Trwa ładowanie...
fantazja kosmiczna 11-12 lat Czytanie 18 min.

Pieśń, która zamknęła szczelinę w gwiazdach

Lira Voss, były kapitan, wraz z opiekuńczym robotem ECHO-7 odkrywa starożytną pieśń-kod pod Instytutem, która budzi tajemnicze cienie i zmusza ją do stawienia czoła przeszłym błędom, by ochronić innych.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Lira, około 28‑letnia kobieta o zdecydowanym lecz łagodnym wyrazie twarzy, trzyma w lewej ręce szary kamyk z runami i śpiewa cicho do wielkiej czarnej sfery, ma spięte brązowe włosy i podniszczony skafander z plamami, obok stoi towarzyszący robot ECHO‑7 — wysoki, z długimi ramionami i ekranową „szczęką” ukazującą lekki uśmiech, ustawiony ochronnie przed nią z rozłożonymi ramionami; na wejściu zaniepokojony profesor Kelm w pomiętej fartuchowej kurtce trzyma magiczny projektor; podziemna sala przypomina małą „katedrę technologiczną” — metaliczne ściany z kryształami, świetliste kable i refleksyjna podłoga wokół czarnego rdzenia z cienkimi świetlistymi żyłami; scena: Lira śpiewa kojącą melodię do rdzenia, ECHO‑7 osłania ją, eteryczne cienie rozpraszają się w świetle rdzenia, mroczna lecz ciepła atmosfera z niebiesko‑fioletowymi poświatami, napięcie ustępuje, pojawia się nadzieja. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Instytut, który mruczał jak gwiazda

Instytut Robotyki Zgodnej z Zaklęciami stał na krawędzi miasta-krateru, tam gdzie nocne niebo nie było tylko niebem, ale mapą. Szkło kopuł migotało od wplecionych w nie run, a metalowe korytarze brzmiały cichym „tik-tik”, jakby sama stal uczyła się kroków.

Lira Voss szła szybko, z rękami w kieszeniach kombinezonu. Miała włosy związane w wysoki węzeł i spojrzenie, które widziało zbyt dużo jak na swój wiek — bo kiedyś była piratką kosmiczną. Nie taką, co śmieje się w próżni i strzela dla zabawy. Raczej taką, co liczy, waży, a potem żałuje.

— Voss! — zawołał strażnik przy bramce. Był w mundurze, ale z przypiętą przypinką w kształcie księżyca. — Znowu przyszłaś przed świtem?

— Lubię, kiedy Instytut jeszcze śpi — odpowiedziała. — Wtedy łatwiej usłyszeć, co próbuje powiedzieć.

Strażnik uniósł brew.

— Instytut nie mówi.

Lira uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.

— A jednak mruczy.

Weszła do sali archiwów dźwiękowych, gdzie przechowywano nagrania z odległych sektorów: burze jonowe, śpiew wielorybów z oceanicznych planet, a nawet szumy z miejsc, które na mapach były oznaczone tylko słowem „NIE”.

Włączyła stary terminal z kamieniem pamięci. Kamień był gładki, szary, a na jego powierzchni płynęły drobne, niebieskie znaki — nie litery, lecz coś między runą a kodem.

— No dobrze, śpiewie — szepnęła. — Dzisiaj cię rozgryzę.

To nagranie zdobyła dawno temu, jeszcze na pokładzie „Szarży Komety”. Była wtedy kapitanem. A potem… potem była noc, krzyk, rozbity konwój i mały statek medyczny, który prawie zniknął w ogniu przez jej rozkaz.

Nie zniknął. Lira w ostatniej chwili kazała go osłonić. Ale pamięć tamtego błędu została jak sadza pod paznokciami.

Teraz, w Instytucie, próbowała robić coś odwrotnego niż piractwo: chronić.

Włożyła słuchawki. Z głośników popłynęły dźwięki jak wiatr między igłami, jak krople na rozgrzanej blasze. I coś jeszcze: melodia, która miała kształt, jakby ktoś rysował ją światłem.

