Trwa ładowanie...
Opowieść o Ramadanie 11-12 lat Czytanie 17 min.

Nocny dywan po deszczu: opowieść o iftarze, torbach i Fistaszku

Podczas iftaru dwóch chłopców wychodzi na nocny spacer po deszczu, odkrywając magiczną ciszę miasta, pomagając sąsiadce z ciężkimi torbami i spotykając zagubionego psa.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są trzy postacie: chłopiec ~10 lat Bartek, krótkie brązowe włosy, granatowa kurtka, trzyma dużą brązową torbę papierową obiema rękami, z przodu po lewej przy schodach, skupione spojrzenie i nieśmiały uśmiech; chłopiec ~11 lat Oskar, rozczochrane blond włosy, khaki kurtka, niesie drugą ciężką torbę na prawym ramieniu, nieco za i po prawej od Bartka, lekko pochylony; kobieta ~60 lat pani Halina, szare włosy upięte w kok, beżowy płaszcz, stoi na półpiętrze przed drzwiami, jedna ręka na klamce, druga lekko wyciągnięta ku chłopcom, wyraz ulgi i ciepła. Miejsce: klatka schodowa starego budynku, częściowo łuszczące się kremowe ściany, mokre betonowe stopnie z kałużami i śladami deszczu, ciemna zużyta metalowa poręcz, żółta lampa sufitowa dająca ciepły blask, małe plakaty i czerwone skrzynki na listy na ścianie, zwiędła roślina doniczkowa na półpiętrze. Sytuacja: noc po iftarze — dwaj chłopcy pomagają sąsiadce nieść ciężkie torby z zakupami po schodach w ciepłym świetle; gesty solidarności i lekkie zmęczenie, życzliwe wyrazy twarzy, torby wypełnione (jabłka, ziemniaki, wystający worek mąki). Styl: plakat dla dzieci, płaskie bloki kolorów, wyraźne kontury, minimalne cienie, ograniczona kontrastowa paleta (głęboki niebieski, ciepły żółty, beż, brąz), wilgotne połyskujące powierzchnie, czytelne emocje, pionowy format, wysoka rozdzielczość, czysty rysunek do druku. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Deszczowy iftar

Deszcz stukał w parapet jak palce, które próbują zagrać wesołą melodię, ale co chwilę zmieniają zdanie. Bartek siedział przy stole i słuchał tego stukania tak uważnie, jakby w kroplach ukryto sekret. W mieszkaniu pachniało zupą z soczewicy, ciepłym chlebem i miętową herbatą. Światło lampy robiło na obrusie złote plamy, a za oknem ciemniało.

— Słyszysz? — szepnął Bartek do Oskara, który siedział obok i udawał, że jest bardzo dorosły, bo trzymał szklankę wody jak w filmie.

— Deszcz? Każdy słyszy deszcz — mruknął Oskar, ale uśmiechnął się kącikiem ust.

— Nie „deszcz”. Tylko… to, jak on brzmi. Jakby mówił „tik-tak, tik-tak”, i przypominał, że czas płynie, ale można go złapać w dłonie. To jest… magiczne.

Oskar spojrzał na Bartka z miną: „Okej, poeta”, ale zaraz parsknął cicho.

— Ty to zawsze kończysz, co zaczynasz — powiedział. — Nawet słuchanie deszczu.

— Bo jak się czegoś nie dokończy, to potem w głowie zostaje taki niedomknięty nawias — odparł Bartek. — I cały dzień skrzypi.

W kuchni mama Oskara postawiła na stole talerz daktyli.

— No, chłopaki. Za chwilę można zaczynać. Najpierw woda, daktyle… i spokojnie, bez wyścigów — dodała, patrząc znacząco na Oskara, który kiedyś próbował zjeść daktyla w dwóch sekundach i prawie się zakrztusił.

Bartek znów wsłuchał się w deszcz. Krople przesuwały się po szybie jak srebrne robaczki, a każda zostawiała po sobie ślad, jakby rysowała cieniutką drogę.

Kiedy nadszedł moment iftaru, wszystko zrobiło się proste: łyk wody, słodycz daktyla, ciepło zupy. A deszcz dalej grał.

— Wiesz co? — powiedział Bartek po chwili. — Chciałbym zobaczyć, jak wygląda noc, kiedy deszcz już przestanie. Tak po prostu… przejść się.

— Nocna wyprawa? — Oskar aż podniósł brwi. — Brzmi jak coś, co kończy się tym, że wracamy przemoczeni i dostajemy kazanie.

— Albo jak coś, co kończy się odkryciem, że noc ma miękki dywan — odpowiedział Bartek. — Tylko trzeba sprawdzić do końca.

