Rozdział 1: Odliczanie zaczyna się wcześniej
W bloku przy ulicy Jarzębinowej klatka pachniała mandarynkami i czymś smażonym, co zawsze próbowało udawać kotleta. Na trzecim piętrze, w mieszkaniu numer 12, trzy dziewczyny kręciły się jak bączki.
Oliwka miała dwanaście lat i talent do odliczania wszystkiego: do przerwy na lekcji, do końca reklamy, do zagotowania wody. Twierdziła, że gdyby ktoś kazał jej policzyć do końca świata, to poprosiłaby tylko o kartkę i długopis.
— Zostało sześć godzin i czterdzieści dwie minuty! — oznajmiła, zerkając na zegarek, jakby był tajnym urządzeniem szpiegowskim.
Hania, rówieśniczka o włosach związanych w wysoki kucyk, przyjrzała się jej z udawaną powagą.
— A sekundy? Przecież bez sekund nie ma napięcia.
— Sekundy policzę w odpowiednim momencie — odparła Oliwka. — Jak zaczniemy teraz, to o północy będę mówić „czterdzieści osiem tysięcy… coś tam” i wszyscy zasną.
Maja, najmniejsza z nich, ale najbardziej stanowcza, niosła pudełko z zimnymi ogniami jak skarb.
— Mam plan. Robimy rytuały noworoczne. Takie… nasze. Ale z szacunkiem. Dla sąsiadów, rodziców i dla tej kanapy, która już tyle przeżyła.
Na stole leżały: papierowe czapeczki, taśma klejąca, trzy flamastry i miska z winogronami. Obok stał słoik z karteczkami.
— To jest „Słoik dobrych rzeczy” — wyjaśniła Maja. — Każda wrzuca trzy karteczki: coś, co było fajne w tym roku. Żadnych docinków. Nawet jeśli dotyczyły… — spojrzała na Hanię — …czyjegoś wpadnięcia do kałuży.
— To było jezioro miejskie w miniaturze — obruszyła się Hania. — I wcale nie wpadłam, tylko przeprowadziłam test głębokości.
Oliwka pokiwała głową.
— Dobra. Rytuały. Odliczanie. I żadnych testów głębokości w mieszkaniu.
Z salonu dobiegł głos mamy Oliwki:
— Dziewczyny, pamiętajcie, że o dwudziestej drugiej przychodzą państwo Krawczykowie na chwilę. Bądźcie miłe.
— Szacunek włączony! — zawołała Hania i zasalutowała tak energicznie, że czapeczka spadła jej na nos.
Maja roześmiała się.
— Okej. Rozgrzewka: składamy życzenia na kartce, chowamy do kopert i otwieramy za rok.
Oliwka podniosła flamaster.
— Ja napiszę: „Żeby odliczanie było zawsze na czas”. I żeby mój brat przestał podkradać winogrona.
— To drugie jest nierealne — westchnęła Hania, bo brat Oliwki, Franek, miał opinię człowieka, który potrafił zniknąć z talerzem w cieniu.
Z kuchni właśnie wysunęła się ręka Franka i bezczelnie zabrała trzy winogrona.
— To ja tylko… sprawdzam, czy nie są zepsute!
— Zostało sześć godzin trzydzieści osiem minut! — krzyknęła Oliwka. — Franek, to nie jest konkurs w znikaniu owoców!
— A szkoda — odparł Franek i zniknął równie szybko jak pojawił się jego łokieć.
Rozdział 2: Słoik, który mruga
Kiedy dziewczyny pisały swoje karteczki, coś dziwnego stało się ze słoikiem. Najpierw nic. Potem wieczko cichutko brzęknęło, jakby słoik kaszlnął. A potem… szkło jakby na moment zamigotało, jak ekran telefonu, gdy ktoś wysyła wiadomość.
— Widziałyście? — Maja zamarła z długopisem w powietrzu.
— Może to odbicie lampek choinkowych — stwierdziła Hania, ale jej głos stracił pewność, jakby właśnie zgubił portfel.
