukierek—zawsze była pod ręką. W Wielką Sobotę rano obudziła się szybciej niż budzik, bo w domu pachniało wanilią, a na stole czekały farbki do pisanek.
—Dzisiaj będzie polowanie na jajka? — zapytała, zanim jeszcze porządnie poprawiła warkoczyk.
Mama uśmiechnęła się i podała jej fartuszek w kurki.
—Najpierw malujemy. A potem… zobaczymy.
—„Zobaczymy” to brzmi jak „niespodzianka”! — Hania zmrużyła oczy, jakby była detektywem.
Tata udawał, że nic nie słyszy, i mieszał w garnku barwniki.
—Ja tylko gotuję jajka. Zwykłe, całkiem nie magiczne.
—Aha! — Hania szturchnęła go łokciem. — Zwykłe rzeczy czasem są najbardziej magiczne.
Po malowaniu Hania wzięła kartkę i kredki. Narysowała ogród: płot, jabłonkę, krzak porzeczek, domek na narzędzia i kamień, na którym zwykle siadał kot sąsiadów. Potem zaczęła rysować jajka. Ale nie tak po prostu. Każde jajko było wskazówką.
Pierwsze jajko miało narysowany wiatraczek.
Drugie miało kropeczki jak biedronka.
Trzecie przypominało księżyc z uśmiechem.
Czwarte… miało maleńką czapkę.
—Mapa w kształcie jajek! — oznajmiła sama do siebie, zadowolona, że to brzmi bardzo poważnie.
Przykleiła jajkowe wskazówki w rzędzie, jak ślady na śniegu, tylko że kolorowe. Na końcu narysowała wielki znak zapytania i dorysowała mu kokardę, żeby nie wyglądał groźnie.
Do kuchni wbiegł jej młodszy brat Franek, który miał cztery lata i energię piłeczki.
—Ja też chcę mapę! — zawołał.
—Ty będziesz moim pomocnikiem. Pomocnik dostaje… ważne zadania! — Hania podniosła palec, jak nauczycielka.
—Jakie?
—Będziesz sprawdzać, czy nie zjadłam wszystkich czekoladowych jajek po drodze.
Franek wybuchnął śmiechem.
—To najważniejsze!
Kiedy przyszła pora wyjścia do ogrodu, mama podała Hani mały koszyczek.
—Na znaleziska — powiedziała. — I pamiętaj: polowanie to zabawa, nie wyścig.
Tata mrugnął.
—A jeśli znajdziesz coś dziwnego… powiedz „dzień dobry” i nie uciekaj.
—Dlaczego miałabym uciekać? — Hania uniosła brwi.
—Bo czasem w ogrodach chowają się… bardzo nieśmiałe niespodzianki — odparł tata z powagą, która od razu zdradzała żart.
Hania ścisnęła mapę z jajek i wyszła na trawę. Słońce świeciło jak żółta pisanka, a wiatr bawił się gałązkami, jakby też czegoś szukał.
Rozdział 2: Pierwsze ślady w ogrodzie
Hania ułożyła jajkową mapę na schodku tarasu. Wskazówka numer jeden: jajko z wiatraczkiem.
—Wiatraczek! — zawołał Franek. — Na płocie jest!
Rzeczywiście, przy płocie kręcił się mały, tęczowy wiatraczek. A pod nim, między listkami mięty, leżało czekoladowe jajko owinięte w złotko.
—Znalezisko numer jeden — powiedziała Hania i włożyła je do koszyczka. — I nikt go nie zjadł po drodze.
Franek udawał poważnego strażnika.
—Na razie.
Wskazówka numer dwa: jajko w kropeczki jak biedronka. Hania rozejrzała się i zobaczyła przy krzaku porzeczek małą, czerwoną konewkę w czarne kropki. Wyglądała jak biedronka, która nauczyła się podlewać.
—To chyba nie jest nasza konewka — szepnęła Hania.
—Może biedronka ma ogród? — Franek zrobił wielkie oczy.
Hania podniosła konewkę. W środku coś cicho zadzwoniło: dzyń-dzyń. Na dnie leżały dwa małe jajeczka cukrowe i karteczka.
Hania rozwinęła karteczkę. Było na niej napisane, bardzo równiutko:
„Idź tam, gdzie kamień lubi drzemkę”.
—To znaczy do kamienia, na którym siedzi kot! — Hania parsknęła śmiechem. — Kamień lubi drzemkę! Kto to wymyślił?
Tata, stojący w oknie kuchni, udawał, że nagle interesuje go zupa, której wcale nie gotował.
—Ja? Nic nie wiem! — krzyknął, choć nikt go nie pytał.
Hania i Franek pobiegli do kamienia. Kot sąsiadów rzeczywiście tam był, zwinięty jak puszysta bułka. Otworzył jedno oko i zamruczał, jakby mówił: „O, widzę, że macie ważną misję”.
