Rozdział 1: Sala, w której piłki mają własne zdanie
W szkolnej sali gimnastycznej było dziś wyjątkowo głośno. Nie dlatego, że ktoś krzyczał. Po prostu piłki sprężyste robiły swoje: hop, hop, HOP — jakby urządziły sobie tajne zebranie i postanowiły udawać popcorn.
Kuba, prawie dwunastoletni mistrz organizowania „misji” z niczego, stał na środku i obracał w dłoniach niebieską piłkę. Obok niego Zosia (dwanaście lat, warkocz jak lina ratunkowa) rozciągała się teatralnie, a Bartek (też prawie dwanaście, właściciel najgłośniejszego śmiechu w klasie) próbował odbijać piłkę tak, żeby wracała idealnie do ręki. Oczywiście wracała. Prawie. Czasem.
— Dobra — powiedział Kuba, jakby odprawiał załogę statku kosmicznego. — Mamy misję.
— O, znowu? — Zosia uniosła brwi. — Ostatnio twoja „misja” skończyła się tym, że znaleźliśmy w szatni… skarpetkę. Jedną.
— To była skarpetka z historią — obronił się Kuba. — A dziś sprawa jest poważniejsza. Pani od WF-u poprosiła, żebyśmy znaleźli zaginioną torbę z pachołkami. Bez niej jutro nie będzie toru przeszkód.
Bartek przestał odbijać piłkę, bo piłka skorzystała z okazji i uciekła dwa metry dalej, z miną: „to nie ja, to grawitacja”.
— A co, jeśli torba uciekła jak ta piłka? — zapytał Bartek i dodał, ściszając głos: — Pachołki też mogą mieć marzenia.
Zosia parsknęła.
— Szukamy torby. Prosto. Szybko. I bez dramatu — oznajmiła.
Kuba skinął głową.
— Plan jest prosty: dzielimy się zadaniami. Ja sprawdzam magazyn przy drabinkach. Zosia — trybuny i skrzynie. Bartek — szatnie.
— A ja chciałem sprawdzić automat z napojami — jęknął Bartek.
— To nie jest część sali gimnastycznej — odparła Zosia.
— Jak to nie? Przecież po WF-ie zawsze się tam oddycha! — bronił się Bartek.
Kuba machnął ręką.
— Najpierw torba. Potem oddech.
I ruszyli, każdy w swoją stronę, a sprężyste piłki odbijały się wokół nich, jakby dopingowały ich w poszukiwaniach: hop, hop, HOP, „powodzenia!”, hop.
Rozdział 2: Tajemnicze „pach!” i skrzynia, która była podejrzana
Kuba podszedł do magazynku obok drabinek. Drzwi były uchylone, a w środku pachniało gumą, kurzem i czymś, co można by nazwać „zapomnianym środkiem do czyszczenia podłogi”. Włożył głowę do środka i szepnął:
— Halo? Torbo?
W odpowiedzi usłyszał tylko ciche „pach!” — jakby coś spadło z półki. Kuba zrobił krok, a potem drugi, ostrożnie, jakby podłoga mogła nagle zamienić się w trampolinę.
— To pewnie pachołek spadł z wrażenia — mruknął do siebie.
Przy drabinkach stała duża skrzynia na sprzęt. Kuba przyklęknął i uniósł wieko. Nic. Tylko stara piłka lekarska, która wyglądała, jakby pamiętała jeszcze czasy dinozaurów.
— Ty to masz ciężkie życie — powiedział Kuba do piłki lekarskiej. — Nikt cię nie odbija, wszyscy cię tylko podnoszą i wzdychają.
Z magazynku dobiegł kolejny odgłos: „pach! pach!”. Kuba wyprostował się szybko.
— Dobra, kto tu jest? — zawołał, udając odwagę. — Jeśli to pachołki, to spokojnie, nikt nie będzie was zmuszał do biegania.