Oliwka nachyliła się bliżej.
— Odbicie nie robi „brzęk”. I nie mruga w rytmie: raz, dwa, trzy.
Słoik znowu zamrugał. Raz. Dwa. Trzy.
— To jest… odliczanie? — Hania uniosła brwi.
Oliwka wyprostowała się, podekscytowana.
— Jeśli to słoik odlicza, to ja go adoptuję.
Maja ostrożnie dotknęła szkła. Było chłodne, zwyczajne, a jednak pod palcami poczuła delikatne wibrowanie, jak mruczenie kota, który udaje, że nie chce się przytulać.
— Może to działa na karteczki — szepnęła. — Jak wrzucimy coś miłego, to… robi się trochę bardziej magicznie?
Hania przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się pod nosem.
— Magicznie? To w takim razie wrzucam: „Oliwka pożyczyła mi swój zeszyt z matmy, mimo że pisałam w nim jak kura pazurem”. O, i jeszcze: „Maja oddała mi swoją ulubioną gumkę, kiedy zgubiłam moją”. I… — zawahała się. — „Nauczyłam się nie śmiać, gdy ktoś mówi inaczej niż ja”. Na przykład, kiedy babcia mówi „szczypiorek” jak „szczypiorekrr”.
Maja prychnęła.
— To było wybitne „rr”.
Oliwka wrzuciła swoje karteczki, a słoik zamrugał jeszcze jaśniej, jakby podziękował. W środku, między papierkami, coś zaszeleściło inaczej niż papier. Jakby… małe, cieniutkie skrzydełka?
— Dobra, brzmię jak bohaterka z książki, ale… — Maja ściszyła głos. — Słyszycie to?
Wtedy z słoika wyskoczyła maleńka iskierka. Nie jak z zapalniczki, raczej jak punkt światła z latarki, tylko że latał sam. Zrobił kółko nad stołem i zawisł w powietrzu.
— Okej — powiedziała Hania bardzo spokojnie. — To nie jest odbicie lampek. To jest… latające coś.
Iskierka zadrżała, po czym ułożyła się w kształt miniaturowej cyfry „3”. Potem „2”. Potem „1”. I zgasła, zostawiając po sobie zapach świeżej skórki pomarańczy.
Oliwka była zachwycona.
— Słoik zna się na rzeczy.
— A my musimy się znać na szacunku — dodała Maja szybko. — Żadnych żartów kosztem tego… czegoś. Jeśli to jest gość, to jest gość.
Hania skinęła głową.
— Witaj, gościu-słoiku. Nie ruszamy cię bez pytania.
Słoik zamrugał raz. Jakby: „ok”.
Rozdział 3: Próbne „trzy, dwa, jeden”
O dwudziestej drugiej do mieszkania przyszli państwo Krawczykowie: pani Krawczyk w swetrze z reniferem, który wyglądał, jakby właśnie zobaczył cenę masła, i pan Krawczyk z talerzem ciasta.
— Dobry wieczór! — zawołali.
Dziewczyny wstały jednocześnie.
— Dobry wieczór! — odpowiedziały zgodnie.
Hania szepnęła do Oliwki:
— Patrz, renifer jest w szoku. Może też odlicza do północy.
Oliwka parsknęła, ale zaraz się opanowała.
— Szacunek, pamiętasz?
— Pamiętam, pamiętam. Renifer jest dostojny.
W salonie zrobiło się gwarnie. Telewizor w tle pokazywał koncert, a na stole pojawiły się talerzyki, serwetki i dzbanek z kompotem. Franek krążył w pobliżu winogron jak satelita.
Maja spojrzała na słoik. Stał spokojnie, jak zwykły słoik. Jakby mówił: „Teraz jest czas na ludzi”.
— Wiecie co? — szepnęła. — Zróbmy próbę generalną. Na balkonie. Z zimnymi ogniami. Ale cicho, żeby nie wystraszyć kota sąsiadów.
Hania uniosła palec.
— I bez testów głębokości na śniegu.
