Trwa ładowanie...
Opowieść o rycerzu 11-12 lat Czytanie 17 min.

Rycerz Zen i tajemnica złej ciszy w Dolinie Echa

Rycerz Zen, giermek Milo i chłopak Raban wyruszają do Doliny Echa, by odnaleźć źródło tajemniczej „złej ciszy” tłumiącej strażnicze trąby i przywrócić głos królestwa.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Główny bohater: dorosły rycerz Sir Zen, spokojna zdeterminowana twarz, prosta lekko pobita stalowa zbroja, zmięta bordowa peleryna, dłoń na jelcu błyszczącego miecza, stoi na pierwszym planie po lewej; drugi ważny: chłopiec Milo, około 12 lat, okrągła podekscytowana twarz, jasnobrązowe rozczochrane włosy, znoszona niebieska tunika, dmucha mocno w dużą złotą trąbę owiniętą tkaniną, w centrum obrazu, widoczny strumień powietrza jako świetlista wstęga; postać pomocnicza: nastolatek Raban, ~15 lat, chytry nerwowy wzrok, szara peleryna z częściowo opuszczonym kapturem, uderza w pęknięty drewniany bęben kijem, nieco z tyłu po prawej, gotów do ucieczki; postać stara: mężczyzna mistrz Eryk, ~65 lat, siwe potargane włosy, poplamiona skórzana kurtka, siedzi lub kuca przy warsztacie, trzyma szmatkę i mały klucz, ulga w spojrzeniu, w tle przy warsztacie; miejsce: polana w skalistej Dolinie Echa, szare klify tworzą amfiteatr, ciemny drewniany warsztat z narzędziami, słabe ognisko rzuca tańczące cienie, drobny czarny pył rozsypany po ziemi jak popiół, czysta noc z gwiazdami i nisko wiszącym księżycem; sytuacja: nocna konfrontacja z mężczyznami w szarych płaszczach — Milo wydaje długi czysty ton rozciągający się w widoczne fale, Raban rozprasza uwagę rzucając kamień w rozrywający się worek, rycerz Sir Zen zachowuje spokojną postawę między ochroną a autorytetem, echo klifów zaczyna wibrować, obraz dynamiczny pokazujący rozchodzenie się dźwięku i unoszące się drobiny czarnego proszku rozpływające się pod wpływem fali dźwiękowej. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział I: Rycerz o spokojnych oczach

W Królestwie Łękowych Wzgórz istniała stara zasada: gdy trąby strażnicze brzmią czysto, mury śpią spokojnie, a serca ludzi nie drżą na daremno. Problem w tym, że od kilku tygodni trąby na basztach grały jakby ktoś włożył do nich garść grochu. Jedne wyły, inne chrupały, a jeszcze inne milczały, jakby obraziły się na świat.

Sir Zen z Różanej Strażnicy słynął z odwagi, ale równie mocno z… opanowania. Nie wściekał się nawet wtedy, gdy gąsior w kuchni przewrócił mu miskę z owsianką prosto na buty. Wycierał spokojnie, mruczał: „Owsianka też chce podróżować”, i szedł dalej.

Tym razem stał na dziedzińcu zamku, a obok niego młody giermek, Milo, niósł w ramionach trąbę tak wielką, że wyglądała jak złoty wąż.

— Panie rycerzu — sapnął Milo — a może po prostu… kupimy nowe?

Zen przesunął dłonią po gładkim metalu instrumentu i pokręcił głową.

— Strażnicze trąby to nie łyżki. One mają pamięć. Na tych grał mój ojciec, a przed nim jego ojciec. Jeśli je porzucimy, jakbyśmy porzucili własną historię.

Z wieży wybiegł zarządca baszt, siwy jak popiół, i aż podskakiwał z niepokoju.

— Sir Zenie! Jeśli dziś znów nie będzie porządnego sygnału, straże pogubią się na zmianach. A jeśli wróg… jeśli cokolwiek…!

Zen uniósł rękę, jakby zatrzymywał wiatr.