Na ekranie pojawiły się drgające linie. Lira zaczęła je przepisywać, porównywać z tabelami run i rytmów. Nagle dźwięk drgnął, jakby usłyszał, że jest słuchany.

„Nie biegnij przed cieniem… nie wyprzedzaj pieśni…”

Lira zamarła.

— To… to są słowa — wyszeptała.

Za jej plecami rozległo się chrząknięcie.

— Jeśli to są słowa, to raczej bardzo stare — powiedział profesor Kelm, dyrektor działu enchanto-mechaniki. Miał brodę jak szczotka i okulary, które ciągle zsuwały mu się na czubek nosa. — A stare słowa potrafią zrobić młodym ludziom bałagan w głowie.

— Bałagan już mam — odparła Lira. — Potrzebuję tylko, żeby ułożył się w sens.

Profesor spojrzał na ekran. Linie zwinęły się w coś na kształt spirali.

— To wygląda jak klucz. Albo ostrzeżenie.

Lira poczuła, że serce bije jej szybciej. W Instytucie, pośród robotów uczonych w zaklęciach, nagle zrobiło się bardzo… kosmicznie. Jakby kopuła nad nimi zniknęła i zostały tylko gwiazdy.

Rozdział 2: Robot, który pamiętał bajki

W pracowni testowej czekał ECHO-7 — robot opiekuńczy z długimi ramionami i twarzą z matowego ekranu. Na obudowie miał wygrawerowane drobne runy, które świeciły, kiedy mówił prawdę. A świeciły prawie zawsze, bo ECHO-7 był fatalnym kłamcą.

— Dzień dobry, Liro — odezwał się, gdy weszła. — Wykrywam napięcie w twoim głosie na poziomie: „zaraz się coś wydarzy”.

— Dobrze wykrywasz — mruknęła. — Potrzebuję cię do dekodowania. I… do odwagi.

— Odwaga to czynność, którą wykonuje się mimo strachu — powiedział ECHO-7, jakby cytował podręcznik. — Mogę dostarczyć ci pięćdziesiąt siedem przykładów.

— Wystarczy jeden — uśmiechnęła się Lira. — Chodź.

Zabrali kamień pamięci do komory rezonansowej — miejsca, gdzie dźwięk można było zmierzyć, rozciągnąć, a nawet „dotknąć” zaklęciem. Na ścianach wisiały metalowe płyty, w które wtopiono kryształy. Kryształy mieniły się jak zamrożone bąbelki.

Profesor Kelm czekał już przy pulpicie.

— Pamiętaj, Voss — ostrzegł. — Jeśli to jest pieśń-kod, może uruchamiać mechanizmy. A jeśli to jest pieśń-zaklęcie… to może uruchamiać również rzeczy, które nie powinny się budzić.

Lira skinęła głową.

— Dlatego jestem tutaj. Żeby budzić tylko to, co potrzebne. I pilnować reszty.

ECHO-7 podłączył kamień do czytnika. Runy na jego dłoniach rozbłysły. Dźwięk popłynął, wypełniając komorę, aż powietrze stało się gęste jak miód.

I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego: kryształy na ścianach zadrżały, a cienie poruszyły się w rytm melodii. Jakby ta pieśń miała swoje własne nogi.

Na ekranie ECHO-7 pojawił się obraz: mapa. Nie gwiezdna, tylko… jakby mapa wnętrza.

— To nie sektor — powiedziała Lira. — To plan Instytutu.

Profesor Kelm zaklął pod nosem.

— Niemożliwe. Ta pieśń jest starsza niż budynek.

— Starsza… ale pasuje — Lira wpatrywała się w migoczące linie. Na mapie pojawił się punkt, pulsujący czerwienią. — To wskazuje na dolne poziomy. Na miejsce, do którego nie chodzimy.

ECHO-7 przechylił głowę.

— Zgodnie z protokołem bezpieczeństwa, niechodzenie jest rozsądne.

— Zgodnie z protokołem sumienia, muszę sprawdzić — odparła Lira.

Robot wyświetlił na twarzy małą ikonę pioruna.

