Trwa ładowanie...
Bajka o księżniczce i księciu 11-12 lat Czytanie 19 min.

Książę Oskar i tajemnica Lustrzanej Wody

Książę Oskar, skrywający pragnienie prostego uśmiechu, wraz z mówiącą rybką Skrą wyrusza po trzy odłamki z Lustrzanej Wody, by stawić czoła Panu Nadmiarowi i uratować królestwo przed zgubnym „jeszcze więcej”.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Książę Oskar, chłopiec o łagodnej skoncentrowanej twarzy i lekko kręconych czarnych włosach, w prostym królewskim niebieskim ubraniu z małą srebrną broszką, klęczy nad srebrzystym strumieniem i delikatnie kładzie trzy małe odłamki lustra na wodzie; obok na powierzchni pływa posrebrzony rybek Skra, figlarny i przyjazny, rozpryskując wodę; w tle po drugiej stronie brzegu stoi dumny i życzliwy stary król w purpurowej szacie, obok niego zaskoczony kanclerz w ciemnym ubraniu; za nimi grupa wieśniaków — dorośli i dzieci w ciepłych strojach — obserwuje scenę; miejsce: przejrzysty, lustrzany strumień otoczony wierzbami o zielonkawych gałęziach, stary drewniany most po lewej, trawy i świetliki, poranny pastelowy nieboskłon; sytuacja: podczas festiwalu książę symbolicznie naprawia „lustro wody”, woda zaczyna się wygładzać i migotać, atmosfera pełna ulgi i łagodności, srebrzyste refleksy. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział I: Książę, który chował uśmiech

W Królestwie Srebrnych Strumieni woda nie płynęła — ona szeptała. Zawracała w małych wirach jakby rozmyślała, muskała kamienie jak palce harfistki, a nocą błyszczała tak, jakby ktoś rozsypał w niej opiłki księżyca. Nad brzegami pochylały się wierzby, długowłose i cierpliwe, a pomiędzy nimi ciągnęły się pomosty — drewniane kładki, które trzeszczały starą, dobrą prawdą.

W tym królestwie żył książę imieniem Oskar. Miał czarne włosy, oczy uważne jak latarnia w mglistą noc i serce, które lubiło ważyć sprawy jak jubiler klejnoty. Na dworze mówiono, że jest „rozsądny ponad wiek”. On sam wolał słowo „ostrożny”.

Oskar miał jednak sekret, którego nie zdradził nawet portretom w sali tronowej: marzył, by móc po prostu… uśmiechać się. Nie uśmiechać się „stosownie”, „dworsko” czy „z obowiązku”. Tylko tak, jak uśmiechają się dzieci, kiedy znajdują ciepły kamień w zimnej wodzie — bez planu, bez powodu, bez pytań.

Tymczasem w pałacu trwały przygotowania do Święta Lustrzanej Wody. Tego dnia każdy mieszkaniec miał podejść do największego strumienia i spojrzeć w jego powierzchnię, aby zobaczyć „prawdziwe oblicze swojego serca”. Dworzanie szeptali, że książę powinien wypaść nienagannie: proste plecy, pewny wzrok, godność jak płaszcz z gronostajów.

— Wasza Wysokość — odezwał się kanclerz Witosz, człowiek o brodzie tak sztywnej, jakby składała się z regulaminu. — Na święcie nie wypada okazywać… zbyt wielu emocji.

— Zbyt wielu? — powtórzył Oskar, przekrzywiając głowę.

— Uśmiech, na przykład — dodał kanclerz, jakby mówił o rozlanej zupie.

Książę skinął grzecznie, a w środku poczuł, jak jego mały, ukryty uśmiech cofa się o krok, jak nieśmiały lis do nory.

Po południu wymknął się z pałacu. Lubił te chwile, gdy nie musiał być „wzorcem”, tylko wędrowcem. Poszedł w stronę rzek i pomostów, gdzie wierzby czesały wodę swoimi zielonymi palcami.

Na jednym z pomostów usiadł i wpatrzył się w strumień. Woda miała dziś kolor rozcieńczonego srebra, a w niej pływały drobne iskierki — jakby ktoś rozsypał gwiezdny cukier.

— Dlaczego tak trudno jest być po prostu… radosnym? — szepnął, bardziej do wody niż do siebie.

