Trwa ładowanie...
Opowieść o Ramadanie 11-12 lat Czytanie 14 min.

Niewidzialna lampka spokoju i lis Rudo, który uczył się świętować pokój

Lis Rudo, pomagając w banku żywności, uczy się od wolontariuszy cierpliwości, samodyscypliny i tego, jak małe gesty potrafią przynieść wewnętrzny spokój podczas Ramadanu.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Główny bohater: antropomorficzny lis siedzący na krześle, rudy pysk z białymi przepaskami przy pysku i brzuchu, łagodny skoncentrowany wyraz, delikatnie trzymający błyszczącą brązową daktylę, spojrzenie i nieśmiały uśmiech; Mira: sroka na oparciu krzesła po prawej, błyszczące czarno-białe pióra, spokojna i uważna; Pani Basia: wolontariuszka w średnim wieku po lewej, siwe włosy w kok, kremowy sweter, kładzie talerze; Ziutek: młody borsuk kucający z tyłu, ciemnoszare i białe futro, ciekawy i rozbawiony, podnosi ziarenka ryżu; miejsce: świetlica przy zmierzchu, jasne drewniane stoły z miskami zupy i talerzem daktyli, kartony w tle, beżowa zasłona przysłonięta pół na pół z pomarańczową poświatą; sytuacja: spokojny moment posiłku ramadanowego — lis wstrzymuje się z jedzeniem daktyli, nad stołem unosi się ciepłe rozproszone światło, nastrojowa, ciepła kolorystyka (ochra, rudy, krem) skoncentrowana na twarzy lisa i poetyckiej poświacie. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Pudełka, etykiety i lis, który lubił tłumaczyć

W sali domu sąsiedzkiego pachniało kartonem, herbatą z cytryną i czymś jeszcze — jakby ciepłem, które ktoś rozlał po podłodze zamiast wlać do kubka. Na środku stały stoły, a na nich góry darów do banku żywności: ryż, makaron, konserwy, mąka, mydła, a nawet paczka rodzynek tak wielka, że wyglądała jak poduszka.

Lis o imieniu Rudo stał na dwóch łapach jak człowiek (bo tak mu było wygodniej) i z powagą przyklejał etykiety. Miał kitę, która co chwilę muskała pudełka, jakby sprawdzała, czy wszystko stoi równo.

— Tu: „kasze”. A tu: „przyprawy”. I pamiętaj, że cynamon nie jest pieprzem, choć oba robią „ach!” w nosie — mówił, bo Rudo naprawdę lubił tłumaczyć. Nawet gdy nikt nie pytał.

Obok niego kręciła się Pani Basia, wolontariuszka w swetrze z łosiem. — Rudo, ty to byś mógł prowadzić szkolenia. Tylko proszę, nie prowadź szkolenia dla moich uszu, bo już są pełne.

Rudo uśmiechnął się, pokazując drobne ząbki. — To nie szkolenie. To… porządkowanie świata. Jak się porządkuje rzeczy, w głowie też robi się ciszej.

W drzwiach pojawiła się sroka z plakietką „Mira”. Niosła karton z daktylami i ostrożnie stawiała go, jakby to były jajka.

— Daktyle do „słodkie” czy do „owoce”? — zapytała.

Rudo aż podskoczył z ekscytacji pytania. — Daktyle to owoc, ale w Ramadanie często są jak małe zegarki. Pomagają zacząć posiłek po zachodzie słońca. Tylko spokojnie, bez pośpiechu. Wiesz, Ramadan to miesiąc, w którym ludzie ćwiczą cierpliwość i… miękkie serce.

Mira przechyliła głowę. — Miękkie serce? To jak poduszka?

— Jak poduszka, tylko że nie da się jej zgubić pod łóżkiem — odparł lis.

Za oknem było jeszcze jasno, ale w sali już zrobiło się odrobinę bardziej wieczornie. Ktoś zasunął firankę na pół, żeby słońce nie raziło w oczy. Rudo spojrzał na stos paczek i pomyślał, że dziś nauczy się czegoś nowego — nie z książek, tylko z ciszy między pudełkami.

Rozdział 2: Słońce schodzi z dyżuru

Gdy stosy wreszcie przypominały porządne wieże, a nie „górę niespodzianek”, wolontariusze usiedli na krzesłach. Rudo też usiadł, choć jego ogon uparcie nie mieścił się na siedzisku i zwisał jak rudy szalik.

— Dzisiaj, przed zachodem, mam jeszcze chwilę postu — powiedziała Mira, patrząc na okno. Jej głos był lekki, jakby mówiła o czymś zwyczajnym, jak sprawdzanie pogody.