— Sumienie nie jest częścią mojego oprogramowania, ale… lubię, kiedy ty je masz.

Lira parsknęła śmiechem.

— Dzięki. To chyba komplement.

Kiedy pieśń dobiegła końca, w komorze zapadła cisza tak głęboka, że słychać było odległe kroki studentów na wyższych piętrach.

Profesor Kelm spojrzał na Lirę ciężkim wzrokiem.

— Jeśli zejdziesz na dół, nie rób tego sama.

Lira podniosła kamień pamięci. Był cieplejszy niż przedtem, jakby wchłonął oddech gwiazd.

— Nie będę sama — powiedziała. — Mam ECHO-7. I… mam tę pieśń.

Rozdział 3: Schody w dół, gdzie światło się waha

Dolne poziomy Instytutu zaczynały się za drzwiami, które wyglądały zwyczajnie, a jednak każdy omijał je wzrokiem. Na tabliczce widniało: „Magazyn elementów nieaktywnych”. To było kłamstwo — takie, które mówi się, żeby móc zasnąć.

Lira przyłożyła dłoń do czytnika. Zaskoczyło ją, że drzwi otworzyły się od razu, jakby czekały.

— Witaj, dawna kapitan — szepnęło coś w interkomie. Albo jej się wydawało.

— Słyszałeś? — zapytała ECHO-7.

— Wykryłem jedynie twój przyspieszony oddech — odparł. — Ale twoje „wydaje mi się” często bywa „to prawda”.

Schody prowadziły w dół spiralą. Światła jarzeniowe mrugały, jakby nie mogły się zdecydować, czy być światłem, czy cieniem. Na ścianach pojawiały się ślady starych run — jak zadrapania po pazurach.

Im niżej schodzili, tym chłodniej było. Lira przypomniała sobie ładownie pirackich statków: zapach smaru i metalu, to uczucie, że coś może wyskoczyć z ciemności. Tylko że tu ciemność była bardziej… inteligentna.

Na końcu schodów znaleźli korytarz z wielkimi drzwiami, na których ktoś wyrył znak: dwa okręgi przecinające się jak zaćmienie.

Kamień pamięci w dłoni Liry zadrżał, jakby był sercem.

— To tu — powiedziała.

— Zalecam ostrożność w stopniu maksymalnym — odparł ECHO-7. Jego runy świeciły jasno. — I jeśli mogę dodać osobistą uwagę: nie chcę, żeby cię coś zepsuło.

— Mnie też — mruknęła Lira, po czym przyłożyła kamień do wyżłobienia w drzwiach.

Zamek kliknął. Drzwi rozsunęły się z westchnieniem, jakby wreszcie mogły wypuścić powietrze trzymane latami.

W środku była sala, której nie powinno być pod Instytutem. Nie wyglądała jak magazyn. Wyglądała jak świątynia zbudowana z technologii: w centrum stał ogromny rdzeń — kula z czarnego metalu, opleciona świetlnymi żyłami. Wokół niej krążyły małe drony, ale nie latały; raczej… modliły się ruchem.

A nad wszystkim wisiał szept.

„Nie biegnij przed cieniem…”

Lira zrobiła krok, a podłoga odpowiedziała delikatnym światłem.

— To… urządzenie rezonansowe? — zapytała.

ECHO-7 przeskanował salę.

— To coś łączy zaklęcia z nawigacją międzygwiezdną. Jak kompas, który wskazuje nie północ, lecz… przeznaczenie.

Lira poczuła dreszcz. Przeznaczenie to słowo, które lubi udawać, że jest ważniejsze od wyboru.

Nagle rdzeń zapulsował, a w powietrzu pojawił się obraz: wirujące gwiazdy i czarna szczelina między nimi. Jak rana w kosmosie.

Z tej rany wysunęły się kształty: cieniste, poszarpane, jakby zrobione z niedokończonych snów.

— To nie hologram — powiedziała Lira. — To jest… prawie tu.

ECHO-7 stanął przed nią, rozkładając ramiona jak tarczę.

