Trwa ładowanie...
fantazja kosmiczna 11-12 lat Czytanie 20 min.

Lunarna pieczęć i szept komety

Inspektorka Lira Voss bada przybycie starej Lunarniej Pieczęci na pokładzie „Szeptu Komety”, odkrywając przemytniczy spisek i potrzebę zaufania między patrolem a kapitanami, by ochronić starożytne relikwie.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Lira Voss, dorosła kobieta o zdeterminowanej, lekko zmęczonej twarzy i jasnych oczach, krótko praktycznie uczesana, w zużytym lecz czystym płaszczu, wyciąga rękę ku niewielkiej świetlistej medalionowi, wyraz stanowczy i łagodny, postawa ochronna; Kero, około 18 lat, kręcone czarne włosy z sadzą, nerwowy uśmiech, trzyma mały skaner świetlny i patrzy na medalion z lewej strony Liry, pochylony i niespokojny; kapitan Rada, około 60 lat, przystrzyżona siwa broda, zaniepokojone lecz pełne szacunku spojrzenie, stoi za skrzynią z ręką na jej krawędzi, postawa pokorna i odpowiedzialna. Lunarna Pieczęć to okrągły metalowy medalion z wplecionym srebrnym kryształem emitującym zimną poświatę i ruchome litery, unoszący się nad skrzynią obwiązaną łańcuchami i symbolemami; scena rozgrywa się w ładowni starego statku kosmicznego — zużyte metalowe ściany, widoczne kable, migające niebiesko-miedziane panele, wysuszone zioła i gwiezdny pył w powietrzu; główny moment to inspekcja medalionu: spokojne napięcie, srebrne światło oświetlające twarze, przytłumione alarmy i powściągliwe, pełne szacunku gesty przy skrzyni. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Baza, która słyszy zaklęcia

Baza Patrolowa „Kallisto-7” wisiała nad błękitną krawędzią gazowego olbrzyma jak srebrna latarnia. Z daleka wyglądała jak kwiat z metalu i szkła, ale z bliska słychać było, że żyje: przewody szeptały prądem, a w kanałach wentylacyjnych mruczały zaklęcia chłodzące.

Lira Voss szła głównym korytarzem w płaszczu, który pamiętał czasy, gdy była przemytniczką. Teraz na ramieniu miała naszywkę Inspektorki MagiTech — świeżą jak poranna rosa, choć ona sama wciąż czuła się jak ktoś, kto powinien przemykać w cieniu, a nie świecić w świetle lamp.

— Voss! — zawołał Kero, młody technomag z burzą loków i wiecznie osmalonymi rękawami. — Znowu patrzysz, jakbyś liczyła wyjścia awaryjne.

— To nawyk. Nawyki są jak grawitacja. Trudno je wyłączyć — odparła, poprawiając pasek z plombami kontrolnymi.

Kero przyspieszył, zrównał się z nią i zniżył głos.

— Słyszałaś? Dziś przylatuje „Szept Komety”. Stary statek, jeszcze z czasów, gdy kryształy mówiły głośniej niż silniki.

Lira zatrzymała się na chwilę przy oknie. Za szybą migotały gwiazdy, a między nimi płynęły statki jak ryby w kosmicznym oceanie.

— Szept Komety… — powtórzyła. To brzmiało jak imię kogoś, komu powinna okazać szacunek. — Jeśli jest stary, tym bardziej trzeba go dokładnie sprawdzić.

Kero uśmiechnął się, ale w oczach miał iskierkę niepokoju.

— Kapitan Rada mówi, że w ładowni ma relikwię: Lunarną Pieczęć. Podobno potrafi związać przysięgę tak mocno, że nawet czarna dziura jej nie przegryzie.

Lira prychnęła cicho.

— A potem ktoś próbuje to przemycić, bo „relikwia” brzmi drogo. Znam tę piosenkę.

— Ty znasz wszystkie — mruknął Kero. — Ale teraz jesteś po tej… jasnej stronie.

Lira ruszyła dalej. Amnestia była jak nowa skóra: niby pasowała, ale czasem swędziała. Na końcu korytarza czekała sala inspekcji, pełna ramion skanerów, runicznych mat i szklanych tub, w których pływały świetliste pyłki wykrywające klątwy.

— Pamiętaj — powiedziała do siebie, a może do kogoś niewidzialnego. — Honoruj to, co stare. Nie depcz przeszłości. Ale też nie pozwól jej rządzić.

