Rozdział 1: Poduszki w krzakach
W miejskim parku wszystko brzmiało jak zwykle: rowery dzwoniły, psy szczekały, a fontanna prychała wodą, jakby miała katar. Na ławce pod kasztanem siedziały dwie prawie dwunastoletnie dziewczyny.
Maja była szybka jak iskra i miała oczy, które zawsze wyglądały, jakby już widziały kolejny żart sekundę wcześniej. Lila z kolei nosiła plecak tak wypchany, jakby w środku mieszkał mały hipopotam. Była spokojniejsza, ale kiedy się śmiała, to tak, że ptaki myliły to z alarmem przeciwpożarowym.
— Dobra, plan jest prosty — powiedziała Maja i klasnęła w dłonie. — Dzisiaj ćwiczymy… bezbolesne upadki.
— To brzmi jak reklama materaca — mruknęła Lila, ale już otwierała plecak.
Z plecaka wyskoczyły dwie poduszki: jedna w poszewce w kaczki, druga w paski. Wyglądały, jakby uciekły z kanapy i teraz próbowały udawać, że są częścią natury.
— Skąd ty je wzięłaś? — Lila uniosła brew.
— Z domu. Mama myśli, że robię „projekt z fizyki”. W sumie… robię — Maja uśmiechnęła się niewinnie. — Fizyka: jak nie rozbić kolan.
W parku był niewielki pagórek, a obok niego miękka trawa i krzaki, które zawsze wyglądały na podejrzanie rozbawione. Maja położyła poduszki na ziemi, jedna na drugiej, jak tort.
— Zasada numer jeden — oznajmiła poważnym głosem. — Poduszki nie gryzą. Chyba że ktoś ma poszewkę w rekiny.
— Zasada numer dwa — podchwyciła Lila. — Nie rzucamy się pod rowery, bo to już nie fizyka, tylko… głupoty.
— Zasady są elastyczne, ale nie z gumy do żucia — podsumowała Maja, po czym stanęła na pagórku, rozłożyła ręce i zrobiła minę bohaterki filmu akcji. — Uwaga! Test!
Zeskoczyła na poduszki. „Puf!” Poduszki jęknęły cichutko. Maja wstała, poprawiła włosy i ukłoniła się niewidzialnej publiczności.
— Ta-dam! Kolana całe!
Lila pokiwała głową.
— Dobra… to jest nawet mądre. Trochę.
— Trochę mądre to mój ulubiony rodzaj mądrości — Maja mrugnęła. — Teraz ty.
Lila weszła na pagórek, ale zamiast skoczyć, usiadła ostrożnie i zsunęła się jak po zjeżdżalni.
— Co? — spytała, widząc minę Mai.
— To jest upadek w trybie „niedziela” — parsknęła Maja. — Za spokojnie.
— A ja wolę „niedzielę” niż „poniedziałek w szpitalu” — odparła Lila i obie wybuchły śmiechem.
Kiedy się śmiały, wiatr przewrócił górną poduszkę. Poturlała się i wylądowała prosto pod ławką, na której siedział starszy pan karmiący gołębie.
Gołębie spojrzały na poduszkę. Poduszka spojrzała na gołębie. Przez chwilę wyglądało to, jakby miały zacząć negocjacje.
— O nie — szepnęła Lila. — Poduszka w strefie gołębi.
— Spokojnie. Zasady są elastyczne — Maja już szła, ale w pół kroku dodała: — Tylko bez wojny.
Rozdział 2: Operacja „Poduszka i Gołąb”
Maja podeszła do ławki najciszej, jak potrafiła. To znaczy: prawie cicho. Jej sznurówki zademonstrowały swoje zdolności do szurania.
Starszy pan spojrzał na nią, potem na poduszkę w kaczki, potem na gołębie, które zbliżały się jak mała, szara armia.
— Zgubiłaś… kaczkę? — zapytał z uśmiechem.