Wszedł głębiej. Na półce stały trzy sprężyste piłki i… jedna była przyciśnięta do ściany jak podejrzany. A obok leżała rolka taśmy.
— Aha! — Kuba zmrużył oczy. — Czyli to ty planowałaś ucieczkę i chciałaś się przykleić do ściany, żeby nikt cię nie złapał?
Piłka oczywiście nie odpowiedziała. Ale kiedy Kuba sięgnął po taśmę, ta… potoczyła się sama. Prosto w głąb magazynku.
Kuba zamrugał.
— Okej. To już jest dziwne. I trochę śmieszne.
W tej chwili do magazynku wpadła Zosia, zadyszana.
— Kuba! Pod trybuną znalazłam… coś! — wysapała.
— Torbę?
— Nie. Megafon. Ale bez baterii. I wydaje mi się, że ktoś go używał jako… pojemnika na cukierki. — Zosia pokazała megafon, z którego wysypał się jeden samotny żelek.
Kuba wybuchnął śmiechem, ale szybko przestał, bo znów usłyszał „pach!”, a taśma, jak na złość, zniknęła za regałem.
— Taśma uciekła — powiedział poważnie.
Zosia spojrzała na niego tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie stwierdził, że kaloryfer ma uczucia.
— Kuba…
— Przysięgam. Taśma. Uciekła. — Kuba podniósł palec. — I mam wrażenie, że w tej sprawie chodzi o piłki.
Zosia westchnęła.
— Dobra. Skoro już tu jestem, to idę z tobą. Ale jeśli taśma nas poprowadzi do automatu z napojami, to Bartek będzie zbyt szczęśliwy.
Rozdział 3: Bartek, szatnia i wielki quiproquo z ręcznikiem
Tymczasem Bartek w szatni prowadził śledztwo na poziomie „detektyw, który za dużo się śmieje”. Otwierał szafki (te, które były otwarte), zaglądał pod ławki i co chwilę komentował do piłki sprężystej, którą przypadkiem zabrał ze sobą.
— Jeśli widziałaś torbę, mrugnij — mówił do piłki.
Piłka oczywiście nie mrugała, więc Bartek uznał, że to znak, że jest „w zmowie”.
Nagle zobaczył coś wystającego spod ławki: zielony materiał.
— Oho! — szepnął. — Zielona torba z pachołkami!
Wciągnął to z triumfem… i zamarł. To nie była torba. To był ręcznik. Wielki, zielony ręcznik z napisem „WITAJ W BASENIE”, mimo że nikt w szkole nie miał basenu, tylko marzenia.
— No nie… — jęknął Bartek. — Kto przyniósł ręcznik na WF? I czemu on udaje torbę?
W tej samej chwili wpadła do szatni woźna, pani Halina, niosąc kosz z zagubionymi rzeczami.
— Bartku, a ty tu czego szukasz? — zapytała.
Bartek wyprostował się tak szybko, że ręcznik spadł mu na głowę jak peleryna.
— Torby. Z pachołkami. Dla pani od WF-u.
Pani Halina zmrużyła oczy.
— Torby? A nie… „Toby”? Bo ja znalazłam dziś na korytarzu karteczkę: „Oddać Toby'emu”. Myślałam, że to jakiś pies.
Bartek, z ręcznikiem na głowie, wyglądał jak pies, który właśnie dostał ważną wiadomość.
— To chyba… „toby” miało być „tobą”? — spróbował. — Albo „torbę”?
Pani Halina westchnęła.
— Zobaczę w magazynku z zagubionymi. Ale ty, chłopcze, zdejmij ten ręcznik, bo wyglądasz jak zielona kapusta.
Bartek zdjął ręcznik i parsknął śmiechem.
— Kapusta! Zosia by to zapamiętała na zawsze.
— I dobrze — odparła pani Halina. — Pamiętajcie, żeby być wdzięcznym, jak ktoś wam coś znajdzie. Bo zguby są jak koty. Wracają, tylko jak mają ochotę.