— Proszę cofnąć się za mnie. Jestem przeznaczony do ochrony.

— Ja też — odpowiedziała Lira cicho. — Tylko nikt mi nie wgrał instrukcji.

Cienie drgnęły, przyciągane pieśnią, która nadal brzmiała w kamieniu. Lira zrozumiała nagle, że to ona jest kluczem: nie kamień, nie Instytut. Ona — jej pamięć, jej dawne winy i obecna decyzja.

— Muszę zaśpiewać to do końca — powiedziała.

— Nie masz danych, że to bezpieczne — ostrzegł ECHO-7.

— Ale mam dane, że jeśli tego nie zrobię, ktoś inny ucierpi.

I to było dla niej ważniejsze niż strach.

Rozdział 4: Pieśń, która znała imiona

Lira zamknęła oczy. Nie była śpiewaczką. Na „Szarży Komety” jej głos służył do rozkazów, nie do melodii. Ale pieśń w kamieniu znała drogę. Była jak rzeka, która pamięta swoje zakręty.

Zaczęła nucić. Najpierw niepewnie, potem pewniej, gdy rytm wszedł jej w oddech.

Dźwięk uniósł się w sali i dotknął rdzenia. Świetlne żyły rozbłysły, a drony zaczęły krążyć szybciej, jakby nagle dostały nową misję.

Cienie zawyły. Nie głosem, tylko brakiem głosu — jak cisza, która boli uszy.

W obrazie kosmosu rana-szczelina zaczęła się rozszerzać.

— Lira, analiza: twoja aktywność zwiększa niestabilność! — krzyknął ECHO-7.

— Bo to jest środek! — odkrzyknęła, śpiewając dalej. — To jak wyciąganie drzazgi: boli, zanim przestanie!

Wtedy pieśń zmieniła się. W słowach pojawiły się… imiona. Nie takie jak „Jan” czy „Maja”. Raczej jak dźwięki, które pasują do gwiazd: „Asterion”, „Miral”, „Selen”. A potem jedno, które uderzyło Lirę prosto w serce:

„Voss”.

Kamień w jej dłoni rozgrzał się, ale nie parzył. Był jak dłoń kogoś, kto mówi: „Wiem, że się boisz. Rób dalej.”

Lira zobaczyła nagle wspomnienie: statek medyczny w ogniu, jej własny głos krzyczący rozkaz, a potem cisza, gdy zrozumiała, co prawie zrobiła. Poczuła wstyd jak ciężki płaszcz.

— Ja… nie chcę już brać — wyszeptała między nutami. — Chcę chronić.

Cienie zadrżały, jakby słuchały. A potem jeden z nich rzucił się w stronę Liry, szybki jak myśl.

ECHO-7 skoczył przed nią. Jego ramiona rozłożyły się w świetlną tarczę. Runy na jego obudowie zapłonęły, tworząc wzór jak pajęczyna.

Cień uderzył i rozprysnął się na drobne iskry mroku.

— ECHO! — krzyknęła Lira, nie przerywając pieśni.

— Jednostka ochronna wciąż sprawna — odpowiedział, choć jego głos brzmiał zgrzytliwie. — Kontynuuj. Wartość: ochrona cywilów. Wartość: ochrona ciebie.

Lira zaśpiewała głośniej. W rytmie pojawił się nowy motyw, jak klucz w zamku. Rdzeń w centrum sali odpowiedział, wydając ton tak czysty, że aż łzy napłynęły jej do oczu.

W obrazie kosmosu szczelina zaczęła się zwężać.

Cienie zawyły jeszcze raz — tym razem jak ktoś, kto nie chce odejść. Lira poczuła, że pieśń prosi o ostatnią rzecz: nie o siłę, lecz o obietnicę.

— Nie pozwolę, żeby ktoś został sam w ciemności — powiedziała. — Nawet jeśli na to zasłużył.

I wtedy zaśpiewała ostatnią frazę, cichą jak kołysanka.