I wtedy syrena zaszczekała trzykrotnie. Na tablicy pojawił się komunikat: „PRZYBYCIE: SZEPT KOMETY. STATUS: DO PILNEJ KONTROLI”.

Rozdział 2: Statek z głosem w kadłubie

Dok zadrżał, gdy „Szept Komety” wślizgnął się do środka. Statek był smukły i obtarty, jakby przez lata ocierał się o pył gwiezdny. Na burcie miał wytarte znaki: dawną runę ochronną i numer rejestracyjny, który pamiętał jeszcze inne prawa.

Z trapu zszedł kapitan Rada: wysoki, siwy, z brodą przyciętą jak mapy szlaków. Ukłonił się Lirze z przesadną elegancją.

— Inspektorka Voss. Słyszałem, że umiesz rozmawiać z przeszłością, nie krzycząc na nią.

— A ja słyszałam, że umiesz sprzedawać ciszę w butelkach — odparła. — Dokumenty.

Rada podał jej tablet i mały, stary pergamin w metalowej tubie.

— Dla tradycji — powiedział. — Papier jest cierpliwy.

Lira wzięła tubę ostrożnie. Zimna. I… jakby pulsowała. Kero podszedł ze skanerem, który wyglądał jak latarka połączona z różdżką.

— Najpierw ładownia — zarządziła Lira.

W środku „Szeptu Komety” pachniało olejem, ozonem i czymś jeszcze: pyłem z księżycowych jaskiń. W ładowni stała skrzynia obwiązana łańcuchami z meteorytowego żelaza. Wokół niej ktoś namalował kredą krąg z symbolami.

— To zabezpieczenie? — zapytała Lira.

— Raczej prośba — mruknął Rada. — Żeby to nie… śpiewało.

Kero uniósł skaner. Świetliste pyłki w tubie przy jego pasie zafalowały, jakby coś je wołało.

— Czuję zaklęcie wiążące — powiedział. — I coś jak… echo.

Lira pochyliła się nad skrzynią. Dotknęła jednego z łańcuchów. Przez palce przeszła jej delikatna wibracja, jak mruczenie kota, tylko starszego niż koty.

— To Lunarna Pieczęć? — zapytała.

Rada milczał chwilę, a potem skinął.

— Jest stara. Została wykuta z księżycowego srebra i naładowana słowami, które wypowiedziano raz, ale pamiętają je wieki.

Lira wzięła oddech. Czuła, że to nie będzie zwykła kontrola. Stare rzeczy często były mądrzejsze od przepisów.

— Otworzymy — powiedziała.

— Inspektorka… — Kero przełknął ślinę. — Jeśli to zacznie „śpiewać”, alarmy magii się zagotują.

— To niech się zagotują. Jesteśmy patrol. Od tego tu jesteśmy.

Podała Kero plombę z runą rozplątania. Wspólnie zdjęli pierwszą warstwę zabezpieczeń. Kiedy łańcuchy opadły na podłogę, skrzynia westchnęła. Naprawdę. Jakby miała płuca.

Wieko uniosło się o centymetr i z wnętrza wyciekło światło — blade jak księżyc, ale ostre jak nóż.

A potem ktoś, albo coś, wyszeptało:

— Wreszcie… ktoś patrzy, nie tylko bierze.

Rozdział 3: Próba wśród alarmów

Światło uderzyło w skanery. Ekrany zamigotały i zaczęły wyświetlać same znaki zapytania, jakby urządzenia nagle zwątpiły w sens istnienia. Na korytarzu zawyła syrena, tym razem dłużej, bardziej obrażona.

— To nie jest w protokole! — krzyknął Kero, próbując przycisnąć przycisk awaryjnego tłumienia magii.

— Nic, co ważne, nie jest w protokole — mruknęła Lira.

Z wnętrza skrzyni uniósł się okrągły medalion, wielkości dłoni, z wplecioną w środek cienką żyłką kryształu. Na powierzchni widać było mikroskopijne litery, które układały się i przestawiały, jakby same szukały najlepszego zdania.

— Lunarna Pieczęć — szepnął Rada z mieszaniną dumy i strachu.

Medalion zawisł w powietrzu, a w ładowni zrobiło się zimniej. Lira poczuła, jak włosy na karku unoszą się jak trawa przed burzą.

— Kim jesteś? — zapytała, patrząc prosto w światło.

— Jestem obietnicą — odpowiedział szept. — A obietnice mają apetyt.