— Będę wdzięczny nawet kotu — obiecał Bartek i pognał z powrotem na salę, odbijając po drodze piłkę. Ta robiła „hop-hop-hop” tak energicznie, jakby też chciała pomóc.
Rozdział 4: Trop z taśmy i piłkowa lawina
Na sali Kuba i Zosia szli za „tropem”, który był jednocześnie śmieszny i kompletnie bez sensu: rolka taśmy klejącej zostawiała za sobą cienką, błyszczącą nitkę, przyklejoną do podłogi, jakby ktoś rysował trasę dla mrówek.
— To wygląda jak ścieżka dla bardzo zdeterminowanego ślimaka — zauważyła Zosia.
— Albo dla pachołków, które uciekają w nocy — dodał Kuba.
Ścieżka prowadziła do wielkiego kosza z piłkami sprężystymi. Kosz stał przy ścianie i zwykle był spokojny. Zwykle. Teraz piłki w środku podskakiwały, jakby ćwiczyły chór: hop, hop, HOP, hop!
Kuba nachylił się nad koszem.
— Dobra, piłki. Jeśli ukrywacie torbę, to jest to bardzo odważne, ale trochę niegrzeczne.
Zosia skrzyżowała ręce.
— Kuba, piłki nie ukrywają torby.
W tym momencie z kosza wyskoczyła jedna piłka, potem druga, potem trzecia. Zosia odruchowo cofnęła się o krok. Kuba też. Piłki odbiły się od ściany, od podłogi, od siebie nawzajem… i nagle na sali zrobił się mały, sprężysty chaos.
— O nie — jęknęła Zosia, próbując złapać jedną piłkę. — One uciekają!
— Nie uciekają, one… negocjują wolność! — zawołał Kuba, próbując złapać drugą.
Wtedy na salę wpadł Bartek.
— Mam nowe informacje! Pani Halina mówiła coś o „Toby'ym” i kotach! — wyrzucił z siebie, po czym dostał piłką w ramię. — O! To było uprzejme. Piłka mnie przywitała.
Zosia złapała wreszcie jedną i przytuliła ją do brzucha jak niesfornego kurczaka.
— Bartek, pomożesz nam opanować piłkową lawinę?
— Z przyjemnością! — Bartek rozłożył ręce. — Piłki! Do mnie! Jestem jak… magnes!
Piłki oczywiście nie były jak metal, więc zamiast do niego, odbiły się od jego nóg i zrobiły kółko honorowe wokół sali.
Bartek stał przez sekundę w bezruchu, po czym powiedział:
— Dobra. Nie jestem magnesem. Jestem… przeszkodą terenową.
Kuba roześmiał się tak, że aż musiał złapać się za bok.
— Plan B. Robimy korytarz z materacy. Zosia, podaj materace. Bartek, ustaw pachołki… znaczy, no… ustawimy cokolwiek, skoro pachołków nie ma.
— Możemy użyć skrzyń! — zaproponowała Zosia. — I twojego ego.
— Moje ego jest sprężyste? — oburzył się Bartek, ale uśmiechnął się od razu. — Dobra, używajcie.
Ustawili materace jak miękki płotek, tworząc „pułapkę” w kształcie litery U. Kuba klaskał rytmicznie.
— Hop, hop, hop! Piłki, tędy! To jest strefa VIP!
Zosia dołożyła:
— W środku jest… cisza i spokój! I zero ręczników- kapust!
Bartek, nie mogąc się powstrzymać, dorzucił:
— A ja obiecuję, że nie będę udawał magnesu przez całe… pięć minut!
Piłki, jakby rozumiały żarty, zaczęły odbijać się coraz bliżej pułapki. Jedna wskoczyła do środka. Druga. Trzecia. I nagle… wszystkie znalazły się w „U”, spokojniejsze, jakby ktoś zakręcił im śmiechawki.