Rdzeń błysnął. Drony zatrzymały się w bezruchu. Szczelina zwinęła się w punkt i zgasła, jak iskra zdmuchnięta wiatrem.

Cisza opadła na salę, ale tym razem była spokojna. Nie groźna. Jak koc, którym ktoś przykrywa roztrzęsione ramiona.

Rozdział 5: Cena i naprawa

Lira otworzyła oczy. ECHO-7 stał obok niej, ale jego obudowa była pęknięta w kilku miejscach, a jedna runa na ramieniu przygasła.

— ECHO… — Lira dotknęła delikatnie pęknięcia. — Przepraszam.

— Przeprosiny przyjęte — odparł robot. — Choć analiza wskazuje, że to nie ty mnie uszkodziłaś, tylko istoty cieniowe. Ale twoja troska jest… przyjemna.

Lira roześmiała się krótko, drżąco.

— Przyjemna. Dobrze. Zasługujesz na całe muzeum przyjemności.

Zza drzwi dobiegł tupot. Po chwili do sali wpadł profesor Kelm z dwiema ochroniarkami i przenośnym projektorem zaklęć.

— Voss! — krzyknął. — Coś tu na dole wyło jak zepsuty silnik!

Rozejrzał się po sali, po przygaszonych światłach, po rdzeniu, który teraz wyglądał jak uśpiony olbrzym.

— Co… ty… — zaczął, ale słowa mu utknęły.

Lira wzięła głęboki oddech.

— To było pęknięcie. W przestrzeni, ale też w czymś starszym. Pieśń trzymała je zamknięte, a ja… ja prawie je otworzyłam, zanim je zamknęłam naprawdę.

Profesor podszedł bliżej rdzenia. Wyciągnął rękę, lecz się zawahał, jakby bał się dotknąć historii.

— Skąd ty w ogóle miałaś tę pieśń?

Lira spojrzała na kamień pamięci. Teraz był chłodny i spokojny, a znaki na nim ułożyły się w prostą linię, jak podpis.

— Z pirackich czasów — powiedziała. — Ukradłam ją kiedyś. Nawet nie wiedząc, co kradnę.

Zapadła cisza. Ochroniarki wymieniły spojrzenia.

Profesor Kelm westchnął.

— Przynajmniej teraz wiesz.

Lira podniosła wzrok.

— I dlatego chcę to naprawić. Nie tylko to pęknięcie. Wszystko, co po sobie zostawiłam.

ECHO-7 poruszył palcami, jakby sprawdzał, czy dalej należą do niego.

— Naprawa jest procesem — powiedział. — Czasem wymaga części zamiennych. Czasem: odwagi. Czasem: pomocy przyjaciół.

— Przyjaciół? — Profesor Kelm zmrużył oczy. — Robotów też?

— Zwłaszcza robotów — mruknęła Lira.

Profesor prychnął, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego.

— Dobrze. Zrobimy tak: oficjalnie tego miejsca nie ma. Nieoficjalnie… stworzymy zespół, który będzie je pilnował. Zabezpieczymy rdzeń, odtworzymy pieśń w kontrolowanych warunkach i postawimy bariery. Enchanto-bariery.

Lira skinęła głową.

— A ja?

— Ty — Profesor spojrzał jej prosto w oczy — zostaniesz. Nie jako piratka. Jako strażniczka. Jeśli wytrzymasz nudę papierów.

— Papierów się boję bardziej niż cieni — przyznała Lira.

— W takim razie masz przed sobą prawdziwą próbę — odparł sucho profesor.

ECHO-7 wyświetlił na twarzy małą ikonę uśmiechu.

— Mogę pomagać w papierach. Mam funkcję sortowania.

— Wiem — Lira szturchnęła go lekko. — I to jest straszne.

Rozdział 6: Znak, który nie świecił, a jednak był widoczny

Minęły tygodnie. Instytut znów brzmiał jak zwykle: kroki studentów, brzęk narzędzi, śmiechy w stołówce. A jednak pod tą codziennością była nowa warstwa ciszy — czujnej, ale spokojnej.

