Poranek przy baobabie
W wiosce pod szerokim baobabem mieszkał młodzieniec Kofi. Miał oczy jak ciepłe węgle i serce jak miska mleka. Słońce było okrągłe jak mango. Bęben mówił: stuk, stuk, stuk. Wiatr szeptał: szu, szu, szu.
Kofi lubił słuchać wiatru. Siedział w cieniu drzewa. Słuchał liści. Słyszał, jak liście śmieją się cicho. Kofi miał ciche życzenie. Chciał nazwać wiatr. Chciał nadać mu imię, miękkie jak piórko.
Pewnego ranka starszy Baba Musa poprosił Kofiego o pomoc. Dał mu kalabasę z ziarnem. Powiedział: „Zanieś to do ciotki Ayo.” Kofi skinął głową. „Zaniosę” – powiedział spokojnie.
Droga była ciepła i złota. Piach śpiewał pod stopami. Ptaki klaskały skrzydłami. Wiatr tańczył wokół kostek.
Wędrówka z wiatrem
Kofi szedł i szedł. Nagle zobaczył na ziemi małą, błyszczącą muszlę. Była jak księżyc w dzień. Podniósł ją. Muszla była piękna. Pachniała morzem, choć morze było daleko.
„Zostawić czy wziąć?” – wyszeptał. Wiatr dmuchnął w ucho: szu, szu. Kofi przypomniał sobie słowa Babi Musy. Ziarno musi dotrzeć do ciotki Ayo. Serce Kofiego było proste jak ścieżka.
„Oddam ją właścicielowi” – powiedział do baobabu. „Najpierw ziarno.”
Kofi dotarł do domu ciotki Ayo. Podał kalabasę. „Oto ziarno” – powiedział. Ciotka Ayo uśmiechnęła się szeroko. „Dziękuję, synku.” Bęben w wiosce znów powiedział: stuk, stuk, stuk.
Kofi wrócił do baobabu. Mężczyzna z niebieskim szalem, rybak z dalekiej rzeki, szukał czegoś w piasku. „Zgubiłem muszlę dla córki” – powiedział. Głos miał lekko smutny.
Kofi wyciągnął muszlę. „Znalazłem ją” – powiedział cicho. Rybak uśmiechnął się jak poranek. „Dziękuję za prawdę, synu.” Wiatr zawiał radośnie.
Imię dla wiatru
Wieczorem pod baobabem zebrała się wioska. Iskry ogniska tańczyły jak małe świetliki. Baba Musa spojrzał na Kofiego. „Twoje serce mówi prosto. Twoja mowa jest czysta. Wybierz dar.”
Kofi spojrzał w ciemne niebo. Słuchał. Liście szeptały, ogień mrugał, bęben nucił. Wiatr tulił policzki. „Chcę nadać imię wiatrowi” – wyszeptał.
„Słuchaj więc” – rzekł Baba Musa.
Kofi zamknął oczy. Usłyszał śmiech dzieci. Usłyszał mruczenie rzeki. Usłyszał ciche „dziękuję” rybaka. Wiatr uniósł kurz jak lekką chustę.
„Nazwę go Śmiejący Szu” – powiedział Kofi. „Bo niesie uśmiech i mówi szu, szu.”
Wioska klasnęła. „Śmiejący Szu!” Bęben potwierdził: stuk, stuk, stuk. Wiatr zatańczył wokół baobabu i przytulił wszystkich, łagodnie, jasno.
Tej nocy księżyc był jak biała kalabasa. Kofi zasnął spokojnie. Wiedział, że szczerość jest jak woda w dzbanie. Czyści gardło i gasi pragnienie. A wiatr z nowym imieniem szeptał nad dachem: „Śmiejący Szu.”
Rano Kofi wstał lekko. Zrobił krok naprzód, prosty jak ścieżka. Krok w stronę jutra, razem z wiatrem, co śmiał się cicho: szu, szu, szu.