W odpowiedzi strumień zachichotał cichym pluskiem. A potem stało się coś, czego książę się nie spodziewał: z wody wyskoczyła mała rybka, błyszcząca jak guzik z królewskiego munduru, i przemówiła ludzkim głosem.

— Bo trzymasz radość w kieszeni, a kieszenie są od spodni, nie od serca.

Oskar aż odsunął się na desce pomostu.

— Ty… mówisz?

— W tym królestwie wiele rzeczy mówi, tylko nie wszyscy słuchają — odparła rybka. — A ja mam imię: Skra.

Książę popatrzył na nią jak na zagadkę.

— Skra… Dlaczego do mnie mówisz?

— Bo widzę w tobie uśmiech, który nie ma gdzie usiąść — powiedziała rybka i zakręciła ogonem, rozcinając wodę jak pióro atrament. — A poza tym… potrzebuję pomocy.

Rozdział II: Tajemnica rozbitego lustra

Skra podpłynęła bliżej pomostu, a woda wokół niej zadrżała, jakby słuchała.

— Wiesz, czym jest Lustrzana Woda? — zapytała.

— Świętem. Tradycją. Odbiciem serca — odpowiedział Oskar, jakby recytował z księgi dworskiej.

— To prawda, ale nie cała — odparła Skra. — Lustrzana Woda to także prawdziwe lustro, ukryte w strumieniu. Dawno temu czarodzieje wpletli w nurt kryształową płytę, by uczyć ludzi umiaru. Kto chciał za dużo, widział w wodzie własną zachłanność. Kto brał tyle, ile trzeba, widział spokój.

— Umiar… — powtórzył książę. Słowo brzmiało jak dobrze dopasowany pas: nie uciska, ale trzyma.

— Tyle że lustro pękło — szepnęła rybka. — Nie rozbiło się na drobne kawałki. Pękło jak serce, kiedy ktoś chce wszystko naraz. A pęknięcie rośnie. Jeśli do święta nie zostanie naprawione, ludzie zobaczą w wodzie nie siebie, tylko… cudze pragnienia. Zazdrość jak dym. Chciwość jak lepki miód. I królestwo może się pokłócić o rzeczy, których nawet nie potrzebuje.

Oskar poczuł, jak robi mu się chłodno.

— Kto to zrobił?

Skra spojrzała na niego z powagą, jaką czasem mają najmniejsze stworzenia.

— Nazywają go Pan Nadmiar. Nie jest smokiem ani królem. To raczej cień, który rośnie, gdy ludzie przesadzają. Gdy ktoś mówi: „Jeszcze jeden”. „Jeszcze więcej”. „Jeszcze trochę, choć nie muszę”.

— Cień… — Oskar zerknął na własne odbicie w wodzie. — Jak można walczyć z cieniem?

— Nie mieczem — odpowiedziała Skra. — Uważnością. I odwagą mniejszą niż fanfary, ale większą niż strach. Musisz znaleźć trzy odłamki lustra. Są ukryte w miejscach, gdzie umiar jest wystawiany na próbę.

Książę otworzył usta, by powiedzieć „to zbyt wiele”, lecz w tej samej chwili pomyślał o swoim sekretnym marzeniu. O tym, że radość nie jest nagrodą za perfekcję. Jest światłem, które chce świecić.

— Pójdę — powiedział. — Tylko… jak?

Skra parsknęła wesoło, chlapiąc go kroplą.

— Na początek przestań mówić jak kronikarz. A potem chodź. Znam przejścia między strumieniami. Są pomosty, które prowadzą dalej, niż wygląda.

Oskar roześmiał się krótko, odruchowo. Szybko spoważniał, jakby złapał się na czymś nieprzyzwoitym, ale Skra spojrzała na niego z triumfem.

— No! Widzisz? Uśmiech umie pływać.

Książę wziął płaszcz, poprawił sprzączkę i ruszył wzdłuż brzegu. Wierzby szeleściły, jakby życzyły mu powodzenia, a pomosty pod stopami brzmiały jak stary bęben, który pamięta pieśni o odważnych.

Rozdział III: Łąka Złotych Jagód

Pierwszy odłamek, według Skry, znajdował się na Łące Złotych Jagód. Było to miejsce piękne i zdradliwe: rosły tam krzaki, na których wisiały jagody jak małe słońca. Pachniały tak, że człowiekowi ślina zbierała się pod językiem od samego patrzenia.