Dolne poziomy zamknięto dodatkowymi pieczęciami. Na drzwiach pojawił się nowy znak: dwa okręgi jak zaćmienie, ale między nimi dorysowano małą gwiazdę. Niby nic, a jednak Lira za każdym razem czuła, jakby ktoś kładł dłoń na jej ramieniu.

ECHO-7 przeszedł naprawę. Jego pęknięcia wypełniono stopem z domieszką kryształów. Teraz, kiedy mówił prawdę, runy świeciły niebiesko, a kiedy żartował — zielonkawo.

— Wykrywam u ciebie poprawę nastroju — oznajmił pewnego wieczoru, gdy siedzieli w pracowni. Za kopułą Instytutu unosił się pył gwiezdny, a na niebie przechodziła wolno karawana statków handlowych, jak świetliste ryby.

— Bo dzisiaj nikt nie ucierpiał — odpowiedziała Lira, obracając w palcach kamień pamięci. — I to jest… miłe.

— To jest minimalny standard — stwierdził ECHO-7.

— Dla mnie to czasem maksimum — przyznała Lira cicho.

Zamilkli na chwilę. Potem Lira włączyła nagranie pieśni, ale bardzo cicho. Teraz nie było w niej groźby. Została jak kołysanka dla maszyn i ludzi.

— Myślisz, że cienie wrócą? — zapytała.

ECHO-7 odchylił głowę.

— Wszystko, co jest głodne, próbuje wracać. Ale teraz mamy bariery, wiedzę i… ciebie. A ty masz coś, czego wcześniej nie miałaś.

— Co takiego?

— Granicę — odpowiedział. — I wybór, by jej pilnować.

Lira spojrzała przez szybę kopuły. W gwiazdach zobaczyła coś, co mogło być tylko przypadkiem: układ świateł, który przypominał małą gwiazdę między dwoma okręgami, dokładnie jak na drzwiach na dół. Statek przeleciał i zostawił smugę, a ona na chwilę ułożyła się w kształt uśmiechu.

To nie świeciło jak neon. Nie krzyczało. Było spokojne, jak znak drogowy na bezpiecznej trasie.

Lira wzięła wdech, jakby po raz pierwszy od dawna oddychała pełną piersią.

— Dobrze — powiedziała. — Jeśli wrócą, będziemy gotowi. Ale dziś… dziś chcę tylko popatrzeć.

ECHO-7 usiadł obok niej, bardzo ostrożnie, żeby nie zarysować stołu.

— Zgodnie z protokołem spokoju: patrzenie jest dozwolone — oznajmił.

Lira parsknęła śmiechem.

— To mój ulubiony protokół.

A gdzieś daleko, w przestrzeni między gwiazdami, coś jakby odpowiedziało cichym echem — nie groźbą, lecz zgodą. I Instytut, z całą swoją magią i technologią, trwał spokojnie, jakby też odetchnął.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Kopuł
Zaokrąglone, przezroczyste dachy budynków, które chronią wnętrze przed pogodą.
Run
Stare znaki lub symbole używane w magii lub starych zapiskach.
Stary terminal
Stary komputer lub urządzenie do odczytywania danych i nagrań.
Kamień pamięci
Przedmiot, który przechowuje dźwięki lub wspomnienia jak pamięć.
Archiwów dźwiękowych
Miejsca, gdzie przechowuje się nagrania różnych dźwięków i głosów.
Komory rezonansowej
Specjalne pomieszczenie, gdzie dźwięk jest wzmacniany i badany.
Urządzenie rezonansowe
Maszyna, która wzmacnia dźwięk lub tworzy fale dźwiękowe.
Kryształy
Przezroczyste, twarde minerały, które świecą i mogą zmieniać dźwięk.
Rdzeń
Centralna część maszyny, która kontroluje jej najważniejsze funkcje.
Drony
Małe maszyny latające lub unoszące się, często używane do pracy lub obserwacji.
Protokołem bezpieczeństwa
Zasady lub plan, które mają chronić ludzi i sprzęt przed niebezpieczeństwem.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantastyka kosmiczna dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.