— Postu? To znaczy… nic nie jesz? — zapytał Rudo i od razu dodał, bo lubił tłumaczyć: — Wiem, że post to takie ćwiczenie. Jak trening, tylko bez hantli.

Mira parsknęła. — Bez hantli, za to z wodą, której nie piję aż do wieczora. Ale spokojnie, jestem przyzwyczajona. To pomaga mi pamiętać, że nie wszystko musi być natychmiast.

Rudo zamrugał. — Ja mam z tym problem. Jak widzę rodzynki, to moje łapy same chcą „natychmiast”.

— To możesz ćwiczyć na rodzynkach — zaproponowała Pani Basia. — Samodyscyplina: nie zjeść czegoś, co leży pod nosem. Brzmi jak sport ekstremalny.

Rudo jęknął teatralnie. — Sport ekstremalny: „Nie dotykaj ciastek”.

Mira roześmiała się cicho. — W Ramadanie chodzi też o spokój. O to, żeby nie odpowiadać złością. Jak ktoś cię szturchnie… — spojrzała na Rudego znacząco.

Lis przypomniał sobie, jak rano ktoś przypadkiem przygniótł mu ogon kartonem. Wtedy syknął jak czajnik.

— No dobrze, byłem czajnikiem — przyznał. — Ale chcę się nauczyć… świętować pokój. Tak naprawdę.

— Pokój można świętować w małych rzeczach — powiedziała Mira. — Na przykład: w kolejce nie przepychać się. Albo w rozmowie nie wpychać się komuś do zdania.

Rudo otworzył pysk, żeby coś wytłumaczyć, po czym zamknął go z wysiłkiem, jakby właśnie podnosił niewidzialną sztangę.

Pani Basia klasnęła. — O! Widzę, że lis zaczyna trening. Bez hantli, ale z językiem.

Wszyscy się roześmiali, a w śmiechu było coś miękkiego, jak koc. Słońce za oknem zaczęło schodzić z dyżuru. Złoto na parapecie robiło się miedziane, potem różowe, a potem jakby cichsze.

Rozdział 3: Niewidzialna lampka spokoju

Wieczorem sala pachniała teraz zupą z soczewicy, świeżym chlebem i miętą. Nie była to uczta jak z bajki o zamku, tylko zwykłe, ciepłe jedzenie — takie, które potrafi uspokoić nawet burzę w brzuchu.

Mira rozłożyła na stole talerze. — Za chwilę będzie czas.

Rudo obserwował, jak wszyscy czekają. I to czekanie nie było nerwowe. Było jak siedzenie nad jeziorem: nic się nie dzieje, a jednak w środku robi się porządek.

— Jak wy to robicie? — szepnął. — Ja, gdy czekam, czuję się jak bączek.

— Oddycham — odpowiedziała Mira. — I myślę o tym, że pokój zaczyna się w środku. Potem łatwiej go pokazać na zewnątrz.

Rudo spróbował. Wdech. Wydech. I wtedy… wydarzyło się coś dziwnego.

Nad stołem, tuż obok miski z daktylami, pojawiła się mała, ciepła poświata. Nie była jak lampka, którą się włącza. Raczej jak myśl, która ma własne światło. Drgnęła raz, jakby mrugnęła do Rudego.

Lisowi aż uszy stanęły prosto.

— Czy… czy wy też to widzicie? — zapytał ostrożnie.

Pani Basia spojrzała. — Widzę… daktyle. I widzę, że ktoś bardzo chce je zjeść.

— Nie o to chodzi! — Rudo aż podskoczył, po czym natychmiast się powstrzymał i usiadł. Samodyscyplina. — Chodzi o to… światełko.

Mira uśmiechnęła się, jakby Rudo właśnie zauważył coś oczywistego. — Czasem, gdy ludzie starają się być spokojni, w powietrzu robi się… jaśniej. Może to po prostu nasze oczy uczą się widzieć dobro.

Poświata uniosła się odrobinę, jak piórko. Nie oślepiała. Była łagodna, jak latarka przykryta dłonią.

Ktoś spojrzał na zegarek. — Już.

Wszyscy zaczęli od daktyli i wody, cicho i z uśmiechami. Rudo, choć nie pościł, postanowił zrobić coś na swój sposób: wziął daktyla, przytrzymał go w łapie i policzył w myślach do dziesięciu.

Jeden. Dwa. Trzy.

Poświata jakby przyklasnęła bez dźwięku.

Dziesięć.

Lis zjadł daktyla i odkrył, że smakuje lepiej, gdy się na niego nie rzuca. To było zaskakujące. Jakby cukier miał więcej czasu, żeby powiedzieć „dzień dobry”.