Oskar popatrzył w okno, gdzie krople zaczęły zwalniać. Jakby deszcz też się zastanawiał.

— Dobra — powiedział w końcu. — Ale jeśli spotkamy tajemniczego kota, to ja z nim negocjuję.

Rozdział 2: Plan z kieszeni kurtki

Po iftarze mieszkanie wypełniło się zwyczajnym hałasem: łyżeczki brzęczały o szklanki, ktoś śmiał się w salonie, a w tle grał cichy program radiowy. Bartek i Oskar usiedli w przedpokoju, jakby to była tajna baza dowodzenia.

Bartek wyciągnął z kieszeni mały notes. Miał okładkę w kratkę i długopis na sprężynce.

— Ty serio nosisz notes? — Oskar zaskrzeczał śmiechem. — Jesteś jak detektyw od prac domowych.

— To nie detektyw. To „żeby nie zostawić niedomkniętych nawiasów” — Bartek stuknął długopisem w papier. — Plan: krótki spacer. Cel: zobaczyć noc po deszczu. Zasada: wracamy przed późną godziną. I jeszcze… — zawahał się. — Może zrobimy coś dobrego przy okazji?

Oskar oparł się o ścianę.

— Co dobrego? Jak oddamy światu jeden uśmiech? Proszę bardzo — zrobił minę jak reklama pasty do zębów.

Bartek parsknął.

— Nie o to chodzi. W Ramadan w naszej kamienicy ludzie różnie to przeżywają, ale wszyscy jakoś… robią miejsce dla innych. Może my też.

Wtedy drzwi do mieszkania uchyliły się i wychyliła się siostra Oskara, starsza o kilka lat, z włosami upiętymi w kok tak pewny, jakby trzymał całą rodzinę w pionie.

— Hej, tajni agenci. Jeśli planujecie spacer, weźcie parasolkę. I latarkę. I nie róbcie z siebie legend osiedla — powiedziała, a potem dodała ciszej: — A jak spotkacie panią Halinę z trzeciego, to zapytajcie, czy nie potrzebuje pomocy. Dźwiga zawsze te torby jak dwa słonie.

— Słonie? — Oskar wyszeptał, gdy drzwi się zamknęły. — Pani Halina ma torby jak boss w grze. Trzeba do niej podejść ostrożnie.

— No widzisz. To jest coś dobrego — Bartek zapisał w notesie: „Pani Halina — torby”.

Ubrali kurtki. Deszcz już prawie zamilkł, tylko czasem z rynny spadała spóźniona kropla, jakby ktoś na dachu przypominał: „Hej, ja jeszcze tu jestem”.

Na klatce schodowej pachniało mokrą cegłą i czyimś obiadem, którego nikt już nie jadł, ale zapach został jak echo.

— Gotowy? — zapytał Bartek.

— Gotowy. I mam parasolkę. Jeśli noc ma dywan, to ja nie zamierzam go odkurzać własną głową — odparł Oskar.

Wyszli na zewnątrz, a powietrze było takie świeże, jakby ktoś otworzył ogromne okno na cały świat.

Rozdział 3: Noc, która chodzi na palcach

Ulica błyszczała. Kałuże były jak małe lustra, w których odbijały się latarnie i okna. Bartek stąpał ostrożnie, ale nie dlatego, że bał się poślizgnąć. Raczej dlatego, że noc rzeczywiście chodziła na palcach i on nie chciał jej przestraszyć.

— Patrz — powiedział, wskazując kałużę. — Tam jest drugi świat.

Oskar nachylił się i zobaczył w wodzie rozmazane światło.

— Drugi świat, w którym latarnie mieszkają na dnie — skomentował. — I gdzie ryby mają prawo jazdy.

Szli wolno. Z każdego drzewa kapały pojedyncze krople, jakby liście oddawały resztki deszczu z kieszeni. Gdzieś daleko przejechał tramwaj, brzdęknął, zniknął. Osiedle zrobiło się ciche, ale nie puste. Cisza miała w sobie ciepło, jak koc.

Bartek wciągnął powietrze nosem.

— Pachnie jak… mokra trawa i mydło.

— Jak świeżo umyta planeta — zgodził się Oskar, po czym dodał: — Tylko szkoda, że planet nie można suszyć ręcznikiem.

Minęli sklepik, już zamknięty. W oknie odbijały się ich sylwetki, trochę jakby mieli podwójne życie: jedno po tej stronie, drugie w szybie.

Przy ławce zobaczyli kota. Siedział jak król, z ogonem owiniętym wokół łap, i patrzył na nich tak, jakby oceniał, czy zasługują na przejście.

