Pierwszy płatek i wielkie marzenie
Dawno, dawno temu, pod niebem posypanym jak piernik cukrem pudrem, mieszkał w lesie lisek o imieniu Rudek. Miał ogon puszysty jak ciepły szalik i oczy błyszczące jak dwie małe iskierki. Rudek był dumny, bo szybko biegał, skakał jak sprężyna i pięknie znał ścieżki między świerkami. Pewnego ranka, gdy śnieg sypał miękko i cicho, Rudek pomyślał: "Chcę powiesić gwiazdę z papieru na samym szczycie naszej leśnej choinki." Ta choinka była stara i wysoka, pachniała żywicą i cicho szeptała igiełkami.
Pada, pada cichy śnieg. Dzwonki dzwonią: dzyń, dzyń, dzyń. Choinka pachnie, świeczki migoczą w oknach chat, choć dzień dopiero się budzi.
Rudek zapatrzył się w niebo. Chmury wyglądały jak puchate pierzynki, a księżyc, choć chował się za nimi, zostawił srebrny uśmiech na całym lesie. "Papierowa gwiazda będzie jak promyk nieba, co można dotknąć," pomyślał. Trochę też chciał pokazać, że potrafi. Dumny ogon zadrżał z radości, a łapki przebierały niecierpliwie.
"Witam, pani Sarenko!" zawołał grzecznie do sarny, która chrupała zmarznięte listki. "Dzień dobry, panie Dzięciole!" skłonił się uprzejmie do dzięcioła stukającego w korę. Rudek dobrze znał ważne słowa: "proszę" i "dziękuję". Mówił je często, bo tak go nauczyła mama i babcia lisica. Ale w sercu Rudka mieszkała też mała nuta dumy: "Zrobię to sam. Dam radę. Pokażę, że umiem."
Śnieg szeptał pod łapkami, a las nucił swoją zimową piosenkę.
Gwiazda z papieru i duma liska
Na skraju lasu stała mała chatka. Okno stało jeszcze ciche i senne, jak zamknięte oko nocy. Pod gankiem wiatr zostawił pasek jasnego papieru, miękki i gładki jak płatek mlecznej chmury. Rudek znalazł go i powąchał. Pachniał piekarnią i opłatkiem, jakby w papierze schował się wigilijny szept.
"Poproszę tylko jeszcze wstążkę," mruknął lisek, rozejrzał się i odnalazł cienki, czerwony sznureczek, który spadł z sanek zostawionych przy płocie. "Dziękuję, wstążeczko," powiedział na wszelki wypadek, bo grzeczność działa dobrze nawet wtedy, gdy rozmawia się z rzeczami.
Rudek usiadł pod choinką i złożył papier w harmonijkę. Zgiął rogi ostro jak promienie słońca. Pogładził, dmuchnął ciepło, by brzegi były równe. Potem związał wstążkę przez środko. Rozchylił boki i—ach!—papier rozkwitł w gwiazdę. Była prosta i piękna. Taka, jaką narysowałby księżyc na białym niebie.
"To będzie nasza leśna gwiazdka," szepnął. Pada, pada cichy śnieg. Dzwonki dzwonią: dzyń, dzyń, dzyń. Choinka pachnie, świeczki migoczą.
Rudek podszedł do wielkiej choinki w sercu lasu. Spojrzał w górę. Gałąź na szczycie była daleko, jak nieśmiały uśmiech nieba. "Dam radę," powiedział dumnie. Wspiął się na pierwszy konar. Łapki drżały, ale Rudek był odważny. Jeszcze kawałek, jeszcze troszkę… gałązki igieł szeptały: "Powoli, powoli."
Nagle z dołu odezwała się sikorka. "Mogę pomóc, lisku? Polecę z gwiazdką wyżej."
"Dziękuję, sikorko, ale dam radę sam," odparł uprzejmie Rudek, choć serce zabiło mu szybciej. Spróbował jeszcze raz. Zsunął się jednak miękko w śnieg i aż zaśmiał się cicho z zaskoczenia. Nie bolało. Śnieg był jak pierzynka.
"Witaj, Rudku!" zawołała wiewiórka. "Moje łapki są szybkie, mogę wejść wyżej!"
"Jesteś bardzo miła. Dziękuję, lecz spróbuję sam," powiedział, głaszcząc gwiazdkę jak talizman. Duma grzała go jak ogień, a jednak gdzieś z tyłu uszu zaszumiała myśl: czy samemu jest zawsze najlepiej?
Proszę, dziękuję i razem raźniej
Zając Kicek podskoczył w białych skarpetkach. "Zrobimy schodki ze śniegu! Hop, hop!" Dzięcioł zastukał w pień: "Mogę przygotować małe miejsce, by gwiazdka się trzymała." Jeżyk kuleczką poturlał się pod choinkę: "Przyniosę krótki patyczek, proszę."
Rudek spojrzał na przyjaciół. Znowu wspiął się kawałek, ale gałąź wciąż uciekała w chmury. Nagle przypomniał sobie słowa babci: "Są dwa skrzydła, które niosą marzenia: proszę i dziękuję. Bez nich gwiazda nie wzleci." Lisek westchnął, spojrzał w śnieg i poczuł, jak duma topnieje jak lodowy cukier w herbacie.
"Przepraszam," powiedział cicho, lecz wyraźnie. "Byłem zbyt dumny. Proszę o pomoc."