— Uwaga — ostrzegła Skra, płynąc równolegle w strumieniu. — Jagody spełniają zachcianki. Ale zawsze pytają o cenę.

Oskar wszedł na łąkę. Trawa była miękka jak dywan w sali balowej, a powietrze brzęczało słodyczą. Na środku stał kamień z wyrytym napisem: „Bierz, ile chcesz”.

— To brzmi… podejrzanie — mruknął książę.

Z krzaków wysunęła się postać: mały, krępy skrzat w kapeluszu, który wyglądał jak odwrócona miska.

— Witaj, Wasza Wysokość! — skrzat ukłonił się tak nisko, że aż dotknął czołem ziemi. — Jestem Jagodnik, opiekun łąki. Proszę, częstuj się! Weź pełne garście. Weź kosz. Weź wór! Nikt tu nie liczy!

— A gdzie haczyk? — zapytał Oskar.

Jagodnik zrobił minę urażonego.

— Haczyk? Ach, wy ludzie zawsze szukacie haczyków. To tylko jagody.

Skra wynurzyła się z wody obok łąki.

— Tylko jagody, które robią z „dość” słowo zakazane — syknęła.

Jagodnik uśmiechnął się szeroko.

— A co złego w „więcej”? „Więcej” to przecież radość.

Oskar patrzył na jagody. Myślał o tym, jak czasem na dworze biorą „więcej”: więcej tytułów, więcej sukna, więcej pochwał. A potem kłócą się o to, kto dostał grubszy kawałek.

Podszedł do krzaka. Jedna jagoda błyszczała inaczej — w jej skórce mignęło coś jak odbicie szkła. Oskar zrozumiał, że to odłamek lustra.

Wyciągnął dłoń, ale zapach był tak kuszący, że w głowie pojawił się obraz: stół pełen przysmaków, wszyscy biją mu brawo, a on je i je, i jest najważniejszy. W tej wizji uśmiech miał kształt szerokiej maski.

— Weź! — zachęcał Jagodnik. — Weź dziesięć! Sto! Będziesz szczęśliwy!

Oskar zamknął oczy. Przypomniał sobie swój sekret: „uśmiechnąć się po prostu”. Nie „być naj”. Nie „mieć wszystko”. Tylko poczuć lekkość.

Otworzył oczy i powiedział spokojnie:

— Wezmę jedną.

Jagodnik zamrugał, jakby usłyszał coś nieprzyzwoicie rozsądnego.

— Jedną? Ale… po co tak mało?

— Bo chcę ją naprawdę poczuć — odpowiedział Oskar. — Jeśli wezmę za dużo, smak przestanie być smakiem. Zrobi się hałasem.

Wziął jedną jagodę — tę z błyskiem szkła — i delikatnie ją zerwał. W dłoni został mu chłodny odłamek kryształu, cienki jak łza.

Jagodnik syknął. Jego uśmiech skurczył się jak balon bez powietrza.

— Psujesz zabawę, książę.

— Nie psuję. Uczę się — odparł Oskar.

Skra zaklaskała płetwą o wodę.

— Pierwszy odłamek jest twój. A smak jednej jagody będzie cię pamiętał dłużej niż pełny wór.

Oskar spróbował jagody. Była słodka, ale nie mdła — jak dobra piosenka, która kończy się w odpowiednim momencie.

Kiedy odchodzili, wiatr poruszył wierzbami na skraju łąki. Jakby same drzewa szeptały: „Dość to też czar”.

Rozdział IV: Most, który chciał być pałacem

Drugiego odłamka mieli szukać przy Moście Siedmiu Przęseł. Był stary, piękny i drewniany, z poręczami wygładzonymi dłoniami wędrowców. Ale gdy Oskar dotarł na miejsce, zobaczył coś dziwnego.

Na moście stały skrzynie z gwoździami, deski, wiadra farby i… miniaturowe wieżyczki z blachy.

— Co tu się dzieje? — zapytał.

Zza stosu desek wyszedł budowniczy w fartuchu, z ołówkiem za uchem. Miał minę człowieka, który śni na jawie.

— Ulepszam! — oznajmił z dumą. — Ten most jest… zbyt prosty. Zrobię z niego most-pałac! Będą balkony, fontanny, a może i sala balowa!

Skra wynurzyła się obok filara.

— Most ma prowadzić na drugi brzeg, nie do próżności — mruknęła.