Nagle z sufitu wysunęły się ramiona bezpieczeństwa. Włączyły się kraty, pola siłowe, a na ścianach rozbłysły runy blokady. Baza „Kallisto-7” zareagowała jak pies, który poczuł obcego na podwórku.

— Zamyka dok! — wrzasnął Kero. — Za chwilę nas odetną od reszty!

— To pieczęć wyzwala reakcję bazy — powiedziała Lira. — Baza boi się czegoś, czego nie rozumie.

Rada cofnął się, potknął o łańcuch.

— Ja tylko… przewoziłem. Legalnie! Przysięgam na wszystkie orbity!

Medalion zadrgał, jakby rozbawiony.

— Przysięgasz? — zapytał szept.

I w tej samej chwili w powietrzu pojawiła się cienka, srebrna nić, która ruszyła w stronę kapitana jak wąż szukający dłoni.

Lira zareagowała szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Wyskoczyła przed Radę i podniosła plombę z runą inspektora, taką zwyczajną, urzędową.

— Nie! — krzyknęła. — Tu się nie składa przysięgi w ciemno!

Nić dotknęła jej plomby i… zatrzymała się. Jakby Pieczęć nagle uznała, że ten znak ma znaczenie.

— Masz w sobie stary dług — wyszeptała Pieczęć, a jej światło przygasło. — Nosisz go jak kamień w kieszeni.

Lira zacisnęła zęby. Stary dług. Przemytnicze trasy, niebezpieczne układy, ktoś, kogo zawiodła… a potem amnestia i próba życia inaczej. Kamień w kieszeni, który wciąż obijał się o kości.

— Może — powiedziała cicho. — Ale teraz pilnuję, żeby inni nie robili tych samych błędów.

Kero spojrzał na nią, jakby pierwszy raz zobaczył, że Lira naprawdę jest tu z wyboru, nie z przymusu.

— Co robimy? — zapytał.

Lira rozejrzała się. Kraty opadały. Pole siłowe zamykało dok. Jeśli Pieczęć zacznie wiązać obietnice na oślep, baza potraktuje to jak atak.

— Musimy ją uspokoić — powiedziała. — I to szybko. Rada, co ją budzi?

Kapitan połknął ślinę.

— Ktoś próbował ją kupić. Na zewnątrz. W pasie asteroid. Nie chcieli czekać na procedury. Podrzucili mi… klątwę pośpiechu. Żeby statek przyspieszał, nawet gdy nie powinien.

— Klątwa pośpiechu — powtórzył Kero. — To dlatego wszystko tu wariuje.

Lira poczuła, jak złość rośnie w niej jak ogień w silniku. Ktoś chciał, by Pieczęć wpadła w panikę. A panika to najlepszy przyjaciel przemytników i najgorszy wróg patroli.

— Dobrze — powiedziała, prostując się. — To ich zatrzymamy. Ale najpierw: przetrwamy tę minutę.

Rozdział 4: W sercu magitechnicznej burzy

Kero otworzył panel serwisowy w podłodze ładowni. Z wnętrza buchnął ciepły zapach rozgrzanych kabli i chłodnych ziół ochronnych — ktoś kiedyś wplótł do instalacji prawdziwe liście, bo magia lubiła, gdy traktuje się ją jak coś żywego.

— Jeśli odetniemy zasilanie run blokady, kraty staną — powiedział, już po łokcie w przewodach. — Ale pole siłowe i tak zostanie.

— Pole siłowe możemy nakarmić spokojem — mruknęła Lira. — Jak kota. Tylko ten kot gryzie.

Rada patrzył na medalion jak na burzę, która może wybrać jego statek na piorunochron.

— A jeśli to mnie zwiąże? — zapytał.

— To niech zwiąże prawdę, nie strach — odparła Lira. — Pomóż.

— Jak?

Lira spojrzała na Pieczęć. Jej światło pulsowało w rytmie alarmu bazy, jakby oba serca biły w kłótni.

— Pieczęć! — zawołała. — Słyszysz mnie?

— Słyszę wszystko — odpowiedziała, a srebrna nić zatańczyła w powietrzu. — Szczególnie to, czego ludzie nie mówią.

— To posłuchaj tego, co powiem naprawdę — Lira zrobiła krok naprzód. — Nie chcę cię sprzedać. Nie chcę cię ukraść. Chcę cię ochronić przed tymi, co użyją twojej mocy jak młotka do rozbijania cudzych decyzji.

Światło przygasło odrobinę, jakby Pieczęć mrużyła oczy.

— Ochronić? Przemytniczka?