— To tylko poduszka — poprawiła Maja. — Kaczki są nadrukowane. Jeszcze nie kwaczą.
— Jeszcze — dodał pan i podał jej poduszkę, zanim gołąb z miną „to jest moje” zdążył ją dziobnąć.
Maja odetchnęła.
— Dziękuję!
— A po co wam poduszki w parku? — pan był ciekawy, ale nie wścibski, raczej rozbawiony.
Lila podeszła i stanęła obok Mai, jak asystentka naukowa.
— Prowadzimy badania — powiedziała z powagą, która w jej przypadku zawsze wyglądała podejrzanie.
— Badania nad…? — pan uniósł brwi.
— Nad upadkami — palnęła Maja.
Pan roześmiał się krótko.
— O, to ważny temat. Za moich czasów upadaliśmy bez badań.
— Właśnie dlatego robimy badania — Lila nie wytrzymała i też się uśmiechnęła.
Wróciły na pagórek. Maja rozłożyła poduszki z precyzją architektki.
— Dobra. Nowa misja: przetestować różne style spadania, ale zgodnie z parkiem. Bez przeszkadzania ludziom, bez blokowania ścieżki, bez udawania meteorów.
— I bez robienia z krzaków trampoliny — dodała Lila.
— Krzaki się nie zgadzają? — Maja zerknęła na krzaki. Krzaki wyglądały, jakby szeptały: „Nie mieszaj nas w to”.
Zaczęły od „ninja”: Maja próbowała skoczyć cicho. Wyszło „puf” i „ha!”, bo poduszka zapiszczała, jakby miała łaskotki.
— Poduszka się śmieje! — zawołała Lila.
— Bo ją łaskoczę grawitacją — odparła Maja.
Potem był „pingwin”: obie zsunęły się na brzuchu, a Maja udawała, że ma płetwy. Lila udawała, że jest pingwinem, który nie ma czasu na takie rzeczy, ale i tak chichotała.
W końcu Maja wpadła na pomysł.
— Zrobimy „kontrolowany upadek teatralny”. Jak w serialach, kiedy ktoś mówi: „Och!” i pada.
— A potem wstaje i nic mu nie jest, bo reklama — Lila przewróciła oczami.
— Dokładnie!
Maja nabrała powietrza, zrobiła krok, potknęła się specjalnie… i wtedy poduszki nagle odjechały pół metra, bo stały na spłaszczonej trawie.
— Ojoj! — zdążyła powiedzieć Maja, a potem wylądowała… obok.
Na trawie. Miękko, ale godność wywinęła koziołka.
Lila zamarła na sekundę.
— Żyjesz?
Maja podniosła się, otrzepała i z poważną miną oznajmiła:
— Zasada numer trzy: poduszki muszą mieć hamulce.
Lila wybuchła śmiechem tak mocno, że aż przysiadła.
— Poduszki z hamulcami! I może kierunkowskazami!
— I klaksonem: „Piiip! Uwaga, upadek!” — Maja zaczęła się śmiać razem z nią, a śmiech przeskakiwał między nimi jak piłeczka pingpongowa.
Aż usłyszały dźwięk gwizdka.
Nie takiego ostrego jak w filmach policyjnych, raczej krótkie „fiut”.
Przy ścieżce stała pani z tabliczką „Straż Parku — porządek i uśmiech”, czyli pani Wanda, parkowa opiekunka, która potrafiła jednym spojrzeniem uspokoić nawet najbardziej rozbrykaną piłkę.
— Dziewczyny — powiedziała spokojnie. — Co tu się… turla?
Rozdział 3: Pani Wanda i regulamin z uśmiechem
Maja i Lila stanęły jak na komendę. Poduszki leżały na trawie, udając niewinne.
— Dzień dobry — zaczęła Lila grzecznie.
— Dzień dobry, pani Wando — dodała Maja, a potem szybko: — To nie jest bójka z grawitacją. To jest współpraca z grawitacją.