Budowniczy machnął ręką.

— Och, rybko, nie rozumiesz ambicji. Ludzie będą przychodzić z daleka, by go podziwiać! A ja… ja będę sławny!

Oskar przeszedł kilka kroków. Deski uginały się pod ciężarem dobudówek. Zauważył pęknięcia w podporach, jak zmarszczki na czole starego dębu.

— Jeśli dołożysz jeszcze jedną wieżyczkę — powiedział książę — most może się zawalić.

— Przesadzasz! — prychnął budowniczy. — Jeszcze tylko odrobina. Jeszcze trochę. I będzie idealnie.

Oskar spojrzał pod nogi. W szczelinie między deskami błysnęło szkło.

— Tam jest odłamek — szepnęła Skra.

Książę kucnął, ale most zaskrzypiał tak głośno, jakby protestował.

— Słyszysz? — Oskar zwrócił się do budowniczego. — Ten most mówi.

— Co mówi? — zaśmiał się budowniczy.

„Jestem mostem. Nie zamieniaj mnie w tron” — odpowiedział Oskar.

Budowniczy zmrużył oczy.

— Jesteś księciem. Tobie łatwo mówić o umiarze. Masz pałac.

Oskar poczuł ukłucie. To była prawda… i nieprawda naraz. Miał pałac, ale czasem pałac bywał jak zbyt ciasna zbroja.

— Właśnie dlatego mówię — odparł cicho. — Bo widzę, jak łatwo pomylić „więcej” z „lepiej”.

Podniósł dłoń w geście, który nie był rozkazem, tylko prośbą.

— Zróbmy próbę. Zdejmijmy te dodatkowe deski z jednego przęsła. Zobaczysz, czy most odetchnie.

Budowniczy burknął, ale ciekawość zwyciężyła. Wspólnie zdjęli kilka ciężkich elementów. Most przestał jęczeć, a jego skrzypienie zmieniło się w spokojne trzeszczenie, jak kołysanka.

— Hm… — budowniczy podrapał się po brodzie. — Faktycznie… lżej.

— Czasem konstrukcja potrzebuje powietrza — powiedział Oskar. — Tak samo jak człowiek.

Wtedy książę sięgnął w szczelinę i wyjął drugi odłamek. Był cieplejszy niż pierwszy, jakby przesiąkł drewnianym sercem mostu.

Budowniczy spojrzał na kryształ i na most, a potem spuścił wzrok.

— Może… zrobię tylko poręcze porządniejsze. Żeby było bezpiecznie. Bez wieżyczek.

Skra uśmiechnęła się rybim sposobem.

— To jest odwaga — powiedziała. — Zrezygnować z nadmiaru, kiedy kusi brawami.

Oskar poczuł, że w środku coś mu się rozluźnia. Jakby w jego własnych myślach ktoś zdjął niepotrzebną wieżyczkę.

Rozdział V: Pan Nadmiar i komnata echa

Trzeci odłamek był najtrudniejszy. Skra poprowadziła Oskara do miejsca, gdzie strumienie schodziły się pod starym młynem. Tam, w cieniu wilgoci, był wejściowy tunel do Komnaty Echa — podziemnej groty, w której każde słowo wracało zwielokrotnione.

— Uważaj, co mówisz — ostrzegła Skra. — Echo potrafi robić z małej zachcianki wielką żądzę.

Weszli. Ściany połyskiwały jak mokry kamień, a woda kapała miarowo, jak zegar bez tarczy. Oskar szedł ostrożnie, czując, że każdy jego krok jest jak zdanie w ważnej rozmowie.

Nagle usłyszał głos — nie swój, a jednak znajomy.

— Chcę… — powiedział głos, a echo powtórzyło: — Chcę, chcę, chcę…

Z mroku wyłoniła się postać. Nie miała stałego kształtu. Była jak płaszcz uszyty z dymu i zbyt długich „jeszcze”. Gdy się poruszała, powietrze robiło się cięższe.

— Witaj, książę — zaszeleścił Pan Nadmiar. — Tak wiele możesz mieć. Tak wiele powinieneś. W końcu jesteś następcą tronu.

Oskar poczuł, jak w gardle rośnie mu suchość.

— Nie przyszedłem po „wiele” — powiedział. — Przyszedłem po odłamek lustra.