Słowo „przemytniczka” uderzyło ją jak zimna woda. Lira poczuła, że to próba. I że jeśli teraz ucieknie w wymówki, przegra.

— Byłam — powiedziała. — I dlatego wiem, jak myślą ci, którzy idą na skróty. Dostałam amnestię. Nie za darmo. Za pracę. Za czujność. Za to, że będę patrzeć.

— Patrzeć… — powtórzyła Pieczęć. — To rzadkie.

Kero wysunął głowę z panelu.

— Lira, kraty zatrzymane! Ale pole siłowe zaraz zaciśnie się całkiem. Jeśli odetnie dok, statek Rad y zostanie jak mucha w bursztynie.

Lira spojrzała na Radę.

— Kapitanie, potrzebuję twojej upartości. Masz jej dużo?

— Moja upartość utrzymuje ten złom w całości od trzydziestu lat — burknął. — Więc tak.

— Dobrze. Podejdź. Położysz dłoń na skrzyni i powiesz jedną rzecz: że zgadzasz się na kontrolę. Bez sztuczek. Bez „ale”.

Rada zawahał się.

— A jeśli Pieczęć mnie chwyci?

— To ja będę między wami — powiedziała Lira. — Słowo inspektora.

Kapitan parsknął.

— Inspektor i słowo? Dziwne czasy.

— Dobre czasy bywają dziwne — odparła.

Rada położył dłoń na brzegu skrzyni. Jego palce drżały, ale głos miał twardy.

— Zgadzam się na kontrolę. Bez sztuczek. Bez „ale”.

Srebrna nić drgnęła, dotknęła jego dłoni… i nie zacisnęła się. Zamiast tego ułożyła się w kształt małego węzła, jak ozdobna pętla.

— To brzmi… prawdziwie — wyszeptała Pieczęć. — A ty, Liro Voss? Co powiesz?

W gardle Liry zaschło. W tej jednej chwili wiedziała, że Pieczęć nie chce tylko słów. Chce decyzji, która kosztuje.

— Powiem, że nie wrócę do starego życia — powiedziała powoli. — Nawet jeśli będzie łatwiej. Nawet jeśli będzie szybciej. Będę wytrwała.

Pole siłowe zadrżało, jakby ktoś uderzył w nie pięścią, a potem… uspokoiło się. Alarmy ucichły o ton, jakby baza przestała warczeć.

Kero wypuścił powietrze.

— Zadziałało.

Lira nie uśmiechnęła się jeszcze. Wiedziała, że to dopiero środek.

— Teraz — powiedziała. — Znajdźmy, kto rzucił klątwę pośpiechu. I zanim znów spróbują, zrobimy z nich przykład.

Rozdział 5: Polowanie w pasie asteroid

Śledzenie klątwy pośpiechu było jak tropienie zapachu w próżni — niby niemożliwe, ale magia zostawia ślady. Kero wyjął z kieszeni małą fiolkę z pyłem gwiezdnym, a Lira uruchomiła konsolę dokującą.

— Widzisz to? — Kero wskazał na hologram. — Zawirowanie w eterze przy sektorze „Pętla Oriona”. Ktoś tam użył zaklęcia przyspieszenia, ale w połączeniu z silnikiem skokowym. Magitechniczny skrót.

— Skróty są dla tych, którzy nie lubią drogi — mruknęła Lira. — A droga bywa najważniejsza.

Rada, choć jego statek był wciąż częściowo zablokowany, zaoferował pomoc.

„Szept Komety” ma stary moduł nasłuchu. Łapie szepty z metalu. Jeśli ktoś w pasie asteroid ma podobne stare części, usłyszę ich jak stukot łyżki o garnek.

— Czyli podsłuchujemy ich śrubki? — Kero uniósł brwi.

— Dokładnie — ucieszył się Rada.

Wyruszyli małym patrolowcem bazy: smukłym, szybkim, z runami na kadłubie, które mieniły się jak rybie łuski. Lira siedziała w fotelu pilota. Przed nią rozciągał się pas asteroid, czarny i srebrny, jak rozsypane okruchy po kosmicznym ciasteczku.

— Jeśli oni chcą Pieczęci, wrócą — powiedziała.

— A my? — zapytał Kero, zaciskając pasy.

— My będziemy cierpliwi. Wytrwali. Jak skała, której nie obchodzi, że fala krzyczy.

W ciszy przestrzeni nawet humor brzmiał poważnie. Asteroidy przemykały obok jak wielkie, śpiące zwierzęta.

