Rozruch w ramie
Kuba obudził się nie w swoim łóżku, lecz na miękkiej plamie niebieskiej farby. Rozejrzał się — wokół rozciągał się olbrzymi obraz: drzewa z pędzlem zamiast gałęzi, chleb z krojami jak chmurki i niebo, które mrugało jak przyjaźnie namalowane oko. Kuba miał na sobie czerwony sweter zmniejszony do rozmiaru kółka i skarpety, które świeciły jak kredki.
— Gdzie jestem? — mruknął, podnosząc palec i zostawiając ślad. — Czy to muzeum, czy… kanwa?
Nagle nad jego głową pojawił się podpis na przemalowanej ramie: WYZWANIE DLA NIEZŁOMNYCH. Obok przyklejona karteczka drżała: "Przejdź przez obraz, znajdź klucz, otwórz Ramę i wróć do domu. Powodzenia!" Kuba, twardy jak gumka w ołówku, postanowił, że nie podda się pierwszemu napisowi.
Podniósł się, otrzepał farbę z kolan i ruszył przed siebie. Pierwszym zadaniem był most z makaronu. Makaron skrzypiał pod stopami, a obok stała grupa uśmiechniętych brokułów w kapeluszach.
— Most niby kruchy, ale wygląda smacznie — zaśmiał się Kuba i przeszedł, zostawiając za sobą okruchy żartów. Gdy tylko stanął po drugiej stronie, usłyszał cichy szept: „Pomyśl i nie spiesz się”. Kuba wzruszył ramionami. Przecież był uparty i szybki — to mu pomoże.
Ślizgawka z bananów
Za sklepieniem obrazu rozciągała się ogromna zjeżdżalnia z połówek banana, błyszcząca i bardzo śliska. Na dole czekały dwie wieżyczki z muffinek, a między nimi skakała żaba grająca na trąbce. Obok żaby leżała mapa, ale była malowana na chmurze, więc co chwila zmieniała kształty.
— Trzeba zjechać — postanowił Kuba. — Kto nie ryzykuje, ten nie wróci do domu!
Zsunął się raz, potem drugi. Na drugim zjeździe wpadł w rozbryzg śmiesznych myśli: zamiast stracić równowagę, obrócił się w powietrzu i wylądował jakby na nartach — czyli na długiej skórce od banana. Publiczność z muffinek klasnęła (muffinki potrafią klaskać swoimi papilotkami). Jednak przy trzecim zjeździe banan zaczął się rolować w kierunku gigantycznego kocyka-malowidła, który był jak wir.
Kuba zawahał się. Skręcić czy skakać? Postanowił spróbować skoku na trzy ruchy: rozbieg, świst i zamach kolanem. Skoczył i… upadł na plecy pośrodku wirującego kocyka. Śmiech rozszedł się po obrazie — nie złośliwy, tylko dobrotliwy. Kuba śmiał się razem. Popełnianie błędów było tu równie naturalne jak plamki farby.
— To też sposób — powiedział, otrzepując się i zauważając drobny szczegół: jedna z połówek banana miała napisane maleńkie literki: "Odbij w prawo". Kuba zaczął patrzeć uważniej — szczegóły mogły być tajnymi wskazówkami.
Tango z pędzelkami
Na środku obrazu rozłożyła się scena z tańczącymi pędzelkami. Miały nogi jak wykałaczki i oberwany wąs piórkowy. Stały w rzędzie i wykonywały skomplikowane kroki: „tap, tap, pociągnięcie, zawijasa”. Pomiędzy nimi prześlizgiwała się zapasowa farba, która zmieniała kolory w zależności od kroków.
— Aby przejść, trzeba zatańczyć z pędzelkami — powiedziała jedna, drapiąc się za kołnierzem.
Kuba nie potrafił tańczyć. Jego ruchy przypominały wiatrak zagubiony w garażu. Zaczął kręcić się niezdarnie i natychmiast pędzelki pomyliły się i zaczęły robić figury w odwrotną stronę. Nagle farba zamieniła się w kłębki chichotu i zaczęła delikatnie podtrzymywać Kubę, jakby mówiła: "Możesz się pomylić, my ci pomożemy".
Zrobił więc coś innego: przestał się uczyć kroków i zaczął opowiadać pędzelkom dowcipy o królach, co malują chmury kredkami. Pędzelki, rozbawione, zaczęły mu odpowiadać rytmem: „tap-haa, tap-hee!”. W ten sposób Kuba i pędzelki wymyślili nowy taniec — Pomylanko, idealny dla tych, co łatwo się potykają. Gdy ostatni zakręt został wykonany, przed nimi pojawił się cienki pasek białej ramy z maleńką dziurką. To był zaczep.
— Ktoś zostawia ślady — zauważył Kuba, a ślad prowadził do małej nóżki od obrazu, tam gdzie w kącie wisiał ramkowy zamek.
Klucz z niespodzianką i pauza
Ostatnie wyzwanie: znaleźć klucz wśród całego bajeru malarskiego. Kuba przeglądał chmury z waty cukrowej, przesadzał marchewki-światła i rozmawiał z wilgocią farby, która przypominała mu opowieści babci. W pewnej chwili zauważył, że jedna z chmurek miała wyraźne oczko — mały guziczek jak z kurtki pędzla. Kiedy go nacisnął, z chmurki wyskoczyła miniaturowa kaczuszka z koroną i w dziobie trzymała... klucz zrobiony z czekolady!
— To chyba nie jest trwały klucz — powiedział Kuba i zasmucił się na moment. Przecież klucz z czekolady rozpuści się w zamku!
Kaczuszka zakaszlała: — Spróbuj najpierw posmarować zamek miodem. Czekolada wtedy przyczepi się i stwardnieje.
Kuba zrobił dokładnie tak. Pomazał zamek kawałkiem słonecznika z obrazu, poczekał chwilę, przyłożył czekoladowy klucz i... zamkowy zamek zaczął śpiewać i tupać jak stary kot. Klucz wślizgnął się i zaskrzypiał. Rama pomału zaczęła się otwierać jak wielkie drzwi od kredkowej stodoły.
Zanim jednak wypadłby na zewnątrz, Kuba usiadł przy krawędzi ramy i spojrzał jeszcze raz na obraz. Wszystkie postacie uśmiechały się do niego: brokuły, muffinki, pędzelki, żaba z trąbką i mała kaczuszka. Poczuł ciepło w sercu — nie ze zwycięstwa, ale z samej zabawy, z błędów, z tych śmiesznych prób, które doprowadziły do celu.
— Chwila przerwy — powiedział głośno. — Mam prawo się potknąć.
Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i poczuł jak malarskie słońce muśnięło mu nos. Rama otworzyła się szerzej. Kiedy wyszedł, spojrzał raz jeszcze na obraz i przysiadł. Chciał zapamiętać ten moment: śmiech, błąd, spryt, i wszystko to, co było po drodze. Uśmiechnął się szeroko i wygodnie rozłożył się na progu.
Kaczuszka podskoczyła na skraju ramy, pędzelki zatańczyły jeszcze jedną nutę, a w powietrzu zawisła przyjemna, złocista pauza. Kuba zamknął oczy i pomyślał, że prawo do błędu to najlepszy bilet powrotny do domu.