Pan Nadmiar zaśmiał się, a śmiech odbił się od ścian i wrócił stukrotnie, jak chichot w pustej sali.

— Lustro? Och, ludzie nie lubią luster. Wolą witryny. Wolą patrzeć na to, co mają inni. Chcesz odłamek? Proszę. Dam ci go, jeśli powiesz, czego naprawdę chcesz.

Echo wzmocniło ostatnie słowa: „naprawdę chcesz… chcesz… chcesz…”

Oskar zawahał się. W głowie pojawiły się obrazy: korona cięższa i bardziej błyszcząca, poddani kłaniający się niżej, podziw w oczach. A jednak gdzieś pod tym wszystkim, jak cichy dzwoneczek w kieszeni, brzmiało jego sekretne marzenie.

Skra podpłynęła do małego basenu w grocie, a jej oczy były jak dwie krople odwagi.

— Powiedz prawdę — szepnęła. — Prawda jest umiarkowana. Nie stroi się.

Oskar wziął oddech. Pomyślał o tym, jak często na dworze mówi się „muszę”, „powinienem”, „wypada”. I jak rzadko mówi się „czuję”.

— Chcę… — zaczął.

Echo natychmiast podchwyciło: — Chcę, chcę, chcę…

Pan Nadmiar nachylił się, a jego cień dotknął kamienia. Kamień zadrżał.

— No? Powiedz: chcesz więcej władzy. Więcej bogactwa. Więcej uwagi.

Oskar zacisnął palce na dwóch odłamkach, które już miał. Były jak dwa małe argumenty: jeden smakował jak jedna jagoda, drugi brzmiał jak bezpieczny most.

— Chcę… uśmiechnąć się po prostu — powiedział w końcu. — Bez nagrody. Bez przedstawienia. Bez tego, że ktoś mnie liczy jak monety.

W komnacie zapadła cisza, jakby echo na chwilę straciło głos. Pan Nadmiar drgnął.

— To… to za mało — syknął. — Taki mały cel. Tak skromny.

— Skromny nie znaczy słaby — odparł Oskar. — Uśmiech to nie nadmiar. Uśmiech jest jak światło w latarni: nie trzeba mieć tysiąca słońc, żeby znaleźć drogę.

Skra plusnęła w wodę, a krople zabrzmiały jak oklaski.

Pan Nadmiar cofnął się, jakby jego cień nagle stracił pożywienie.

— Jeśli nie karmisz mnie „więcej”, to czym mnie pokonasz? — warknął.

Oskar uniósł podbródek.

„Wystarczy” — powiedział spokojnie. — I „dziękuję”.

Echo spróbowało powtórzyć, ale słowa „wystarczy” nie chciały się mnożyć. Zamiast tego rozlały się po grocie jak ciepła woda, która wypełnia pęknięcia.

Wtedy na dnie basenu błysnął trzeci odłamek. Oskar sięgnął po niego, a gdy dotknął kryształu, Pan Nadmiar rozproszył się jak dym po otwarciu okna.

— Udało się! — zawołała Skra.

Oskar poczuł ulgę, ale i coś jeszcze: miękką radość, która nie pchała się na scenę, tylko siadała obok niego jak wierny pies.

Rozdział VI: Święto Lustrzanej Wody i przyjaźń na zawsze

Nadszedł dzień Święta Lustrzanej Wody. Na brzegach największego strumienia zgromadzili się mieszkańcy: piekarze w mące, tkaczki w kolorowych wstążkach, żołnierze z wypolerowanymi hełmami i dworzanie z minami, które znały tylko „stosownie”.

Kanclerz Witosz stał obok króla i szeptał coś o protokole. Oskar, z odłamkami ukrytymi w małej sakiewce, podszedł do wody. Skra płynęła przy brzegu, niewidoczna dla większości, ale książę czuł jej obecność jak cichy rytm serca.

— Wasza Wysokość — syknął kanclerz. — Pamiętajmy o powadze.

Oskar spojrzał na ludzi. Zobaczył w ich oczach nie tylko ciekawość, ale i napięcie: każdy chciał wypaść lepiej, mądrzej, bogaciej. Jakby święto było konkursem na „naj”.

Książę uklęknął przy strumieniu. Wyjął odłamki i ułożył je na kamieniu. Trzy kawałki zadrżały, jakby rozpoznawały rodzinę. Potem, prowadząc je palcami, wsunął je w wodę tam, gdzie nurt był najspokojniejszy.