Na balkonie było zimno, powietrze szczypało policzki, a miasto mrugało oknami jak gigantyczna choinka. Z dołu dobiegały śmiechy i odległe „ooo!”, jakby ktoś już ćwiczył zachwyt.
Oliwka wyjęła stoper.
— Próba: odliczanie od dziesięciu. Każda mówi po kolei, żeby było rytmicznie. Ja zaczynam. Dziesięć!
— Dziewięć! — podchwyciła Hania.
— Osiem! — Maja, z zimnym ogniem w dłoni, wyglądała jak dowódczyni małej wyprawy.
— Siedem! — Oliwka.
— Sześć! — Hania.
— Pięć! — Maja.
— Cztery! — Oliwka.
— Trzy! — Hania.
— Dwa! — Maja.
— Jeden! — Oliwka.
Maja odpaliła zimne ognie. Zasyczały i rozbłysły, sypiąc złotymi iskierkami, które znikały w ciemności jak szybkie życzenia.
— Widzicie? — szepnęła Hania. — To jest takie… poważnie-fajne.
Oliwka skinęła głową, a jej oczy odbijały światło.
— Odliczanie to jak most. Przechodzisz z jednego roku do drugiego, krok po kroku.
— A my idziemy razem — dodała Maja.
Wróciły do środka, rozgrzane śmiechem i tym uczuciem, że coś ważnego jest tuż za rogiem, tylko jeszcze udaje zwykły wieczór.
W salonie pan Krawczyk opowiadał dowcip o tym, jak pomylił sól z cukrem. Franek w tym czasie próbował wynegocjować kawałek sernika „w imię pokoju na świecie”.
— Pokoju tak — powiedziała mama Oliwki. — Ale sernika po kolacji.
Franek westchnął dramatycznie, jak aktor w teatrze.
— Dobrze. Będę cierpiał z godnością.
Słoik na stole zamrugał tylko raz, jakby parsknął śmiechem, ale nikt poza dziewczynami tego nie zauważył.
Rozdział 4: Niespodzianka z szacunkiem
Kiedy goście poszli, a rodzice zajęli się kuchnią, dziewczyny wróciły do swojego „centrum dowodzenia” przy stole. Słoik stał pośrodku, jak kapitan, który nie potrzebuje czapki.
— Zostały dwie godziny i dwanaście minut — oznajmiła Oliwka i tym razem dodała szeptem: — I czterdzieści sekund.
Hania pochyliła się nad słoikiem.
— Ej, gościu-słoiku. Masz dla nas jakieś wskazówki?
Słoik nie mrugał. Za to karteczki w środku poruszyły się, jakby ktoś przewracał strony.
Maja wzięła jedną kopertę z życzeniami na przyszły rok.
— Może słoik chce, żebyśmy zrobili coś miłego dla kogoś jeszcze? To jest Nowy Rok. Dzieją się takie rzeczy.
— Jakie? — Hania.
— Na przykład… — Maja rozejrzała się. — Dla pani Zosi z czwartego piętra. Zawsze mówi „dzień dobry”, nawet jak jej siatka pęka.
Oliwka przytaknęła.
— I dla pana Mietka z parteru, co denerwuje się na hałas, ale jak mu się powie „przepraszam”, to mięknie jak masło na grzance.
Hania uśmiechnęła się krzywo.
— Czyli: respekt, dyplomacja i grzanki.
— Zrobimy „Noworoczny Pakiet Życzliwości” — zdecydowała Maja. — Krótki liścik z życzeniami dla kilku sąsiadów. I dołączymy po jednym winogronie. Symbolicznie.
Oliwka spojrzała na miskę.
— Franek już zjadł symbolicznie pół symbolu.
Jak na zawołanie Franek pojawił się w drzwiach.
— Czy ktoś mówił moje imię?
— Tak — odparła Hania. — W kontekście: przestań.
Franek uniósł ręce w geście niewinności.
— Ja tylko pilnuję, żeby winogrona nie uciekły.
Maja podała mu kartkę.