Rozdział 4: Misja „Nie-burza”

Następnego dnia Rudo znów przyszedł pomagać. Kartony czekały, etykiety też. Ale największym wyzwaniem okazał się… Ziutek, młody borsuk, który mówił głośno, szybko i jakby zawsze miał w kieszeni trąbkę.

— Hej, lisie! — zawołał Ziutek. — To ty jesteś ten od tłumaczenia! Wytłumacz mi, czemu wszystko musi być takie równe?

Rudo poczuł, jak w nim rośnie bączek. Równe? Bo tak. Bo porządek. Bo—

Wziął wdech, jak nauczyła Mira. Pomyślał o niewidzialnej lampce spokoju. I postanowił świętować pokój w najtrudniejszym miejscu: w rozmowie z Ziutkiem.

— Równe pudełka nie przewracają się na łapy — odpowiedział łagodnie. — A jak się nie przewracają, to nikt nie krzyczy. A jak nikt nie krzyczy, to w środku jest… ciszej.

Ziutek zmarszczył nos. — A jak ja lubię krzyczeć?

— To możesz krzyczeć w myślach — zaproponował Rudo. — Tam jest dużo miejsca i nikt nie dostaje bólu uszu.

Pani Basia zakaszlała, udając, że to kaszel, a nie śmiech.

W południe przyjechała dostawa i zrobił się tłok. Ktoś przypadkiem potrącił wózek, a na podłogę wypadła paczka ryżu. Ziarenka rozsypały się jak białe mrówki i zaczęły uciekać we wszystkie strony.

Ziutek jęknął. — No pięknie! Teraz będziemy to zbierać do następnego Ramadanu!

Rudo już miał powiedzieć: „To twoja wina”, bo jego język czasem biegał szybciej niż rozsądek. Zatrzymał go jednak obraz: poświata nad stołem, miękka i cierpliwa.

— Spokojnie — powiedział zamiast tego. — Ryż nie ucieknie daleko. To nie wiewiórka.

— Ale ja ucieknę! — Ziutek udawał dramat, ale w oczach miał prośbę: „Ratuj”.

Rudo uklęknął i zaczął zbierać ziarenka na łopatkę. — Zrobimy z tego grę. Kto zbierze więcej bez marudzenia, ten wygrywa… prawo do pierwszego uśmiechu.

— Pierwszego uśmiechu? — Ziutek parsknął. — Dziwna nagroda.

— Najtańsza i zawsze działa — odparł lis.

Zbierali ryż w ciszy, przerywanej tylko cichym „klik” ziarenek o plastik. Po chwili Rudo zauważył, że w tej ciszy jest coś jeszcze: Ziutek przestał być trąbką. Stał się… zwykłym borsukiem, który potrafi skupić się na jednej rzeczy.

— Hej — mruknął Ziutek. — To nawet… uspokaja.

— Widzisz? — Rudo nie mógł się powstrzymać, ale tym razem tłumaczenie było delikatne. — Samodyscyplina to nie kara. To kierownica. Bez niej jedziesz w krzaki.

Ziutek spojrzał na niego z podziwem. — Ty to jednak umiesz gadać.

Rudo odchrząknął, dumny, ale spokojny. — Uczę się gadać tak, żeby nie robić burzy.

Rozdział 5: Wieczorne opowieści i pokój w kieszeni

Tego wieczoru Mira zaprosiła wolontariuszy na krótkie spotkanie po pracy. Nie było uroczyste. Ktoś przyniósł zupę, ktoś herbatę, ktoś ciasteczka, które wyglądały jak małe księżyce.

— Księżyce do jedzenia! — zachwycił się Ziutek.

— Tylko nie gryź od razu całego nieba — mruknęła Pani Basia.

Usiedli w kręgu. Rudo miał wrażenie, że krąg jest jak miska: trzyma w środku wszystko, co ważne, żeby się nie rozlało.

Mira opowiadała o Ramadanie prostymi słowami. O tym, że to czas uważności, wdzięczności, dzielenia się, ale też ćwiczenia charakteru. Że czasem trudniej jest nie odpowiadać złośliwie niż nie jeść. Że pokój bywa decyzją podejmowaną sto razy dziennie.

Rudo słuchał i czuł, jak coś w nim mięknie, ale nie robi się słabe. Raczej mocne w inny sposób, jak drewno, które nie pęka, bo umie się ugiąć.

— A ty, Rudo? — zapytała Mira. — Czego się uczysz?

Lis poprawił łapy na kolanach. Otworzył pysk. I… zrobił przerwę, żeby nie wpaść w wykład.

— Uczę się świętować pokój — powiedział w końcu. — Nie taki wielki, z fajerwerkami. Tylko taki, co mieści się w kieszeni. W kieszeni na słowa. Żeby zanim coś powiem, sprawdzić, czy to nie będzie kamień.