— Okej, to ten moment — Oskar wyprostował się. — Ja negocjuję.

Podszedł krok bliżej.

— Panie Kocie — powiedział bardzo poważnie. — My tylko na spacer, żadnych kłopotów. W zamian mogę zaoferować… dobre intencje.

Kot zamrugał powoli, jakby podpisywał umowę, po czym wstał i przeszedł obok, muskając Oskara bokiem. Oskar zamarł.

— To było „przyjęte” — szepnął Bartek.

— Albo „uważaj, człowieku, bo masz sznurówkę” — odparł Oskar i dopiero wtedy zauważył, że rzeczywiście ma rozwiązaną. Zawiązał ją szybko. — Dobra, dzięki, kocie bossie.

Kiedy ruszyli dalej, Bartek poczuł, że nocna wędrówka ma smak jak miętowa herbata: trochę chłodna, trochę słodka, i zostaje na języku.

— Wiesz — powiedział. — To jest właśnie to. Jak zaczynam, to chcę dotrzeć do końca. A noc… jakby mówiła: „Nie spiesz się, bo ja też jestem drogą”.

Oskar nie żartował przez chwilę.

— Też mi się podoba. Jest spokojniej. Jakby ktoś przyciszył świat.

Przy następnym skrzyżowaniu zobaczyli znajomą sylwetkę: pani Halina, w płaszczu i z dwiema wielkimi torbami, które wyglądały, jakby rzeczywiście były pełne słoni, tylko mniejszych, kieszonkowych.

Rozdział 4: Torby, które mają charakter

Pani Halina stała pod latarnią i próbowała poprawić uchwyt torby, ale uchwyt miał własne zdanie. Jedna torba zjeżdżała jej z ramienia jak śliski węgorz.

— Dobry wieczór, pani Halino! — zawołał Bartek.

Kobieta odwróciła głowę i od razu się uśmiechnęła, choć było w tym uśmiechu zmęczenie.

— O, chłopcy. Wieczór dobry. A wy co, nocni turyści?

— Spacerujemy — powiedział Oskar. — I widzimy, że torby prowadzą z panią wojnę.

— To nie wojna — westchnęła pani Halina. — To negocjacje, które przegrywam.

Bartek bez wahania podszedł.

— Pomożemy. Do którego piętra?

— Trzecie, ale… nie musicie, naprawdę…

— Musimy — wtrącił Oskar, łapiąc jedną torbę. — Bo my jesteśmy… eee… straż nocna od toreb.

— I od niedomkniętych nawiasów — dodał Bartek, biorąc drugą.

Torby okazały się cięższe, niż wyglądały. Bartek poczuł, jak rączka wbija mu się w palce. Ale pomyślał, że jeśli zaczął pomagać, to musi dokończyć. To była jego zasada, jak wewnętrzny kompas.

— Co pani tam ma, kamienie do budowy zamku? — sapnął Oskar.

— Prawie — zaśmiała się pani Halina. — Ziemniaki. I trochę jabłek. I mąkę. Chciałam upiec jutro ciasto dla wnuczki, ale mąka waży, jakby była obrażona na świat.

Weszli na klatkę. Schody były wilgotne od czyichś parasolek. Każdy stopień brzmiał inaczej: tu skrzyp, tam stuk. Bartek liczył w myślach, żeby nie myśleć o palcach, które już czuły się jak po treningu.

Na drugim piętrze pani Halina zatrzymała się, żeby złapać oddech.

— Widzicie? — powiedziała. — A ja zawsze mówię, że dam radę.

— Daje pani radę — odparł Bartek. — Tylko czasem warto, żeby ktoś dał radę razem z panią.

Pani Halina spojrzała na niego uważnie, jakby to zdanie było małą latarką w kieszeni.

— Mądrze gadasz, młody.

Oskar natychmiast przyjął pozę.

— Ja też potrafię mądrze gadać. Na przykład: ziemniaki są okrągłe, więc łatwiej im się turlać do domu.

— Oskar… — Bartek jęknął.

— Co? To prawda — upierał się Oskar.

Na trzecim piętrze dotarli do drzwi. Pani Halina wyjęła klucze, ale klucze, podobnie jak torby, miały charakter. Wypadły jej z dłoni i brzęknęły o podłogę.

Oskar schylił się i podał je z eleganckim ukłonem, jak w filmie o rycerzach.

— Pani klucze, moja pani.

— A to ci dopiero — zaśmiała się pani Halina i otworzyła drzwi. — Dziękuję wam. Naprawdę.

Bartek poczuł w klatce piersiowej ciepło, jakby ktoś zapalił małą świeczkę.