— To pilnuj też tego: napisz życzenia dla pana Mietka. Ale grzecznie.
Franek spojrzał na kartkę, potem na nie.
— Mogę dodać rysunek?
— Jak będzie uprzejmy — powiedziała Oliwka.
Franek usiadł i zaczął rysować coś, co wyglądało jak fajerwerki, tylko bardziej jak jeże w kosmosie. Pod spodem napisał: „Szczęśliwego Nowego Roku! Postaramy się być ciszej, a jak nie wyjdzie, to przepraszamy z wyprzedzeniem”.
— To jest… zaskakująco dobre — przyznała Hania.
— Jestem artystą pokoju — odparł Franek z powagą, po czym ukradkiem sięgnął po winogrono.
— Pakiet życzliwości bez kradzieży! — syknęła Oliwka.
W tym momencie słoik zamrugał mocno, a iskierka znów wyskoczyła i zawisła nad listami. Zrobiła kółko, jakby zatwierdzała plan, po czym spłynęła na karteczkę Franka, zostawiając na rogu mały, złoty ślad.
— Okej — wyszeptała Maja. — Mamy pieczątkę od… magicznego działu jakości.
Hania wzięła głęboki oddech.
— To jest najmniej dziwny dziwny wieczór, jaki miałam.
Rozniosły liściki pod drzwi kilku sąsiadów, bardzo cicho, jak tajne elfy na misji. Przy każdych drzwiach Maja kładła po jednym winogronie.
— To wygląda śmiesznie — szepnęła Hania. — Winogrono jak mały strażnik.
— Cicho, bo się obrazi — odpowiedziała Oliwka.
Wróciły do mieszkania rozgrzane nie tylko ruchem, ale też czymś przyjemnym w środku, jakby ktoś zapalił dodatkową lampkę.
Rozdział 5: Północ w wersji chóralnej
Tuż przed północą rodzice zawołali:
— Dziewczyny, chodźcie! Zaraz odliczanie!
Oliwka aż podskoczyła.
— Moja chwila!
Wszyscy zebrali się w salonie. Na stole stały szklanki z napojem, talerzyk z ciastem i miska winogron, która wyglądała na podejrzanie lżejszą. Telewizor pokazywał tłum ludzi, którzy już szykowali się do krzyku.
Maja wzięła słoik i postawiła go obok zegara.
— Niech ma najlepszy widok — szepnęła.
Hania poprawiła czapeczkę.
— Jeśli słoik znowu zrobi numer, to udajemy, że to dekoracja, jasne?
— Jasne — powiedziała Oliwka. — Ale ja i tak będę szczęśliwa.
Zegar pokazał, że zostało trzydzieści sekund. Oliwka stanęła jak dyrygentka.
— Uwaga. Odliczamy wszyscy. Równo, bez przepychania się słowami — zarządziła. — To jest chwila, w której szanujemy nawet ciszę między liczbami.
Franek sapnął.
— Ale patetycznie.
— Cicho, artysto pokoju — odparła Hania.
Dwadzieścia sekund. Dziesięć. W telewizorze ktoś już krzyczał.
Oliwka zaczęła:
— Dziesięć!
— Dziewięć! — podchwycili wszyscy.
Słoik zamrugał, iskierka wyskoczyła i zawisła nad ich głowami, jak mały świetlny balonik.
— Osiem!
— Siedem!
— Sześć!
— Pięć!
W tym momencie iskierka rozdzieliła się na trzy drobne punkciki i każdy poleciał do jednej z dziewczyn, siadając na ich ramionach jak świetliki, które pomyliły lato z zimą.
— Cztery!
— Trzy!
— Dwa!
Oliwka poczuła ciepło na karku i nagle zrobiło jej się tak radośnie, że aż ścisnęło w gardle, ale w dobry sposób.
— Jeden!
— Zero! Szczęśliwego Nowego Roku!
Wybuchły okrzyki, śmiech, ktoś kogoś przytulił. Za oknem rozkwitły fajerwerki: czerwone pąki, złote gwiazdy, srebrne deszcze. Miasto na chwilę wyglądało jak szkatułka z konfetti.