— Spokojnie. Najpierw znajdziemy przyczynę. Potem przywrócimy głos trąbom. A na końcu… — uśmiechnął się — usiądziemy do uczciwego posiłku, bo od naprawiania instrumentów robi się wilczy apetyt.

Tylko że w tej chwili nie chodziło o apetyt. Chodziło o to, że gdzieś w królestwie coś dławiło dźwięk, który miał ostrzegać ludzi przed niebezpieczeństwem.

Rozdział II: Trąba, która nie chciała śpiewać

W kuźni mistrza Boruta pachniało węglem i żelazem. Kowal był człowiekiem, który potrafił wykuć miecz tak ostry, że podobno kroił cień. Ale kiedy Zen pokazał mu trąbę, Borut tylko cmoknął.

— Metal zdrowy. Lut trzyma. A dźwięk? — Borut dmuchnął, aż policzki mu się nadęły jak dwa bochny chleba. Trąba odpowiedziała „błuuup”, zupełnie jak żaba obrażona na księżyc.

Milo parsknął śmiechem.

— Gdyby żaby pełniły wartę, nikt by nie zasnął!

Borut popatrzył na Zena podejrzliwie.

— To nie jest sprawa młotka. To sprawa… zakłócenia. Jakby ktoś wlał do instrumentu złą ciszę.

— Złą ciszę? — Milo przełknął ślinę.

— Tak mówię. Cisza też bywa ciężka. — Kowal podrapał się po brodzie. — Słyszałem o starym warsztacie stroiciela trąb, mistrza Eryka. Mieszkał w Dolinie Echa. Mówią, że umiał stroić nie tylko instrumenty, ale i oddechy.

— Dolina Echa… — Zen spojrzał na horyzont, gdzie widać było ząbki ciemnych lasów. — To droga przez Wilczą Przełęcz.

— Wilki? — Milo zbladł.

— Wilki, mgły, osuwiska i taki jeden most, co lubi skrzypieć, kiedy człowiek najmniej ma ochotę słuchać. — Borut wzruszył ramionami. — Ale jeśli ktoś potrafi przywrócić głos waszym trąbom, to tylko tam.

Zen wziął trąbę na ramię, jakby to była tarcza.

— W takim razie ruszamy.

„My”? — Milo wskazał na siebie, jakby sprawdzał, czy nadal istnieje.

— Odwaga — powiedział Zen — nie zawsze brzmi jak okrzyk. Czasem brzmi jak krok do przodu, choć kolana protestują.

Milo westchnął, ale jego oczy błysnęły.

— No dobrze. Tylko… panie rycerzu, jak spotkamy wilka, to ja będę udawał kamień.

— A ja — odparł Zen — udam, że kamienie są bardzo rozmowne.

I tak, z trąbą strażniczą owiniętą w płótno, z mieczem u boku i spokojem w sercu, ruszyli ku Dolinie Echa.

Rozdział III: Wilcza Przełęcz i most, który kłamał

Wilcza Przełęcz nie nosiła tej nazwy dla ozdoby. Wiatr wył między skałami, jakby ćwiczył do roli straszaka, a ścieżka wspinała się wąsko, z jednej strony przytulona do ściany, z drugiej spadająca w przepaść tak głęboką, że nawet echo bało się tam zaglądać.

Milo szedł za Zenem, licząc kroki.

— Jeśli doliczę do stu, to znaczy, że żyję — mruknął.

— Jeśli doliczysz do stu — odpowiedział Zen — to znaczy, że umiesz liczyć. Życie poznaje się po tym, czy potrafisz iść dalej.

Gdy dotarli do mostu, Milo przestał liczyć. Most wisiał nad urwiskiem jak stary sznurek do prania: niby trzymał, ale miał w sobie coś podejrzanego. Deski były mokre i śliskie. A na środku mostu leżała… mała, mosiężna rurka.

Zen przykucnął. Rurka była gładka, a na niej wyryto drobne znaki: spiralę i dwie kreski.