Nagle Rada odezwał się przez łączność.

— Słyszę… metal. Stary. Ktoś ma pochodnię jonową z serii „Brzeg”. Tylko trzy takie istnieją w tej części galaktyki. A jedna… należała kiedyś do twojej załogi, Lira.

Serce Liry zrobiło dziwny skok.

— Nie mam już załogi.

— Ale twoja przeszłość ma długie ręce — mruknął Rada. — Kierunek: asteroida o kształcie półksiężyca. Jak żart losu.

Lira wyłączyła autopilota.

— Trzymajcie się.

Patrolowiec zanurkował między skały. W oddali zamigotało światło — czyjś statek, mały, zbyt szybki, jakby ciągle ktoś go popychał.

— To oni — szepnął Kero.

Włączyli sygnał patrolowy: błękitny promień, który mówił „Zatrzymać się” w tysiącu języków, nawet w tych, które dawno wymarły.

Statek nie zwolnił. Zamiast tego wystrzelił smugę czarnego dymu — mgłę zakłócającą sensory, wzmocnioną zaklęciem.

— O, proszę — Lira uśmiechnęła się krzywo. — Magia i technologia w jednej brudnej kieszeni. Klasyka.

Kero chwycił różdżko-klucz.

— Mogę rozproszyć mgłę, ale potrzebuję czasu!

— Masz go — powiedziała Lira. — Ja ich dogonię.

Przez chwilę nie widziała prawie nic, tylko plamy światła na radarze. Pamięć jednak widziała lepiej: przypomniała sobie, jak kiedyś sama uciekała, śmiejąc się z patroli. Teraz nie śmiała się wcale.

— Wytrwałość — powiedziała do siebie. — Nie odpuść, gdy robi się trudno.

Wysunęła z boku statku mały moduł: „Kotwicę Grawitacyjną”. Technologiczna rzecz, ale z runą przyciągania wyrytą ręcznie. Lira wycelowała i aktywowała.

Kotwica poleciała jak gwiazda spadająca na nici.

Zaczepiła się o uciekający statek. Ten szarpnął, jak ryba na haczyku, i wreszcie zwolnił.

— Mamy cię — szepnęła Lira.

Rozdział 6: Pieczęć i sojusz

W kabinie uciekającego statku siedziały dwie postacie w kombinezonach. Jedna miała na hełmie namalowaną uśmiechniętą czaszkę, druga trzymała w ręku kryształowy nadajnik.

— Patrol? Serio? — warknęła ta z czaszką, gdy Lira weszła przez śluzę. — Kiedyś to ty robiłaś takie numery, Voss.

Lira poznała głos. Stary znajomy z przeszłości, której nie chciała już nosić jak medalu.

— Kade — powiedziała spokojnie. — Minęło dużo orbit.

Kade uniósł ręce teatralnie.

— Nie udawaj świętej. My tylko chcieliśmy relikwii. Biznes.

— Biznes, który robi z obietnic łańcuchy — odparła Lira. — Klątwa pośpiechu mogła rozerwać bazę. Mogła związać ludzi przysięgami, których nie rozumieją.

Druga postać zaśmiała się nerwowo.

— Pieczęć? To tylko rzecz.

— Rzeczy też potrafią być niebezpieczne — wtrącił Kero, wchodząc za Lirą z wyraźną ulgą, że nie musi walczyć, tylko mówić.

Kade prychnął.

— I co? Zamkniecie nas? Dostaniemy kolejną amnestię, jak ty? Świat jest miękki.

Lira podeszła bliżej. Jej głos był cichy, ale twardy.

— Świat nie jest miękki. To my czasem udajemy, że jest. Ja dostałam amnestię, bo ktoś zaryzykował, by mi zaufać. I spłacam to zaufanie codziennie. Wy też możecie spłacić, jeśli chcecie. Ale najpierw: oddajecie nadajnik i przerywacie klątwę.

Kade zawahał się. Widać było, że walczy z dumą.

— A jeśli nie?

Lira spojrzała mu w oczy.

— Wtedy będę musiała być jeszcze bardziej wytrwała. A wierz mi, potrafię.

Przez chwilę słychać było tylko ciche buczenie silników. Potem Kade westchnął i rzucił kryształowy nadajnik na podłogę.

— Dobra. Przerywamy. Ale relikwia i tak znajdzie drogę do kogoś, kto ją wykorzysta.

— Nie, jeśli my znajdziemy ją pierwsi — powiedział Kero i rozgniótł nadajnik specjalną opaską tłumiącą.