— Wow — szepnęła Maja. — Jakby niebo robiło nam pokaz.
Hania patrzyła w okno.
— I jakby mówiło: „Dobra robota, ludzie”.
Oliwka nie mogła się powstrzymać.
— Zaczynam odliczać do… dobra, żartuję! Daję wam pięć minut przerwy.
— Wielkodusznie — zaśmiała się Hania i stuknęła się z nią szklanką.
Słoik na stole stał spokojnie. Iskierki z ramion dziewczyn wzbiły się w górę, zatoczyły kółko i wpadły z powrotem do środka przez uchylone wieczko, którego nikt wcześniej nie uchylił. Szkło zamigotało, a potem znów stało się zwyczajnym szkłem.
Jakby magia powiedziała: „Teraz wasza kolej”.
Rozdział 6: Wiadomość, która leci dalej
Po północy zrobiło się ciszej. Rodzice rozmawiali w kuchni, Franek oglądał fajerwerki i udawał, że to jego zasługa, a dziewczyny usiadły z powrotem przy stole.
Maja otworzyła notatnik.
— Skoro mamy Nowy Rok, to trzeba wysłać wiadomość. Taką prawdziwą. Do kogoś, komu się przyda.
Hania uniosła brwi.
— Do kogo? Do pani Zosi? Ona nie ma smartfona.
— Może do naszej wychowawczyni? — zaproponowała Oliwka. — Czasem wygląda, jakby marzyła o ciszy na planecie.
— Albo do… — Maja zawahała się. — Do Julki z naszej klasy. Wiecie. Ona często siedzi sama, a ludzie czasem mówią o niej rzeczy, których nie powinni.
Hania spuściła wzrok.
— Wiem. I to nie jest fajne.
Oliwka kiwnęła głową, poważniejsza niż zwykle.
— Szacunek działa też wtedy, gdy kogoś nie ma obok. A szczególnie wtedy.
Maja wzięła telefon (za zgodą mamy, która tylko machnęła ręką: „Byle krótko i kulturalnie”).
— Napiszmy coś razem. Nie musi być wielkie. Ma być szczere.
Hania podsunęła pomysł:
— „Hej, Julka, wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Jak chcesz, jutro możemy pogadać”.
Oliwka dodała:
— I „Jeśli masz ochotę, możesz z nami zrobić słoik dobrych rzeczy. Serio działa”. Dobra, tego o słoiku może nie, bo zabrzmi jak reklama ogórków.
Maja uśmiechnęła się.
— Napiszę prosto.
Stukała kciukami, a słowa układały się jak małe płatki śniegu, każdy inny, ale wszystkie potrzebne:
„Hej, Julka. Szczęśliwego Nowego Roku! Chciałyśmy Ci powiedzieć, że fajnie by było spędzić razem trochę czasu po przerwie. Jeśli będziesz miała ochotę, możemy jutro wyjść na spacer albo pogadać. Trzymaj się ciepło.”
— Wyślij — powiedziała Oliwka, a potem dodała szeptem: — Trzy… dwa… jeden.
Maja nacisnęła „Wyślij”.
W tej samej chwili słoik zamrugał raz, spokojnie, jak ktoś, kto kiwa głową z uznaniem. W środku karteczki zaszeleściły, a zapach pomarańczy znów na chwilę wypełnił pokój.
Hania oparła się o krzesło.
— To było dobre odliczanie.
Oliwka uśmiechnęła się szeroko.
— Najlepsze, bo kończy się czymś, co idzie dalej.
Maja spojrzała na słoik, potem na przyjaciółki.
— Nowy Rok jest jak wiadomość. Możesz ją wysłać byle jak… albo tak, żeby komuś zrobiło się lżej.
Za oknem fajerwerki powoli ucichły, ale w mieszkaniu nadal było jasno od lampek, śmiechu i tej niewidzialnej iskierki, która nie potrzebowała już słoika, żeby świecić.