Od razu zrobiło się cieplej, choć śnieg wciąż sypał. Pada, pada cichy śnieg. Dzwonki dzwonią: dzyń, dzyń, dzyń. Choinka pachnie, świeczki migoczą gdzieś w dalekich oknach.
Zwierzęta zabrały się do pracy. Zając i wiewiórka udeptali miękki kopiec, wysoki jak mała górka. Dzięcioł stuk, stuk, stuk wykuł maleńką wnękę w gałązce, żeby wstążka nie zsuwała się w dół. Sikorka uplotła z cienkich traw pętelkę, a jeżyk podał ją ostrożnie na grzbiecie, żeby się nie poplątała.
"Proszę, Rudku, wskakuj," zachichotał Kicek. Rudek wspiął się na kopiec, stanął pewnie, a sikorka wzbiła się w powietrze z końcem wstążki. "Wyżej, proszę," prosił lisek. "Dziękuję, jeszcze troszkę… o, idealnie!"
Nagle powiał łagodny wiaterek, jak westchnienie nocy. Gwiazda zadrżała. "Oj," pisnęła wiewiórka. Ale dzięcioł szybkim stuknięciem poprawił miejsce, sikorka zacisnęła pętelkę, a Rudek przytrzymał wstążkę, mówiąc: "Proszę, bądź dzielna, gwiazdko." I już—zawirowała lekko, a potem zawisła równo i spokojnie. Prosto na tle nieba jak śmiech księżyca.
"Udało się!" zawołał Rudek. "Dziękuję wam!" I naprawdę, to "dziękuję" miało w sobie ciepło świeczki i dźwięk srebrnego dzwonka. Przyjaciele uśmiechnęli się, dumni i szczęśliwi.
Okno w świetle i cicha noc
Zapadł wieczór jasny od śniegu. Gwiazda z papieru drżała cichutko, jakby szeptała bajkę igłom świerku. Nad lasem przeszła muzyka dzwonków z sanek: dzyń, dzyń, dzyń. Z daleka powiało zapachem pieczonych jabłek i cynamonu. "Choinka pachnie, świeczki migoczą," powtarzał Rudek, bo te słowa brzmiały jak kołysanka. Pada, pada cichy śnieg.
"Wiecie," powiedział, "chciałem zrobić to sam, bo byłem dumny. Ale teraz wiem, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się razem. I że 'proszę' i 'dziękuję' są jak dwa skrzydełka naszej gwiazdy."
Sarenka skinęła głową. "Grzeczność ogrzewa serca jak mały płomyk." Jeżyk przytulił się do kopczyka śniegu. "A uprzejme słowo jest lekkie jak płatek, a niesie tyle dobra." Dzięcioł zastukał cicho: "Stuk, stuk, niech te słowa pamięta pień czasu."
W tym momencie, na skraju lasu, w małej chatce, zamigotało okno. Najpierw jedna złota kropka światła, potem druga, aż całe okno zapłonęło ciepłem. To był uśmiech domu. Ciepły jak koc, jasny jak świeczka, radosny jak świąteczny dzwonek. Złoty blask popłynął przez śnieg jak miód i dotknął papierowej gwiazdy. Gwiazda rozbłysła mlecznym światłem, jakby pijąc z okna odrobinę słońca zatrzymaną na noc.
"Spójrzcie!" pisnęła sikorka. "Nasza gwiazda świeci jak prawdziwa." I naprawdę—nie paliła się, tylko odbijała światło, migocząc delikatnie. Jakby mówiła: "Dziękuję."
Rudek stanął obok przyjaciół. "Dobranoc, choinko," wyszeptał. "Dobranoc, śniegu. Dziękuję, że jesteście." Potem ukłonił się w stronę chatki, bo zawsze był grzeczny. "Dobry wieczór, okienko." Światło mrugnęło, jakby pozdrowiło las.
Pada, pada cichy śnieg. Dzwonki dzwonią: dzyń, dzyń, dzyń. Choinka pachnie, świeczki migoczą. Zwierzęta przycupnęły blisko siebie. Opowiadały cicho o tym, jak dobrze jest mówić "proszę", gdy się czegoś potrzebuje, i "dziękuję", gdy serce jest pełne. Rudek otulił się ogonem i pomyślał, że duma to dobre uczucie, kiedy idzie razem z uprzejmością. Wtedy nikt się nie smuci, a marzenia wiszą na gałęziach jak gwiazdy.
Księżyc wynurzył się zza chmury i spojrzał na las jak łagodny dziadek. Uśmiechnął się do papierowej gwiazdy i do rozświetlonego okna. Okno świeciło spokojnie, złotym oddechem, i było jak latarnia dla serc. A las śpiewał swoją nocną kolędę: "Pada, pada cichy śnieg, dzwonki dzwonią: dzyń, dzyń, dzyń, choinka pachnie, świeczki migoczą…"
Rudek zamknął oczy i jeszcze raz wyszeptał: "Proszę o spokojny sen dla wszystkich." Potem dodał: "Dziękuję za dzisiejszy dzień." To były słowa lekkie jak płatki. Spadły na śnieg i już zostały.
I tak, pod niebem jak cukier puder, w świetle papierowej gwiazdy, obok okna, które łagodnie świeciło w noc, nastała cicha, dobra chwila. W sercu lasu rozgościł się spokój, miękki jak kołdra. A kiedy wiatr przechodził między igłami, szeptał jeszcze raz: "Choinka pachnie, świeczki migoczą." I wszystko było na swoim miejscu, łagodne, dobre i jasne, jak rozświetlone okno w świąteczny wieczór.