— To część trąby? — Milo wyciągnął szyję.

— Nie. To wygląda jak… tłumik. — Zen wsunął rurkę do kieszeni. — Ktoś tu był.

Wtedy most zaskrzypiał głośniej, jakby chciał opowiedzieć sekret.

— Most kłamie — szepnął Milo.

— Most nie kłamie — odparł Zen. — Most tylko mówi, że jest stary.

Przeszli powoli. W połowie drogi pod deskami poruszył się cień. Milo wstrzymał oddech.

Zamiast wilka wyskoczył… chłopak w kapturze. Miał brudną twarz i oczy jak dwa czarne guziki.

— Stójcie! — krzyknął, trzymając krótki łuk. — To mój most. Płaci się za przejście.

— A jaką walutę przyjmujesz? — spytał Zen spokojnie. — Uśmiechy? Grzeczność? Może piosenki?

Chłopak zmrużył oczy, jakby nie był pewien, czy z niego kpią.

— Złoto.

Milo syknął:

— My nie mamy…

Zen uniósł dłoń.

— Nie chcę cię oszukać. Złota nie dam. Ale mogę dać ci coś lepszego: wybór. Albo nas przepuścisz i opowiesz, kto cię nauczył zbierać opłaty na cudzym szlaku, albo wrócisz do domu z pustymi rękami i pełnym brzuchem… bo dam ci chleb.

Chłopak zawahał się. Łuk opadł o odrobinę.

— Nikt mnie nie nauczył. Sam. Bo straże nie słyszą trąb. Nikt nie pilnuje przełęczy. W nocy przychodzą ludzie w szarych płaszczach. Przynoszą worki. A ja… ja tylko chcę przeżyć.

Zen przyjrzał mu się uważnie.

— Jak masz na imię?

— Raban.

— Raban, odwaga to nie to samo co rabunek. Ale rozumiem głód. Chodź z nami. Pomożesz nam znaleźć źródło tej „złej ciszy”. A ja pomogę tobie znaleźć lepszą drogę.

Raban prychnął.

— Rycerz i giermek? Co wy zrobicie przeciwko ludziom w szarych płaszczach?

Zen dotknął rękojeści miecza, ale nie dobył go.

— To samo, co zawsze: pomyślimy, będziemy wytrwali i nie uciekniemy przed strachem.

Most zaskrzypiał, jakby przyklasnął.

Rozdział IV: Dolina Echa i mistrz, którego nie było

Dolina Echa okazała się dziwnie cicha. Nie taka miła cisza, jak w bibliotece, tylko ciężka, jakby ktoś przykrył świat grubym kocem. Nawet ptaki latały ostrożniej, jakby bały się własnych skrzydeł.

Na dnie doliny stał warsztat. Drzwi były uchylone, a na progu leżał pył, który nikt nie ruszał od dawna. W środku wisiały na hakach instrumenty: rogi, trąbki, bębny. Wszystkie matowe, jakby zapomniały, że potrafią błyszczeć.

— Halo? — zawołał Milo. Jego głos zabrzmiał, jakby ktoś go ściszył.

Zen wszedł pierwszy. Na stole leżał notes i metalowa płytka z takim samym znakiem, jak na rurce z mostu: spirala i dwie kreski. Obok płytki stała miska z czarnym proszkiem.

Raban powąchał i skrzywił się.

— To śmierdzi jak… spalona noc.

Zen dotknął proszku czubkiem palca. Nie był gorący, ale palec zrobił się nagle cięższy, jakby dźwięk przyklejał się do skóry.

— To musi być to — powiedział. — Coś, co tłumi brzmienie.

— Gdzie jest mistrz Eryk? — Milo rozejrzał się nerwowo.

Z tyłu warsztatu wisiała kotara. Zen odsunął ją i znalazł… pusty fotel. A na oparciu płaszcza — odznakę królewskiej straży.

— Eryk był strażnikiem dźwięku — szepnął Zen. — Ktoś go zabrał.