— Nie ma sprawy — powiedział, choć wiedział, że to wcale nie jest „nie ma sprawy”. To była sprawa. Dobra sprawa.

Kiedy wyszli z klatki, noc wydawała się jeszcze spokojniejsza. Jakby i ona doceniła, że torby wreszcie dotarły do końca.

Rozdział 5: Latarnie i mały cud

Deszcz ustał zupełnie. Z drzew spadały już tylko pojedyncze krople, które brzmiały jak delikatne „plum”, „plum”, jakby ktoś próbował nie przeszkadzać.

Chłopcy poszli w stronę małego parku. Na ścieżce leżały mokre liście, przyklejone do ziemi jak kolorowe znaczki. Latarnie świeciły, a ich światło rozlewało się po chodniku w długie pasy.

— Zobacz — Bartek wskazał na jeden z pasów światła. — Jakby ktoś rozwinął złotą wstążkę.

— Albo jakby latarnie robiły naleśniki z światła — Oskar cmoknął, jakby oceniał smak. — Tylko brakuje dżemu.

W parku było prawie pusto. Tylko gdzieś na ławce siedział mężczyzna z kapturem i czytał coś na telefonie. Obok niego stała mała torba z logo sklepu.

Bartek zwolnił.

— Może to ktoś, kto czeka na kogoś z rodziny — szepnął.

Oskar też zwolnił, choć zwykle robił odwrotnie.

Wtedy w krzakach coś zaszurało. Bartek odruchowo napiął ramiona.

— Spokojnie, to pewnie jeż — powiedział Oskar, ale jego głos zdradzał, że wcale nie jest pewny.

Z krzaków wyszło… małe, chude psisko. Miało mokrą sierść i spojrzenie, które mówiło: „Przepraszam, że istnieję, ale trochę mi zimno”.

Pies podszedł do światła latarni, jakby światło było miską z ciepłem. Potem popatrzył na chłopców i machnął ogonem tak nieśmiało, jakby się wstydził własnego ogona.

— Ojej — powiedział Bartek.

— Ojoj, czyli jesteśmy zgubieni — dodał Oskar. — Bo jak zobaczysz takie oczy, to koniec. Ty tego nie zostawisz.

Bartek przykucnął.

— Hej, kolego — powiedział łagodnie. — Skąd ty się tu wziąłeś?

Pies kichnął. To kichnięcie było tak zabawnie poważne, że Oskar parsknął śmiechem.

— On brzmi jak mały silniczek — skomentował.

Bartek rozejrzał się. Na obroży psa wisiała blaszka. Zbliżył się ostrożnie i przeczytał.

— Jest numer telefonu.

Oskar natychmiast wyciągnął swój telefon.

— To jest misja. A my jesteśmy straż nocna od… wszystkiego.

Zadzwonili. Po trzech sygnałach odebrała kobieta. Jej głos był napięty, jak naciągnięta gumka recepturka.

— Halo? Kto mówi?

— Dzień dobry, znaleźliśmy psa. Ma obrożę z tym numerem — powiedział Oskar, a potem dodał szybko: — Jest cały, tylko mokry i wygląda, jakby mu się marzył koc.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem słychać było wydech ulgi.

— To Fistaszek! Ojej, szukamy go od godziny… Gdzie jesteście?

Podali miejsce. Kobieta obiecała, że zaraz przybiegnie. Chłopcy usiedli z psem pod latarnią. Bartek zdjął z głowy czapkę i położył ją obok Fistaszka, jak prowizoryczny kocyk.

— Nie zmarzniesz? — zapytał Oskar.

— Trochę, ale… zacząłem, to dokończę. Zresztą noc jest miękka — Bartek wzruszył ramionami.

Oskar popatrzył na mokry chodnik, na światło, które w nim pływało, i na psa, który przysunął się do Bartka.

— Wiesz co? — powiedział ciszej. — Ta noc naprawdę ma dywan. I chyba ktoś go właśnie wyczyścił deszczem.

Kobieta przybiegła po kilku minutach, zadyszana, w sportowych butach i z kurtką narzuconą w pośpiechu. Kiedy zobaczyła Fistaszka, niemal się rozpłakała.

— Ty mały uciekinierze! — zawołała i uklękła, przytulając psa.

Fistaszek zaszczekał cicho, jakby mówił: „No dobra, już wracam”.

Kobieta spojrzała na chłopców.

— Dziękuję wam. Nie wiecie, ile to znaczy. Dla mnie… i dla niego.

Oskar machnął ręką, jakby to było nic, ale jego policzki lekko poczerwieniały.

— Nie ma sprawy. My… patrolujemy — wymamrotał.