— Udało się! — szepnął Kuba.
— Prawie jak tresura — dodała Zosia, dumna.
— Prawie jak przypadek — poprawił Bartek.
I wtedy Kuba zauważył coś błyszczącego przy koszu, gdzie wcześniej był chaos. Koniec taśmy. A za koszem… coś zielonego.
— Ej! — Kuba wskazał palcem. — Tam!
Rozdział 5: Torba z pachołkami i wielkie „dziękuję”
Za koszem, idealnie wciśnięta między ścianę a sprzęt, stała torba. Zielona. Z suwakiem. I z wystającym czerwonym pachołkiem, jak język, który mówił: „no dobra, znaleźliście mnie”.
Zosia podeszła pierwsza i pociągnęła torbę.
— Jest! — zawołała. — Żyje!
Bartek zrobił minę detektywa.
— Czyli to nie był ręcznik z basenu. Szkoda. Już się z nim zaprzyjaźniłem.
Kuba rozsunął zamek. W środku były pachołki, kolorowe jak cukierki, tylko mniej smaczne. Na wierzchu leżała karteczka, przyklejona tą samą taśmą, która urządziła sobie spacer.
Kuba przeczytał na głos:
— „Przepraszam! Przeniosłem torbę, bo myślałem, że przeszkadza piłkom w treningu. Podpis: Franek z 6B.”
Zosia prychnęła.
— „Trening piłek”. Świetne.
Bartek położył rękę na torbie jak na skarbie.
— Franek to jednak ma wyobraźnię.
Kuba podrapał się po głowie.
— I mamy wyobraźnię, i mamy torbę. Teraz najważniejsze: oddać ją pani od WF-u. I… podziękować.
Zosia spojrzała na karteczkę.
— Dzięki Frankowi, że zostawił wiadomość, bo inaczej podejrzewalibyśmy piłki o poważne przestępstwa.
Bartek dodał:
— Dzięki piłkom, że urządziły nam pościg. To było lepsze niż zwykłe „szukanie pod ławką”.
— Dzięki pani Halinie za kota-zgubę — powiedział Kuba. — I dzięki wam, że nie uciekliście, kiedy taśma zaczęła… no, żyć własnym życiem.
Zosia uśmiechnęła się miękko.
— Dzięki, że wymyślasz misje. Nawet jeśli czasem zaczynają się od skarpetki.
Bartek szturchnął Kubę łokciem.
— A ja dziękuję, że mogłem być przeszkodą terenową. Każdy chce być bohaterem, ale przeszkody też są potrzebne.
Wzięli torbę we trójkę — każdy złapał za inny uchwyt. Torba była ciężka, więc musieli iść równo, krok w krok. To było trochę jak taniec z pachołkami.
Po drodze do pani od WF-u, piłki sprężyste w koszu uspokoiły się zupełnie, jakby mówiły: „misja zakończona, wracamy do hop”.
Oddali torbę, a pani od WF-u aż klasnęła.
— Wiedziałam, że dam radę z wami — powiedziała. — Dziękuję!
Kuba poczuł miłe ciepło w środku. Nie takie jak po gorącej herbacie. Raczej takie, jakby ktoś włączył małą lampkę: „hej, zrobiliśmy coś dobrego”.
Wracali na salę wolniej. Już bez pośpiechu. Już bez śledztwa. Tylko z cichym śmiechem, który co jakiś czas wyskakiwał im z kieszeni jak sprężysta piłka, ale grzecznie.
Przy drzwiach Kuba odwrócił się do Zosi i Bartka.
— Następna misja… może spokojniejsza?
— Na przykład odnalezienie twojej koncentracji? — zaproponowała Zosia.
— Albo mojego magnesu — dodał Bartek.
Kuba roześmiał się i uniósł dłoń.
— Dzięki, ekipo.
Zosia i Bartek też unieśli dłonie. Wspólnie, w tym samym rytmie, pomachali sobie na pożegnanie.