Woda zamigotała. Pęknięcie, którego nikt nie widział, zaczęło się zasklepiać jak rana pod czystym opatrunkiem. Strumień rozjaśnił się, a jego powierzchnia stała się gładka jak świeżo wypolerowane srebro.

Ludzie nachylili się, by zobaczyć swoje odbicia.

Zamiast cudzych pragnień ujrzeli własne twarze — ale jakby z dodatkiem: ktoś zobaczył, że jego ręce potrafią dawać, nie tylko brać. Ktoś inny, że jego głos jest najpiękniejszy, gdy nie krzyczy. Dzieci śmiały się, bo w ich oczach odbijały się iskierki ciekawości.

Król spojrzał na Oskara.

— Synu… co uczyniłeś?

Oskar wstał i odpowiedział tak, aby słyszeli wszyscy:

— Naprawiłem lustro, które uczy, że „dość” jest mądre. Że umiar nie zabiera radości — on ją chroni.

Kanclerz Witosz zbladł, jakby miał zaraz znaleźć paragraf przeciwko „dość”. Ale król uśmiechnął się — prawdziwie, bez koronnej sztywności.

— To dobra nauka — powiedział. — Zwłaszcza w czasach, gdy łatwo chcieć za wiele.

Wtedy Skra wyskoczyła z wody tak wysoko, że zobaczyli ją nawet najbardziej zapatrzeni w siebie dworzanie. Zatrzepotała jak srebrny liść.

— O! Rybka! — zawołało jakieś dziecko.

— To nie zwykła rybka — powiedział Oskar i po raz pierwszy nie przejął się tym, czy „wypada”. — To moja przyjaciółka.

Skra spadła z pluskiem, a strumień zaśmiał się dźwięcznie, jakby mu to słowo smakowało.

Kanclerz Witosz otworzył usta, ale zanim zdążył zaprotestować, Oskar zrobił coś, co zaskoczyło nawet jego samego. Uśmiechnął się. Po prostu. Bez fanfar, bez pozowania, bez udawania.

Ten uśmiech nie był szeroką maską. Był jak okno otwarte na wiosnę.

Skra podpłynęła do brzegu.

— No i? — zapytała cicho.

— To… wystarczy — odpowiedział Oskar.

— Widzisz? — Skra zakręciła ogonem. — A ja myślałam, że będziesz potrzebował stu jagód i dziesięciu wieżyczek.

— Jedna jagoda. Jeden most. Jedna prawda — odparł Oskar. — I jedna przyjaźń.

Od tamtego dnia książę często przychodził na pomosty. Czasem rozmawiał ze Skrą o sprawach ważnych, jak pokój w królestwie. Czasem o drobiazgach, jak to, czy wierzby łaskoczą wodę czy ją głaszczą. A czasem milczeli, patrząc na srebrny nurt, który niósł ich myśli spokojnie, bez pośpiechu.

I choć na dworze nadal bywało głośno od „więcej”, w sercu Oskara mieszkało już inne słowo — ciche, mocne i jasne jak kryształ w strumieniu: „dość”. A obok niego, jak najwierniejszy znak, pływała przyjaźń, potwierdzona nie przysięgą, lecz codziennym, prostym uśmiechem.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Szeptała
Mówiła bardzo cicho, jakby ktoś mówił tylko do ucha.
Wiry
Małe, kręcące się ruchy wody, tworzące kręgi lub zagłębienia.
Harfistki
Osoby grające na harfie, instrumencie z wieloma strunami.
Trzeszczały
Wydawały stłumione, przerywane dźwięki przy poruszaniu się.
Nienagannie
Bardzo dobrze, bez żadnych wad, wzorowo.
Godność
Szacunek i powaga, sposób zachowania pełen poważania.
Kanclerz
Ważny doradca króla, osoba zajmująca się sprawami państwa.
Umiar
Robić coś w rozsądnej ilości, nie za dużo i nie za mało.
Zachcianki
Nagle pojawiające się, krótkie pragnienia lub chęci.
Zazdrość
Uczucie, gdy chcemy mieć to, co ma ktoś inny.
Chciwość
Silne pragnienie posiadania dużo rzeczy, często bez końca.
Próżności
Tęsknota za poklaskiem i podziwem, by wydawać się lepszym.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o księżniczkach i książętach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.