Początek: Zaproszenie pod Księżycową Jarzębiną
W lesie, gdzie mchy były miękkie jak poduszki, a strumień nucił srebrną piosenkę, mieszkał kruk o imieniu Krukon. Miał pióra czarne jak nocna peleryna i oczy błyszczące jak dwa guziki od płaszcza. Był mądry, ale… bardzo niezdarny. Potrafił wylądować na gałęzi tak, że gałąź udawała trąbkę: „PRRRT!”, a on zsuwał się jak śliwka z talerza.
Pewnego poranka wiatr przyniósł list. Nie był to zwykły list, tylko liść brzozy zapisany złotym pyłkiem. Krukon przeczytał na głos:
– „Zapraszamy na Wielką Leśną Ucztę pod Księżycową Jarzębiną. Będą tańce świetlików i tort z jagód!”
Krukon aż podskoczył. Podskoczył tak mocno, że pacnął dziobem w pień.
– Au! – jęknął. – Ale ja bardzo chcę tam być.
Po chwili, spod korzenia, wysunęła się mrówka. Malutka jak kropka atramentu, a jednak stała prosto i pewnie, jakby była generałem.
– Nazywam się Mrówka Mira – powiedziała. – Słyszałam twoje „au”. Co się stało?
– Chcę iść na ucztę, Miro – westchnął Krukon. – Tylko ja… wszystko mi wypada. Nawet własne myśli czasem.
Mira poruszyła czułkami, jakby głaskała powietrze.
– To nic. Mądrość bywa cicha. Nie krzyczy, tylko pokazuje drogę. Pójdę z tobą. Razem będzie łatwiej.
Krukon uśmiechnął się nieśmiało.
– Tylko… jak mrówka pomoże krukowi?
– Spokojnie – odparła Mira. – Duże kroki też potrzebują małych wskazówek.
Środek: Trzy próby i jedno przewrócenie
Wyruszyli. Las był jak bajkowy dywan: tu zielony, tam złoty, a dalej czerwony od muchomorów, które stały jak małe parasole. Krukon szedł dumnie, ale co chwila potykał się o własne łapy.
– Uważaj na korzeń! – zawołała Mira.
Krukon uważnie popatrzył… i potknął się o kamień obok.
– To ja… patrzę w złą stronę – mruknął.
Pierwsza próba przyszła szybko. Na drodze leżała kałuża wielka jak lustro. Ktoś rozlał niebo na ziemię. Krukon chciał przefrunąć nad nią, lecz zawiał wiatr i pióra zatańczyły jak chorągiewki.
– Polecę! – zawołał.
– Najpierw oddech – powiedziała Mira spokojnie. – Jeden, drugi… i dopiero potem.
Krukon wziął oddech, ale… kichnął.
– Apsik! – i pac! Wylądował w kałuży. Woda chlapnęła, a on wyglądał jak czarny pieróg w kompocie.
Mira nie śmiała się złośliwie. Uśmiechnęła się ciepło.
– Widzisz? Kałuża nie jest wrogiem. To tylko mokra nauka. Otrzep się powoli.
Krukon otrzepał pióra. Kropelki pospadały jak małe perły.
– Powoli… – powtórzył. – To trudne, ale spróbuję.
Druga próba była cichsza. W gęstych paprociach zgubili ścieżkę. Zrobiło się półmrokowo, jakby ktoś przykrył las zieloną kołdrą.
– Ja chyba źle skręciłem – przyznał Krukon.
– Nie „chyba” – odparła Mira łagodnie. – Po prostu skręciłeś. I to nie koniec świata. Zatrzymajmy się.
Usiedli na pniu. Mrówka położyła łapkę na korze, jak lekarz na pulsie.
– Słuchaj – szepnęła. – Las mówi. Strumień jest po lewej. Gdzie strumień, tam ścieżka.
Krukon nadstawił ucho. Rzeczywiście: słychać było „plum, plum”, jak gdyby ktoś mieszał zupę w garnku.
– To działa! – zawołał.
– Cicha mądrość – przypomniała Mira. – Ona lubi szept.
Trzecia próba przyszła tuż przed polaną z jarzębiną. Na gałęzi wisiał wianek z czerwonych owoców – wejściówka na ucztę. Pilnowała go wiewiórka w czapeczce z żołędzia.