Pani Wanda spojrzała na poduszki.
— A te… dwa naleśniki?
— Poduszki bezpieczeństwa — wyjaśniła Lila. — Żeby nie zrobić sobie krzywdy.
— W parku — powtórzyła pani Wanda, jakby smakowała to słowo.
— Tak, ale na trawie, nie na ścieżce — Maja wskazała palcem. — Nikomu nie przeszkadzamy. No… prawie nie.
Pani Wanda zmrużyła oczy, ale w nich było więcej ciekawości niż złości.
— Macie jakiś plan? Bo park lubi plany. Park nie lubi niespodzianek pod nogami.
— Mamy zasady — wypaliła Maja. — Elastyczne, ale nie z gumy do żucia.
Lila przytaknęła.
— Serio. Nie skaczemy na ścieżkę, nie straszymy psów, nie wchodzimy na drzewa. I… poduszki zabieramy po wszystkim.
Pani Wanda kiwnęła głową.
— Dobrze. Zasady mogą być elastyczne, jeśli ktoś myśli. A wy… myślicie?
Maja otworzyła usta.
— Czasami.
— Wtedy, kiedy trzeba — dopowiedziała Lila.
Pani Wanda uśmiechnęła się.
— To macie jeszcze jedną zasadę ode mnie. Jeśli już bawicie się w „bezbolesne upadki”, to ustawcie „strefę lądowania” tak, żeby nikt w nią nie wszedł przypadkiem. Możecie użyć… — rozejrzała się — …patyków i sznurka? O, i tam leży taśma z papieru po pikniku. Zróbcie mały znak. Park lubi znaki.
— Zrobimy! — Maja aż podskoczyła, ale przypomniała sobie, że podskakiwanie bez poduszek to inna historia, więc tylko energicznie skinęła głową.
— I jeszcze jedno — pani Wanda uniosła palec. — Żadnych upadków „na pokaz” dla przechodniów. Niech to będzie wasza gra, nie przedstawienie.
Maja przełknęła.
— A jeśli… przypadkiem ktoś zobaczy i powie: „Ooo”?
— To możecie się uśmiechnąć i wrócić do zasad — odparła pani Wanda. — Zasady są jak parasol. Nie trzeba nim machać wszystkim przed twarzą.
Kiedy odeszła, Maja spojrzała na Lilę.
— Widzisz? Park jest jak szkoła, tylko z trawą i mniej dzwonków.
— I więcej gołębi — dodała Lila.
Zabrały się do roboty. Patyki wbiły w ziemię w czterech rogach „strefy lądowania”, a papierową taśmą zrobiły napis: „TU LĄDUJĄ PODUSZKI (NIE GOŁĘBIE)”.
— Myślisz, że gołębie umieją czytać? — spytała Maja.
— Jeśli umieją, to i tak udają, że nie — odparła Lila.
Zaczęły testy od nowa. Tym razem poduszki nie jeździły, bo pod spód wsunęły szorstkie kawałki kartonu.
— Hamulce! — triumfowała Maja. — Mamy hamulce!
— Bez klaksonu — przypomniała Lila.
— Klakson zrobię ustami: „Piiip!” — Maja zrobiła taki dźwięk, że pobliski pies spojrzał z uznaniem, jakby ktoś właśnie zawołał jego imię w języku kosmitów.
Wtedy Lila wpadła na pomysł.
— A może… zrobimy tor przeszkód? Taki mini, zgodny z zasadami.
— Tor przeszkód z poduszkowym finiszem! — oczy Mai błysnęły. — Tylko miękko, śmiesznie i bez ryzyka.
Z patyków i kilku liści ułożyły „slalom”, z gałęzi „tunel”, a na końcu były poduszki. Wszystko na trawie, daleko od ścieżki.
— Kto pierwszy? — zapytała Maja.