Wtedy usłyszeli szept. Nie słowo, raczej szuranie ciszy.

W oknie pojawiła się twarz w szarym kapturze.

— Szukacie strojenia? — zapytał głos, zimny i równy. — W Dolinie Echa stroi się już tylko milczenie.

Milo chwycił trąbę, jakby mógł nią kogoś uderzyć.

Raban cofnął się do ściany.

Zen zrobił krok naprzód.

— Oddajcie mistrza Eryka. I przestańcie truć nasze trąby.

Postać zaśmiała się cicho.

— Trąby są zbyt głośne. Budzą ludzi. A ludzie, kiedy są obudzeni, zadają pytania. My wolimy, gdy śpią.

— A my wolimy — odparł Zen — gdy żyją świadomie.

Kaptur zniknął. Na podłodze została tylko smuga czarnego proszku, jak ślad po wężu.

Zen podniósł notes. Kartki były zapisane drobnym pismem Eryka. Jedno zdanie było podkreślone tak mocno, że prawie przebiło papier:

„Zła cisza nie znosi prawdziwego oddechu — trzeba ją przepędzić wspólnym brzmieniem.”

Milo uniósł brwi.

— Wspólnym brzmieniem… czyli… orkiestra?

Raban prychnął.

— W dolinie? Z wilkami?

Zen uśmiechnął się krótko.

— Z odwagą.

Rozdział V: Próba brzmienia i odwaga, która nie krzyczy

Wieczorem rozpalili ognisko za warsztatem, gdzie cisza była nieco lżejsza. Zen rozłożył instrumenty, które znaleźli: mały róg myśliwski, bębenek z pękniętą skórą, dwie piszczałki i starą trąbkę, z której dało się wydobyć ledwie pół tonu.

— To ma wygrać z „złą ciszą”? — Milo spojrzał na to jak na zbiór kuchennych garnków.

— Nie liczy się głośność — powiedział Zen. — Liczy się prawda dźwięku.

Raban usiadł z boku, udając obojętność, ale co chwilę zerkał na instrumenty, jakby one mogły odpowiedzieć na pytania, których nie umiał zadać.

Zen wyjął z kieszeni mosiężną rurkę — tłumik. Przyłożył ją do ucha.

— To nie tylko metal. To pułapka. Gdy trąba wciąga powietrze, tłumik zatrzymuje drgania. Dźwięk robi się leniwy, a potem ginie.

— To… sprytne — przyznał Milo. — Podłe, ale sprytne.

Zen spojrzał na niego.

— Inteligencja nie jest ani dobra, ani zła. To narzędzie. Ważne, w czyich rękach.

W nocy przyszli. Szare płaszcze poruszały się między drzewami jak mgła, tylko bardziej zdecydowana. Było ich czterech. Jeden niósł worek z czarnym proszkiem. Drugi trzymał klatkę. W klatce siedział starszy mężczyzna o zmęczonych oczach: mistrz Eryk.

Milo aż wstał, ale Zen położył mu dłoń na ramieniu.

— Jeszcze nie.

— Ale oni go…

— Wiem. — Zen mówił cicho. — Odwaga to czasem czekanie na właściwy moment.

Raban nagle wyszeptał:

— Znam tę ścieżkę z boku. Prowadzi na ich tyły. Mogę… mogę ich odciągnąć.

Milo spojrzał na niego podejrzliwie.

— A jak uciekniesz?

Raban zacisnął usta.

— A jak ty nie uciekniesz?

Zen skinął głową.

— Dobrze. Milo, gdy ja dam znak, dmuchniesz w trąbę, ale nie tak jak zwykle. Tak, jakbyś chciał opowiedzieć jej historię. Raban, idź. I wróć. Nie jako kamień, tylko jako człowiek.

Raban zniknął w mroku.

Zen wyszedł na polanę, nie dobywając miecza. Szare płaszcze zatrzymały się.

— Rycerz — powiedział jeden. — W samą porę. Przyda nam się twoja cisza.