Ziutek szturchnął go łokciem. — A jak jest kamień?

— To go można zamienić na guzik — odparł Rudo. — Guzik się przydaje. Kamień tylko ciąży.

Pani Basia westchnęła teatralnie. — O rany, ja też chcę takie kieszenie.

Wtedy znów pojawiła się poświata. Tym razem nie tylko nad stołem. Jakby cienka nitka światła przechodziła między nimi, łącząc kubki, dłonie, uśmiechy. Nikt nie krzyknął: „O, magia!”, bo to nie była magia z fajerwerkami. To była magia codzienna, która nie przeszkadza w myciu naczyń.

Rudo spojrzał na Mirę, a ona kiwnęła głową, jakby mówiła: „Widzisz? Pokój ma swój blask”.

Lis poczuł, że chce coś zrobić. Coś prostego.

— Jutro mogę wytłumaczyć młodszym, jak sortujemy dary — zaproponował. — Ale obiecuję: krótko. I bez burzy.

Ziutek uniósł brew. — Ty? Krótko?

— To będzie mój post — odparł Rudo poważnie. — Post od gadania.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Rudo… uśmiechnął się i wytrzymał bez tłumaczenia, dlaczego to śmieszne. To było jego małe zwycięstwo.

Rozdział 6: Zasłona, która spada jak piórko

Ostatniego dnia, gdy znów sortowali dary, Rudo zauważył coś ważnego: kartony były lżejsze, choć ważyły tyle samo. Bo ręce były więcej, a serca bardziej zgodne. Ziutek nawet sam z siebie poprawiał etykiety.

— Ej, lisie — zawołał borsuk. — „Kasza” przez „sz”, prawda?

Rudo poczuł, jak rośnie w nim potrzeba wykładu o historii języka, o dźwiękach i o tym, że „sz” brzmi jak deszcz na liściach. Wziął wdech.

— Tak — odpowiedział tylko. — Dobra robota.

Ziutek zamrugał, jakby właśnie zobaczył, że lis potrafi być krótszy niż ogon.

Po pracy sala była już prawie pusta. Na stole została jedna paczka daktyli, kilka kubków i szelest papieru, który brzmiał jak ciche „do widzenia”. Za oknem wieczór siedział na gałęziach jak ciemnogranatowy ptak.

Mira podeszła do okna. — Lubię ten moment dnia — powiedziała. — Kiedy świat zwalnia.

Rudo stanął obok. — Ja też. Dzisiaj, jak ktoś mnie potrącił, to… nie byłem czajnikiem.

— Byłeś? — zapytała Pani Basia, udając surowość.

— Byłem… kubkiem. Da się mnie przesunąć, ale nie syczę — odparł Rudo.

Ziutek prychnął. — Kubek-lis. No, teraz to już widziałem wszystko.

Rudo spojrzał na salę: czyste stoły, poukładane krzesła, etykiety równo jak żołnierzyki, tylko że bez wojny. Poczuł w środku ciepło — nie gorące, nie rozlewające się. Raczej spokojne, jak lampka w pokoju, gdy wszyscy już są w domu.

Mira podeszła do zasłony. Materiał był lekki, w kolorze piasku. Chwyciła go delikatnie, jakby to było skrzydło motyla.

— Do jutra — powiedziała.

Rudo skinął głową. — Do jutra. I… dziękuję. Za lekcję pokoju.

Nie było fanfar. Tylko ciche przesunięcie kółek na karniszu. Zasłona została pociągnięta łagodnie, aż okno zrobiło się miękkim prostokątem ciemności.

A w tej ciemności Rudo miał wrażenie, że niewidzialna lampka spokoju świeci dalej — już nie nad stołem, tylko w nim samym.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Banku żywności
Miejsce, gdzie zbiera się i rozdaje jedzenie potrzebującym ludziom.
Wolontariuszka
Osoba, która pomaga innym za darmo, bo chce dobrze zrobić.
Etykiety
Kartki lub naklejki z napisem, które mówią, co jest w pudełku.
Samodyscyplina
Umiejętność kontrolowania siebie i robienia rzeczy mimo trudności.
Ramadan
Święty miesiąc w islamie, kiedy wielu ludzi pości i modli się więcej.
Poświata
Delikatne, miękkie światło, które otacza coś i wygląda spokojnie.
Post
Dobre ćwiczenie, gdy przez jakiś czas się nie je ani nie pije.
Cierpliwość
Umiejętność czekania bez gniewu i nierobienia zamieszania.
Uważności
Słuchanie i obserwowanie chwil teraz, bez rozpraszania się.
Wdzięczności
Poczucie dziękowania za to, co się ma lub otrzymało.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Tematy związane z tą opowieścią:

współpraca dzielenie się

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.