— Ty, bo ty jesteś pomysłodawczynią i ofiarą — Lila uśmiechnęła się łobuzersko.
Maja ruszyła, minęła slalom, wślizgnęła się pod „tunel”… i wtedy zahaczyła plecakiem o gałąź, która spadła jej na czubek głowy jak kapelusz.
— O, proszę! — Maja stanęła i zrobiła minę damy. — Nowa moda: gałąź haute couture.
Lila śmiała się tak, że aż prawie sama przewróciła się na poduszki. Prawie.
— Tylko prawie, bo mamy zasady — przypomniała sobie i zatrzymała w ostatniej chwili.
— Brawo! — Maja klasnęła. — Kontrola!
I wtedy usłyszały, jak ktoś mówi cienkim głosem:
— Ej… można też?
Rozdział 4: Nowy widz i wielkie nieporozumienie
Obok „strefy lądowania” stał chłopak z hulajnogą. Miał około ich wieku, koszulkę z dinozaurem i minę, która mówiła: „Ja nic nie zrobiłem, ale chętnie”.
— To jest… prywatny tor? — zapytał.
Maja od razu wyprostowała się jak kierowniczka imprezy.
— To jest tor w trybie „spokojnie”. I zgodny z zasadami parku.
Lila dodała:
— I bezpieczny. Poduszki są na końcu.
Chłopak spojrzał na poduszki.
— Poduszki w parku. To jak… piknik, tylko dla upadków.
— Dokładnie! — Maja uśmiechnęła się szeroko. — Jestem Maja, to Lila. A ty?
— Kacper — przedstawił się. — Mogę przejechać hulajnogą?
Maja już miała powiedzieć „jasne!”, ale Lila podniosła palec.
— Stop. Zasada pani Wandy: bez przedstawień i bez ryzyka. Hulajnoga może wjechać za szybko. A tu są patyki.
Kacper spochmurniał, ale tylko na sekundę.
— To mogę… bez hulajnogi. Po prostu przebiec?
— To już brzmi jak człowiek, który szanuje elastyczne zasady — przyznała Maja. — Dobra. Ale tylko jeden na raz. I bez skakania na główkę, bo poduszki nie są basenem.
Kacper stanął na starcie, zrobił dwa głębokie wdechy jak sportowiec i ruszył. Przeszedł slalom, schylił się pod tunel, dotarł do poduszek i… zamiast upaść, zrobił spektakularny przewrót, taki filmowy, z rękami w górze.
— Taa-daa! — krzyknął.
Maja i Lila spojrzały na siebie.
— To było… bardzo na pokaz — szepnęła Lila.
— I bardzo fajne — szepnęła Maja.
Zza drzewka wyłoniła się pani Wanda. Jakby park miał własny radar na „taa-daa”.
— Kto tu robi przedstawienie? — zapytała.
Kacper zamarł, a potem wypalił:
— To ja, ale one kazały!
Maja aż prychnęła.
— Co?! My nic nie kazałyśmy! Ja nawet mam twarz niewinna!
— Masz twarz „zaraz coś wymyślę” — syknęła Lila, ale cicho.
Pani Wanda spojrzała po kolei na Kacpra, Maję i Lilę. Cisza była tak gęsta, że gołąb mógłby na niej usiąść.
— Dobrze — powiedziała w końcu pani Wanda. — Widzę, że macie energię jak trzy fontanny. Ale pamiętacie: zasady są po to, żeby wszyscy czuli się dobrze. Park też.
Maja wzięła głęboki oddech.
— Pani Wando, on… sam zrobił „taa-daa”.
Kacper zaczerwienił się.
— No… trochę poniosło. Przepraszam.
Lila podeszła krok do przodu.
— Możemy to naprawić. Zrobimy wersję bez „taa-daa”. I bez akrobacji. Tylko śmieszne, ale spokojne.
Pani Wanda przyjrzała im się, a potem… uśmiechnęła się lekko.