Bartek uśmiechnął się. W sercu miał jasność, prostą jak światło latarni.

Rozdział 6: Droga do domu i „dziękuję”

Wracali wolniej niż wcześniej. Nie dlatego, że byli zmęczeni, choć trochę byli. Raczej dlatego, że nie chcieli uronić ani jednego kawałka tej nocy, jak nie chce się uronić okruszka ulubionego ciastka.

W oknach mieszkań świeciły ciepłe światła. Tu ktoś suszył parasolkę przy kaloryferze, tam ktoś śmiał się głośno, a gdzie indziej telewizor mruczał jak wielki kot. Bartek pomyślał, że Ramadan ma w sobie coś z takiego wspólnego światła: każdy ma własną lampę, ale razem robi się jaśniej.

— Wiesz — zaczął Oskar, kopiąc delikatnie mały kamyk, który posłusznie potoczył się po chodniku. — Pomaganie jest… dziwnie przyjemne. Jakby człowiekowi robiło się więcej miejsca w środku.

— Bo to trochę jak sprzątanie pokoju — odparł Bartek. — Nagle możesz oddychać. I nie potykasz się o własne rzeczy.

Oskar prychnął.

— Ty i twoje porównania. Ale… tak. Coś w tym jest.

Gdy doszli pod blok, deszczowa cisza była już tylko wspomnieniem, ale w powietrzu nadal wisiała świeżość. Bartek zatrzymał się na chwilę i spojrzał w górę, na rynny, na ciemne niebo, na latarnie.

— Szkoda, że nie da się zatrzymać nocy w słoiku — powiedział.

— Da się — odpowiedział Oskar. — W pamięci. I w twoim notesie, pewnie.

Bartek roześmiał się i rzeczywiście wyjął notes. Na ostatniej stronie napisał krótko: „Deszcz. Iftar. Nocny dywan. Torby. Fistaszek. Wspólne światło.”

Weszli do klatki. Na schodach spotkali panią Halinę, która właśnie wystawiała mały worek ze śmieciami. Zobaczyła ich i uniosła brwi.

— O, wracają bohaterowie toreb! — zawołała.

— Bohaterowie z przerwą na psa — odpowiedział Oskar.

Pani Halina pokiwała głową z uznaniem.

— Dobre chłopaki z was. Tak trzymać.

Bartek poczuł, że chce coś powiedzieć. Nie żart, nie sprytną ripostę, tylko coś prawdziwego, do końca. Zatrzymał się i spojrzał na panią Halinę, a potem na Oskara, jakby sprawdzał, czy ten też to czuje.

— Dziękuję — powiedział Bartek cicho, ale wyraźnie. — Za to, że pani nam pozwoliła pomóc. I… za to, że ta noc była taka dobra.

Pani Halina na moment zmiękła w twarzy.

— To ja dziękuję, Bartku.

Oskar chrząknął, jakby mu coś utknęło w gardle, ale to nie była łza. Oczywiście, że nie.

— No… ja też dziękuję — dodał szybko. — I deszczowi też, bo bez niego nie byłoby tej całej… magicznej kałuży.

Bartek uśmiechnął się szeroko. Kiedy otworzyli drzwi mieszkania, uderzyło ich ciepło i zapach herbaty. Wszystko było na swoim miejscu, a jednak jakby trochę jaśniejsze.

Bartek pomyślał, że czasem wystarczy posłuchać deszczu podczas iftaru, a potem dokończyć to, co się zaczęło: wyjść w noc, zrobić coś dobrego i wrócić z sercem pełnym spokojnego światła.

I jeszcze raz, w myślach, powiedział: dziękuję.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Parapet
Płaska część podokienna, na której siadają lub odkładają rzeczy.
Soczewicy
Rodzaj małych roślin strączkowych używanych do zupy lub potraw.
Obrusie
Tkanina, którą kładzie się na stół, żeby go chronić i zdobić.
Daktyli
Słodkie owoce często jedzone na rozpoczęcie posiłku podczas iftaru.
Iftar
Posiłek, którym przerywa się post po zachodzie słońca w Ramadan.
Kieszeni
Miejsce w ubraniu, gdzie można schować małe rzeczy ręką.
Uchwyt
Część torby lub przedmiotu, za którą trzyma się go ręką.
Negocjacje
Rozmowy, podczas których ludzie próbują znaleźć wspólne rozwiązanie.
Klatce schodowej
Część budynku z schodami, którą ludzie używają, żeby wejść do mieszkań.
Obrażona na świat
Wyrażenie opisujące coś, co sprawia wrażenie ciężkiego lub niechętnego.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.