– Hasło? – spytała.
Krukon wyprostował się, chciał brzmieć jak trąba królewska.
– Hasło… eee… – i w tej samej chwili wpadł na własny ogon. Zakręcił się i zsunął z kamienia jak zjeżdżalnia.
Wiewiórka zrobiła wielkie oczy.
– Ojej. To jakiś taniec?
Krukon zaczerwienił się pod piórami, co jest trudne, ale możliwe.
– To… moja niezdarność – bąknął.
Mira wyszła naprzód, mała, lecz odważna.
– Hasło brzmi: „Serdeczność” – powiedziała. – Bo na ucztę wpuszcza się tych, co mają dobre serce, nawet jeśli potykają się o cień.
Wiewiórka parsknęła śmiechem, ale przyjaźnie.
– Serdeczność! Zgadza się. Wchodźcie!
Koniec: Uczta i uśmiech losu
Polana lśniła jak sala balowa. Jarzębina stała pośrodku, a jej owoce świeciły jak rubiny. Świetliki krążyły w kółko, robiąc lampki jak w bajce. Jeleń grał na liściu jak na flecie, a zając roznosił jagodowy sok w żołędziowych kubkach.
Krukon wszedł niepewnie.
– Zaraz coś przewrócę – szepnął.
– Możesz przewrócić… lęk – odparła Mira. – Resztę podniesiemy.
I rzeczywiście: Krukon niósł tacę z jagodowymi ciasteczkami. Zrobił krok, drugi… a taca przechyliła się jak łódka w falach.
– O nie! – kruk zamarł.
Wtedy stało się coś jak czar. Mira, szybka jak myśl, wspięła się na brzeg tacy i przesunęła jedno ciasteczko, drugie, jakby ustawiała kamyczki w równą wieżę. Krukon zwolnił, oddychał spokojnie. Taca się wyrównała.
– Udało się! – wyszeptał.
Obok stała sowa, najstarsza w lesie, z piórami jak stara księga.
– Widziałam – powiedziała. – Ten, kto umie iść powoli, potrafi dojść daleko. A kto przyjmuje pomoc, ten jest naprawdę odważny.
Krukon popatrzył na Mirę.
– Dziękuję. Bez ciebie byłbym jak latawiec bez sznurka.
Mrówka poprawiła się na jego skrzydle, jakby to było najwygodniejsze krzesło świata.
– A bez ciebie nie zobaczyłabym uczty z tak wysokiego miejsca. Przyjaźń to most: raz ktoś niesie, raz ktoś prowadzi.
Nadeszła pora tańca. Świetliki zawirowały, a zwierzęta klaskały łapkami. Krukon chciał zatańczyć, lecz bał się, że znów się potknie.
– Spróbuj – szepnęła Mira. – Jeśli upadniesz, wstaniesz. A ja będę obok.
Krukon zrobił pierwszy krok. Potknął się… ale tym razem nie o siebie, tylko o mały kamyk. I właśnie wtedy wiatr dmuchnął tak, że jego skrzydło wykonało piękny obrót. Wyszło z tego śmieszne, lecz urocze piruety. Zwierzęta zaczęły naśladować go z radością.
– To „Taniec Krukona”! – zawołał zając.
– Najlepszy na świecie! – pisnęła myszka.
Krukon roześmiał się głośno. Niezdarność, która dotąd była ciężkim kamieniem, stała się lekkim piórkiem. A los, jakby siedział w gałęziach jarzębiny, uśmiechnął się do niego cichutko: w tym, co krzywe, też może mieszkać piękno.
Gdy księżyc zawisł jak srebrna miska nad polaną, Krukon pochylił się do Miry.
– Wiesz, czego się dziś nauczyłem?
– Czego? – zapytała.
– Że nie muszę być idealny, żeby być mile widziany. Wystarczy spokojne serce i ktoś obok.
Mira skinęła czułkami.
– A ja się nauczyłam, że nawet duże skrzydła potrzebują małej mądrości. I że najcichsza odwaga potrafi rozświetlić noc.
I tak wracali później przez las, który mruczał kołysankę. Krukon szedł wolniej niż zwykle, ale pewniej. A nad nimi gwiazdy mrugały, jakby też brały udział w uczcie, i obiecywały, że jutro znów można spróbować — spokojnie, mądrze, razem.