— O to chodzi. Naprawianie jest ważniejsze niż udawanie, że nic się nie stało. Macie pięć minut i chcę zobaczyć waszą „strefę lądowania” działa. A potem… sprzątanie.
— Tak jest! — powiedziały Maja i Lila jednocześnie.
Kacper podniósł rękę jak w klasie.
— Ja też sprzątam.
— O, proszę — mruknęła Maja. — Hulajnoga, a jednak odpowiedzialność.
— Hulajnoga nie zwalnia z myślenia — odparł Kacper.
— To brzmi jak hasło na koszulce — Lila parsknęła.
Ustalili nową grę: „Upadek bez dramatu”. Zamiast akrobacji każdy miał wymyślić najśmieszniejszą, ale najbezpieczniejszą pozę lądowania na poduszkach.
Maja zrobiła „naleśnik” — rozłożyła się płasko i powiedziała:
— Jestem ciastem! Proszę nie przewracać na drugą stronę!
Lila zrobiła „żółwia” — przyciągnęła ręce i nogi i udawała, że chowa się do skorupy.
— W mojej skorupie jest spokój i kanapka — oznajmiła.
Kacper zrobił „zgaszony robot”: opadł powoli, jakby ktoś wyłączył mu baterie, i mruknął:
— Bziii… koniec prądu… proszę o ładowarkę.
Śmiali się wszyscy troje, ale tak, żeby nie zwracać na siebie całego parku. Tylko trochę. W sam raz.
Rozdział 5: Wielki test i mała nauka
Po kilku rundach Maja zauważyła, że poduszki zaczynają się przesuwać.
— Oho — powiedziała. — Poduszki znowu próbują uciec.
Lila przyklękła i sprawdziła karton.
— Karton się zsunął. Trzeba poprawić.
Kacper już trzymał patyk.
— Mogę dociążyć róg. Kamieniem. Tylko małym, żeby nie zrobił z poduszki naleśnika na serio.
Maja spojrzała na nich oboje. Nagle poczuła coś przyjemnego, jakby jej żarty miały własną drużynę.
— Dobra. Współpraca. Ja trzymam poduszki, Lila poprawia karton, Kacper szuka kamienia. Ale kamień ma być „miły”.
— Miły kamień? — Kacper się roześmiał. — Kamienie mają uczucia?
— Ten będzie miał. Jak go wybierzemy z szacunkiem — powiedziała Lila tak poważnie, że aż sama się uśmiechnęła.
Znaleźli kamień wielkości mandarynki. Kacper nawet go „przedstawił”.
— To jest pan Kamyczek. Pan Kamyczek jest spokojny i nie rozrabia.
— Pan Kamyczek ma zasady — dodała Maja.
Ustawili wszystko tak, żeby poduszki nie jeździły. „Strefa lądowania” wyglądała teraz profesjonalnie, jak mini plac treningowy.
— Test końcowy — oznajmiła Maja, ale już bez teatralnej miny. — Każdy robi swój śmieszny, bezpieczny upadek. Potem sprzątamy i idziemy po lody.
— Lody to też zasady? — spytał Kacper.
— Tak. Zasada numer cztery: po współpracy jest nagroda, ale nie za show, tylko za porządek — odpowiedziała Lila.
Zrobili test. Maja wylądowała jako „naleśnik”, Lila jako „żółw”, Kacper jako „robot”. Wszystko równo, miękko, spokojnie. Nawet fontanna zdawała się chlapać rytmiczniej.
Pani Wanda podeszła jeszcze raz, ale tym razem bez gwizdka. Zobaczyła napis na taśmie, patyki, odległość od ścieżki i to, że nikt nie robi „taa-daa”.
— No i pięknie — powiedziała. — To jest zabawa, która dba o innych. I o was.
Maja z dumą wskazała na poduszki.
— To wszystko dzięki… hamulcom.