Wrócili na „Kallisto-7” z pojmanymi i z dowodem klątwy. Lunarna Pieczęć znów spoczywała w skrzyni, ale jej światło było spokojniejsze, jak blask księżyca na wodzie.

W sali inspekcji kapitan Rada stanął obok Liry. Kero trzymał protokół, ale tym razem wyglądał, jakby uczestniczył w czymś większym niż papier.

— Pieczęć nie powinna leżeć w czyjejś kieszeni — powiedziała Lira. — Ani w magazynie jako „dowód”. Jest zbyt stara i zbyt… żywa.

— Więc co proponujesz? — zapytała komendantka bazy, kapitan Juno, która przyszła osobiście, gdy usłyszała o alarmach.

Lira wzięła głęboki oddech.

— Sojusz. Między bazą patroli a wolnymi kapitanami, takimi jak Rada. Oficjalny szlak przewozu relikwii. Wspólne inspekcje. Wspólne zabezpieczenia. Żeby starożytne rzeczy były szanowane, a nie wykorzystywane.

Rada uniósł brew.

— Czyli mam stać się… legalnym bohaterem?

— Legalność nie boli aż tak — mruknął Kero. — Czasem tylko swędzi.

Komendantka Juno przyjrzała się Lirze długo.

— Wiesz, że to będzie wymagało cierpliwości. Papierów. Spotkań. Ludzi, którzy będą marudzić.

— Wiem — odparła Lira. — Ale wytrwałość to też praca w nudzie, nie tylko w pościgu.

Wtedy skrzynia z Pieczęcią zadrżała. Wieko uniosło się odrobinkę, a medalion znów uniósł się w powietrze. Tym razem nie było alarmu. Baza jakby wstrzymała oddech.

— Sojusz… — wyszeptała Pieczęć. — Przysięga między tymi, którzy patrzą, i tymi, którzy wędrują.

Srebrna nić wysunęła się z medalionu i rozdzieliła na dwa końce. Jeden dotknął metalowej plakietki komendantki Juno, drugi — starego pierścienia kapitana Rady.

— To bezpieczne? — szepnął Kero.

Lira uśmiechnęła się lekko.

— Bezpieczne? Nie wiem. Prawdziwe? Tak.

Komendantka Juno wyprostowała się.

— Zgadzam się. W imieniu „Kallisto-7” i Patrolu MagiTech.

Rada położył dłoń na sercu.

— Zgadzam się. W imieniu wolnych kapitanów, którzy nie chcą, by gwiazdy zamieniły się w targ.

Nić związała się w węzeł, piękny jak konstelacja. Pieczęć zabłysła, a w powietrzu rozszedł się ciepły, srebrny dźwięk — nie alarm, nie krzyk, tylko coś jak kołysanka dla kosmosu.

Lira poczuła, że kamień w jej kieszeni stał się lżejszy. Nie zniknął. Ale już nie ciążył tak, jak dawniej.

Kero szturchnął ją łokciem.

— Widzisz? Da się zrobić coś wielkiego bez uciekania.

— Da się — odpowiedziała. — Tylko trzeba iść do końca.

Za oknem gwiazdy migotały, jakby mrugały porozumiewawczo. A „Kallisto-7”, srebrna latarnia na skraju nieba, świeciła spokojniej, bo wiedziała, że od dziś nie stoi sama.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Gasowego olbrzyma
Wielka, gazowa planeta o ogromnych rozmiarach, jak bardzo duży świat z gazu.
Przewody
Rury lub kable, przez które płynie prąd lub informacja w maszynie.
Runicznych mat
Specjalne maty z magicznymi znakami, które chronią lub badają rzeczy.
Relikwię
Stara, ważna rzecz z przeszłości, którą wielu ludzi ceni i chroni.
Lunarną Pieczęć
Stara, magiczna rzecz związana z księżycem, mająca moc wiązania obietnic.
ładownia
Miejsce w statku, gdzie trzyma się ładunek i skrzynie.
Klątwę pośpiechu
Magiczne zaklęcie, które zmusza do śpieszenia się i powoduje problemy.
Pole siłowe
Niewidzialna bariera zrobiona z energii, która zatrzymuje wejście.
Runy blokady
Magiczne znaki, które tworzą zabezpieczenie lub zatrzymują coś.
Plomba z runą rozplątania
Znak lub pieczęć, która ma moc rozwiązywania magicznych więzów.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantastyka kosmiczna dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.