— Mojej ciszy nie dostaniecie. — Zen uniósł ręce, puste. — Ale mogę dać wam wybór. Odejść, zanim dolina się obudzi.

— Dolina? — szyderstwo zabrzmiało jak suche liście. — Tu nic nie budzi się bez naszej zgody.

W tej chwili z krzaków poleciał kamień. Uderzył w worek z proszkiem, rozrywając go. Czarny pył rozsypał się jak atrament.

— Hej! — krzyknął Raban z tyłu. — Patrzcie, jacy dzielni w kapturach! Boicie się własnego hałasu?

Szare płaszcze odwróciły się w jego stronę.

Zen zrobił krok do klatki. Jeden z nich rzucił się, ale Zen już miał miecz w dłoni — nie do ataku, tylko by odbić uderzenie kija. Stal zadźwięczała czysto, jak dzwonek w mrozie.

— Teraz! — zawołał.

Milo przyłożył trąbę do ust. Wciągnął powietrze i… zamiast krzyczeć dźwiękiem, poprowadził go jak strumień. Długi ton wyszedł z trąby, prosty i jasny.

Zen uderzył mieczem o kamień — raz, drugi — równo, jak serce.

Raban zaczął walić kijem w pusty bębenek, który wcześniej ukrył w krzakach. Skóra była pęknięta, ale brzmiała jak burza na dalekich wzgórzach.

Dźwięki połączyły się, weszły w dolinę, odbiły się od skał. Echo, dotąd uśpione, nagle wróciło. Raz, drugi, trzeci — jakby góry przypomniały sobie, że potrafią odpowiadać.

Szare płaszcze zakryły uszy.

— Przestańcie! — syknął ich przywódca.

Ale „zła cisza” pękała. Czarny pył unosił się i rozpadał jak spalony papier. Trąba Milo zabrzmiała pełniej, jakby ktoś zdjął z niej ciężki worek.

Zen dopadł do klatki i rozciął zamek. Mistrz Eryk wypadł na trawę, kaszląc.

— Dobrze… dobrze… — wyszeptał. — Prawdziwy oddech…!

Szare płaszcze uciekły w las, zostawiając za sobą tylko ślad proszku i wstyd.

Rozdział VI: Strojenie strażniczych trąb i dar oblężenia

Nazajutrz, gdy słońce wspięło się nad Dolinę Echa, mistrz Eryk usiadł w warsztacie, jakby wrócił na swoje miejsce po długiej podróży. Jego dłonie drżały, ale oczy znów miały w sobie iskrę.

— Trąby strażnicze nie potrzebują tylko naprawy — powiedział. — One potrzebują zgody. Jak drużyna rycerzy.

Zen położył przed nim trąbę z Różanej Strażnicy i tłumik z mosiężnej rurki.

Eryk zmrużył oczy.

— A więc to oni. Ludzie od ciszy. — Westchnął. — Próbują sprawić, by królestwo nie słyszało samo siebie.

Milo oparł się o stół.

— I co teraz? Jeśli wrócą?

Zen odpowiedział spokojnie:

— Wtedy usłyszą nas z daleka.

Eryk zabrał się do pracy. Czyścił instrumenty specjalnym olejem, który pachniał żywicą i cytryną. Wypalał resztki czarnego proszku w małym palenisku, aż dym robił się jasny. Uczył Zena i Milo, jak rozpoznawać fałszywą ciszę: nie po braku dźwięku, ale po uczuciu ciężaru w piersi.

Raban kręcił się w pobliżu, niezdecydowany.

— Ja… nie jestem muzykiem — mruknął.

— Nie musisz — odparł Eryk. — Wystarczy, że umiesz słuchać. To rzadki dar.

Gdy wrócili do zamku, straże zebrały się na murach. Zarządca baszt prawie płakał z ulgi, widząc Eryka i trąby lśniące jak nowe.

Zen stanął na najwyższej wieży. W dole miasto falowało dachami, a ludzie przystawali, zadzierając głowy.