— I dzięki temu, że potraficie się zatrzymać, kiedy trzeba — dodała pani Wanda. — To trudniejsze niż przewrót.
Lila przytaknęła.
— Zasady są jak miękka poduszka dla pomysłów. Nie duszą, tylko pomagają wylądować.
Maja spojrzała na Lilę z lekkim zaskoczeniem.
— Oho, poetka! W parku!
— Przez przypadek — odparła Lila, a Kacper zachichotał.
Zaczęli sprzątać. Zwinęli taśmę, zebrali patyki, schowali karton, a poduszki włożyli do plecaka Lil i… ten plecak nagle wyglądał, jakby połknął dwie chmury.
— To ja poniosę przez chwilę — zaproponował Kacper.
— Serio? — Maja udawała podejrzliwość. — A nie uciekniesz z nimi, żeby założyć tajny klub upadków?
— Tajny klub upadków brzmi jak coś, co i tak byś wymyśliła — odparł Kacper.
Maja roześmiała się i ruszyli razem alejką. Słońce powoli robiło się bardziej pomarańczowe, a park uciszał się jak sala po przerwie, kiedy wszyscy wracają na lekcję.
Rozdział 6: Spokojny powrót i ciepłe „brawo”
Przy wyjściu z parku minęli gołębie, które spacerowały jak właściciele terenu. Jeden spojrzał na plecak z poduszkami, jakby mówił: „Następnym razem”.
— Nie ma mowy — szepnęła Maja do gołębia. — Poduszki są nasze. I mają ochronę: zasady.
Lila szturchnęła ją łokciem.
— Nie strasz gołębi. Pamiętasz?
— Ja tylko negocjuję — odparła Maja.
Kacper niósł plecak i stękał przesadnie.
— Ojej, jakie ciężkie… te chmury.
— To nie chmury, to odpowiedzialność — powiedziała Lila.
— Odpowiedzialność w kaczkach — dodała Maja, bo poduszka w kaczkach wystawała z plecaka i wyglądała, jakby machała.
Na chwilę zwolnili. Śmiech już nie wybuchał jak petarda, tylko mruczał ciepło, jak kot, który znalazł miejsce na kolanach.
— Fajnie było — powiedział Kacper.
— I nikt nie ucierpiał — dodała Lila.
— Poza moją godnością, ale ona ma poduszkę — stwierdziła Maja.
Zatrzymali się przy budce z lodami. Pani Wanda przechodziła akurat obok i skinęła im głową, jakby zatwierdzała ich małą misję.
Maja spojrzała na Lilę i Kacpra.
— Wiecie co? Najlepsze było to, że jak coś poszło nie tak, to… poprawiliśmy.
— Bez kłótni — zauważyła Lila.
— I bez „taa-daa” — dodał Kacper, a potem sam nie wytrzymał: — No dobra, trochę „taa-daa” w środku, ale malutkie.
— Malutkie „taa-daa” jest dozwolone w sercu — stwierdziła Maja. — Byle nie na ścieżce.
Lila uśmiechnęła się miękko.
— Właśnie. Sztywne zasady łamią się jak suchy patyk. A elastyczne… pomagają nam się dogadać.
Przez moment wszyscy patrzyli, jak w parku kołyszą się gałęzie. Było spokojnie, a w tym spokoju wciąż siedziała ich dzisiejsza głupawka, jak mała iskierka w kieszeni.
— To co — powiedział Kacper. — Jutro znowu? Ale może bez gałęzi haute couture.
— Jutro — zgodziła się Maja. — Weźmiemy też… taśmę z napisem „bez show”.
— I może trzecią poduszkę, na wszelki wypadek — dodała Lila.
— Tylko nie w rekiny — jęknął Kacper.
Zaśmiali się cicho, już bez podskoków, bardziej jakby przytulali ten dzień do pamięci.
I wtedy pani Wanda, odwracając się na chwilę, powiedziała im z daleka, ciepło i prosto:
— Brawo.