—Dzień dobry, Panie Kocie — powiedziała Hania grzecznie. — Nie przeszkodzimy?
Kot przeciągnął się i zeskoczył, jakby robił miejsce dla wskazówki. A pod nim, o proszę, leżało jajko z papieru. Na papierowym jajku był narysowany księżyc z uśmiechem.
—Wskazówka numer trzy! — Hania klasnęła w dłonie.
Franek szeptał do koszyczka:
—Nie zjedzone. Wszystko pod kontrolą.
Księżyc z uśmiechem prowadził do… miejsca, gdzie w dzień nie było księżyca. Hania spojrzała na altankę, w której wisiała mała lampka solarna w kształcie półksiężyca.
—Tam! — wskazała.
Pod lampką stał słoiczek. W słoiczku migały… iskierki? Hania przybliżyła twarz. To nie były prawdziwe iskry, raczej drobne, złote kuleczki jak pyłek z bajki.
—To brokat — stwierdził Franek, który znał się na błyskotkach jak nikt. — Ale wygląda jak magia.
Hania otworzyła słoiczek i powąchała. Pachniało cytryną i czymś, co przypominało śmiech. Na wieczku była naklejka: mała czapka.
—Wskazówka numer cztery! — powiedziała. — Czapka… ale czyja?
Wtedy wiatr poruszył gałązkami jabłonki, a z liści spadł na trawę jeden biały płatek, choć przecież jeszcze nie było tylu kwiatów. Płatek wylądował prosto na mapie Hani, jak pieczątka.
—Ogród nam pomaga — szepnęła Hania.
—Albo żartuje — dodał Franek.
—Najlepsza magia to taka, co ma poczucie humoru — odpowiedziała Hania i ruszyła dalej.
Rozdział 3: Mała magiczna przygoda
Czapka na naklejce wyglądała jak kapelusz, taki z szerokim rondem. Hania poczuła, że to nie będzie zwykła wskazówka w stylu „pod doniczką”. To będzie coś bardziej… fikuśnego.
—Kapelusz… kapelusz… — mruczała, idąc wzdłuż rabatki. — W ogrodzie kapelusze nie rosną.
Franek podskoczył.
—Rosną! Babcia mówiła, że grzyby to takie kapelusze.
Hania roześmiała się.
—Masz rację! Ale teraz nie mamy grzybów, tylko Wielkanoc.
Nagle zza domku na narzędzia wyskoczył cień. Hania aż przystanęła, ale tylko na chwilę, bo cień był… długi jak wstążka i wcale nie straszny. To był zajączek z tektury na patyku, którego ktoś przesunął na sznurku. Zajączek kiwał łapką, jakby zapraszał.
—O! — Franek zrobił minę, jakby zobaczył lody w lutym. — On nas prowadzi!
Zajączek zatrzymał się przy małej ścieżce z kamyków, która prowadziła do jabłonki. A tam, na gałęzi, wisiała wstążka w paski: żółte, różowe i zielone. Na końcu wstążki przyczepiony był miniaturowy dzwoneczek. Dzwoneczek zadzwonił, kiedy Hania go dotknęła.
—Dzyń! To jak sygnał startu! — ucieszył się Franek.
Na wstążce wisiała kolejna karteczka:
„Szukaj tam, gdzie śmiech ma echo”.
—Echo… — Hania spojrzała na taras, potem na altankę, aż w końcu na stary, metalowy kubełek na deszczówkę. Kiedy się w niego mówiło, głos robił się śmieszny i wracał.
Hania pochyliła się nad kubełkiem i powiedziała:
—Halo, halo, Wielkanoc!
Kubełek odpowiedział jej cienkim głosikiem:
—Noc, noc, noc!
Franek parsknął.
—To brzmi jak kaczątko, które uczy się mówić!
Hania zajrzała do środka. Na dnie leżało jajko-niespodzianka, plastikowe, a obok mały rulonik papieru. Wyjęła rulonik i rozwinęła. Był tam rysunek… kapelusza. Tym razem bardzo wyraźny. A pod spodem strzałka w górę.
—W górę? — Hania uniosła głowę.
Nad nią rozciągały się gałęzie jabłonki. Między nimi, na cienkim sznurku, coś wisiało i delikatnie kołysało się na wietrze.
—Kapelusz! — krzyknął Franek. — Prawdziwy!
To był kapelusz: słomkowy, z granatową wstążką. Wisiał sobie spokojnie, jakby był ptakiem, który postanowił być kapeluszem. A pod rondem połyskiwało coś kolorowego.
Hania poczuła lekkie łaskotanie w brzuchu. Nie strach, tylko ekscytację. Jak przed otwarciem prezentu, o którym się nie wiedziało.
—Jak go zdejmę? — zastanowiła się.
Wtedy zajączek z tektury znów kiwnął łapką, a wiatr poruszył sznurkiem tak, że kapelusz opuścił się odrobinę, jakby pomagał.