— Gotów? — szepnął Milo.

Zen przyłożył trąbę do ust. Wziął oddech, spokojny jak jezioro o świcie, i wypuścił dźwięk.

Rozległ się sygnał czysty, mocny, niosący się daleko poza mury. Echo odpowiedziało z wzgórz, jakby całe królestwo powiedziało: „Słyszę”.

W tej samej chwili na horyzoncie pojawiły się szare punkty. Ludzie od ciszy wracali, prowadząc wóz z czymś dużym — może taranem, może kolejnymi workami proszku. Tym razem jednak straże nie były ślepe ani głuche. Bramy zamknięto, łuczników ustawiono, a na murach zapłonęły pochodnie.

Zarządca baszt aż zadrżał.

— To będzie oblężenie!

Zen spojrzał na miasto, na twarze ludzi, na giermka, który już nie udawał kamienia, i na Rabana, który stał prosto, jakby nagle urósł o kilka centymetrów.

— Tak — powiedział Zen. — Ale to będzie oblężenie, na które jesteśmy gotowi.

I wtedy, nim padła pierwsza strzała, król wyszedł na dziedziniec w towarzystwie kucharzy. Niesiono wielkie stoły, dzbany z sokiem, bochny chleba, pieczone jabłka i kocioł gęstej zupy, która pachniała jak dom.

Milo otworzył usta.

— W środku… oblężenia?

Król uniósł rękę, a jego głos dotarł aż na mury.

— Dziś nasze mury brzmią, a serca są odważne! Niech wrogowie widzą, że nie zamknęli nas w strachu, tylko zgromadzili w jedności. Ofiaruję wam ucztę oblężniczą — siedzenie przy jednym stole, zanim przyjdzie czas stać ramię w ramię na murach!

Ludzie roześmiali się, ktoś zaklaskał, a napięcie pękło jak zbyt mocno naciągnięta lina.

Zen zszedł z wieży. Przy stole usiadł obok Milo, Rabana i mistrza Eryka. Wszyscy jedli szybko, ale z uśmiechem — jak wojownicy, którzy wiedzą, po co walczą.

Raban przełknął łyżkę zupy i mruknął:

— Nie sądziłem, że odwaga może smakować jak cebula.

Milo zachichotał.

— Najlepsza odwaga.

Zen spojrzał na nich, potem na mury, gdzie trąby strażnicze czekały, gotowe przemówić w każdej chwili.

— Pamiętajcie — powiedział cicho. — Odwaga to nie brak strachu. To wybór, by nie oddać mu steru. A kiedy brzmimy razem, nawet „zła cisza” nie ma gdzie się schować.

Za murami szare płaszcze zatrzymały się, słysząc dźwięk śmiechu i widząc światło pochodni. Oblężenie miało się dopiero zacząć, ale królestwo już wygrało pierwszą bitwę: o swój głos.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Zasada
Reguła albo zwyczaj, którego ludzie się trzymają w danym miejscu
Trąby strażnicze
Duże instrumenty dęte używane przez strażników do ostrzegania lub zwoływania
Basztach
Części muru zamku, wysokie wieże, z których strzegą i obserwują okolicę
Kuźni
Miejsce pracy kowala, gdzie kuje się żelazo i robi narzędzia lub miecze
Lut
Rodzaj spoiwa metalowego używanego do łączenia części instrumentu lub metalu
Zakłócenia
Coś, co przeszkadza w normalnym działaniu lub w odbiorze dźwięku
Tłumik
Część, która osłabia albo ciszy dźwięk instrumentu
Stroiciela
Osoba, która poprawia brzmienie instrumentów, by grały właściwie
Pułapka
Coś przygotowane, by złapać albo zatrzymać kogoś lub coś
Zła cisza
W opowieści: cisza, która szkodzi, tłumi dźwięk i przeszkadza ludziom
Echo
Powtórzony dźwięk, który odbija się od skał lub ścian i wraca do nas

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o rycerzach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.