—Ogród naprawdę ma poczucie humoru — szepnęła Hania.
Tata w końcu wyszedł na taras i udawał, że przypadkiem znalazł się w pobliżu.
—Jeśli chcesz, mogę… zupełnie przypadkiem… podstawić krzesełko.
—Tato, ty wiesz! — Hania zmrużyła oczy.
—Ja tylko lubię krzesła — odpowiedział niewinnie.
Mama też wyszła i trzymała aparat.
—To jest ten moment, prawda?
Hania weszła na krzesełko, ostrożnie sięgnęła i zdjęła kapelusz z gałęzi. Był lekki i pachniał słońcem. A w środku… była mała paczuszka owinięta w papier w pisanki oraz kilka czekoladowych jajek, ułożonych jak skarb.
Franek wydał z siebie dźwięk zachwytu, coś między „ooo” a „mniam”.
—Pomocnik sprawdza: nie zjedzone! Sukces!
Rozdział 4: Kapelusz na końcu tęczy
Hania usiadła na trawie z kapeluszem na kolanach. Wszyscy zbliżyli się, jakby kapelusz był sceną w teatrze.
—Otwieraj — zachęciła mama.
Hania rozwinęła paczuszkę. W środku była mała książeczka-zeszyt z czystymi kartkami i naklejkami w kształcie jajek, zajączków i kurczaczków. Na pierwszej stronie widniał napis: „Mapa Wskazówek Hani”.
—To… dla mnie? — zapytała, choć już wiedziała.
Tata pokiwał głową.
—Bo robisz najlepsze mapy. A najlepsze mapy prowadzą do śmiechu.
Hania przytuliła zeszyt.
—To ja będę robić mapy przez cały rok! Nawet na urodziny Franka!
Franek klasnął.
—Na moje urodziny mapa może prowadzić do tortu.
—To uczciwe — zgodziła się Hania. — Tylko będą też wskazówki w kształcie… naleśników.
Mama roześmiała się.
—Wielkanoc u was zawsze kończy się planami na następne przygody.
Hania włożyła kapelusz na głowę. Był trochę za duży, opadł jej na jedno ucho. Wyglądała jak poważna pani odkrywczyni, która właśnie zgubiła powagę w kieszeni.
—Jak wyglądam? — zapytała, udając, że przemawia do tłumu.
—Jak kapitan Jajkowej Ekspedycji! — zawołał Franek.
—I jak ktoś, kto ma brokat w kieszeni — dodał tata, bo złoty pyłek ze słoiczka przykleił się Hani do palców i teraz błyszczał na wstążce kapelusza.
Hania spojrzała na swoje dłonie.
—To taka magia, co zostaje na chwilę, żeby przypomnieć, że było wesoło.
Usiedli razem na kocu. Mama wyjęła małe kanapki, a tata rozdał po jednym czekoladowym jajku „na spróbowanie”, bo polowanie już się udało. Franek próbował zjeść swoje tak wolno, jakby to było zadanie dla mistrza.
—Haniu — powiedział tata, udając bardzo mądry głos — czy twoja mapa czegoś nas nauczyła?
Hania zastanowiła się, skubiąc trawę.
—Że wskazówki mogą być śmieszne. I że jak się szuka razem, to nawet kubełek umie się śmiać.
Franek dodał:
—I że pomocnik jest ważny!
Mama przytaknęła.
—A humor pomaga, kiedy coś jest nieznane. Zamiast się martwić, można zapytać, pośmiać się i iść dalej.
Hania spojrzała na jabłonkę, na której jeszcze chwilę temu wisiał kapelusz. Teraz na sznurku kołysała się tylko wstążka i dzwoneczek. Dzwonił cichutko, jakby mówił: „Wróć tu kiedyś”.
—W przyszłym roku — obiecała Hania. — Zrobię mapę taką, że nawet zajączek będzie musiał nosić okulary, żeby ją odczytać.
—A ja będę jego pomocnikiem! — zawołał Franek.
—Nie ma mowy — roześmiała się Hania. — Ty będziesz moim zastępcą kapitana.
Słońce przesuwało się powoli po niebie, a ogród mienił się kolorami: jakby ktoś rozsypał po trawie garść pisanek i jeszcze dorzucił trochę śmiechu. Hania dotknęła ronda kapelusza i poczuła, że ten dzień ma w sobie coś lekkiego jak wstążka, co unosi się na wietrze.
I kiedy wracali do domu, kapelusz znów na chwilę zawisł—tym razem na wieszaku w przedpokoju. Kołysał się delikatnie, jakby nadal był częścią zagadki. Hania spojrzała na niego i powiedziała szeptem:
—Dziękuję za przygodę.
A kapelusz, jeśli dobrze się wsłuchać, odpowiedział cichutkim dzyń-dzyń, jak najweselsze wielkanocne „do zobaczenia”.