Rozdział 1. Poranek w Miasteczku Słońca
Słońce wstało nad czerwonymi skałami, a piasek lśnił jak złote ziarenka w wielkim sicie. Młody kowboj Antek poprawił kapelusz, przytulił pysk swojego siwego konia Błyska i powiedział: "Dziś, przyjacielu, niesiemy listy do górników. To ważna sprawa."
Na ganku poczty czekała pani Dora. Pachniało tam papierem, atramentem i świeżo prażoną kukurydzą z pobliskiego stoiska. Pani Dora uśmiechnęła się szeroko i podała mu skórzaną torbę.
"Listy do obozu w Dolinie Sztabek. Znasz drogę, Antku?" zapytała.
"Znam krótszą przez Przełęcz Śpiewającego Wiatru" odparł, stawiając nogę w strzemieniu.
"Uważaj na most nad Strumieniem Złota. Ostatnio coś skrzypi. I pamiętaj: listy są ważniejsze niż pośpiech."
"Obiecuję" powiedział Antek. "Zawsze robię to, co trzeba."
Błysk zarżał cicho, jakby mówił, że też obiecuje. Siodło skrzypnęło, dzwoneczek przy wodopoju zadźwięczał, a oni ruszyli przed siebie. W powietrzu unosił się zapach szałwii i suchej trawy, a wiatr grał na drutach ogrodzeń jak na harfie. Antek był młody, ale miał serce tak szerokie jak preria. Lubił robić rzeczy porządnie, mówić prawdę i patrzeć ludziom prosto w oczy.
Po chwili mijali kaktusy z żółtymi kwiatkami, a po ziemi przebiegały śmieszne susły. Jeden z nich stanął słupka i pisnął.
"Nie martw się, mały" uśmiechnął się Antek. "Nie gonię cię. Dziś goni mnie czas."
Rozdział 2. Most i tajemnicza sakiewka
Nad Strumieniem Złota stał stary drewniany most. Rzeczka pluskała w cieniu wierzby, ale deski mostu trzeszczały, jakby opowiadały o dawno minionych krokach. Antek zsiadł z konia, pogładził Błyska po szyi i powiedział: "Najpierw sprawdzimy, czy jest bezpiecznie. Powoli."
Woda mieniła się jak ciekłe szkło. Antek zauważył, że dwie deski są pęknięte. Z kieszeni wyjął sznur i podwiązał poręcz do zdrowego pala, żeby się nie chwiała. "Idziemy kroczek po kroczku" szepnął. Błysk postawił kopyto pewnie. Most jęknął, ale wytrzymał. Na środku w nurcie coś błysnęło i popłynęło między kamieniami.
"Co to?" mruknął Antek. Przyklęknął, sięgnął lasso i jednym zgrabnym ruchem zaczepił o mały woreczek, który wirował w wodzie jak rybka. Wyciągnął mokrą sakiewkę. W środku zaszeleściło.
"Złoty pył" westchnął. "Ktoś to zgubił. Oddam właścicielowi, gdy go znajdę."
Po drugiej stronie strumienia siedział stary górnik z brodą jak srebrny płaszcz. Trzymał kubek z kawą i grzał dłonie.
"Dzień dobry" zawołał Antek. "Wszystko w porządku?"
"Bywa" zachichotał górnik. "Most skrzypi, ale ja skrzypię głośniej. Dokąd jedziesz, chłopcze?"
"Do Doliny Sztabek. Niosę listy."
"W sam raz" powiedział górnik. "Ta droga ma swój humor. Potrafi płatać figle."
Antek usiadł na kamieniu. Błysk parskał i chłeptał wodę. Górnik wyjął z torby suszone mięso i podzielił na pół.
"Chcesz kęs?"
"Dziękuję" odparł Antek. "A czy pan nie zgubił sakiewki z pyłem? Znalazłem jedną w wodzie."
Górnik potrząsnął głową.
"Nie moja, ja dziś tylko kawę piję."
"W takim razie poszukam właściciela w obozie. Lepiej, żeby pieniądz trafił do tego, komu się należy" powiedział Antek.
"Gadasz mądrze" mruknął górnik. "Słowo kowboja to skarb. Trzymaj się, chłopcze."
Antek pomachał i ruszył dalej. Słońce podniosło się wyżej, a piasek pachniał ciepłem. Na horyzoncie falował kanion, a wiatr śpiewał, jakby ktoś przeciągał palcem po brzegu szklanki.
Rozdział 3. Śpiewający Wiatr i trzej kapelusznicy
Przełęcz Śpiewającego Wiatru nie dostała nazwy bez powodu. Kiedy Antek wjechał między wysokie ściany skał, powietrze zaszumiał jak ocean. Czasem gwizdało cienko, czasem dudniło jak bęben. Błysk nastawił uszy.
"Spokojnie, przyjacielu. To tylko wiatr ma koncert."
Nagle z lewej strony zakotłował kurz. Pojawiły się trzy sylwetki w wielkich kapeluszach. Każdy z nich miał na szyi kolorową chustkę. Pierwszy był wysoki i szczupły, drugi okrągły jak beczka, trzeci drobny i żwawy. Zatrzymali konie.
"Dzień dobry!" krzyknął najmniejszy. "Jesteśmy Bracia Kapelusze! A ty?"
"Antek, listonosz na koniu" odpowiedział spokojnie.
"Oho, listy!" ucieszył się okrągły. "A czy w listach jest coś słodkiego? My lubimy słodkie słowa."
"Listy są dla górników" odparł Antek. "Nie wolno mi ich otwierać. Tak jest uczciwie."
Wysoki przekrzywił kapelusz.
"Uczciwie to ładne słowo. Sprawdźmy, czy jesteś także sprytny. Jeśli odpowiesz na zagadkę, pokażemy ci skrót przez kamienny labirynt."
"Zgoda" uśmiechnął się Antek. "Pytajcie."
Najmniejszy chrząknął.
"Co ma szyję, ale nie ma głowy, i pije wodę, choć nie ma ust?"
Antek spojrzał na Błyska i na rzekę. Myślał chwilę, między skałami zawył wiatr. Potem rzekł: "Butelka."
Bracia Kapelusze klasnęli.
"Brawo! A druga zagadka" powiedział wysoki. "Jakie zwierzę nosi dom na plecach i nigdy go nie gubi?"
"Żółw" odpowiedział Antek bez wahania.
"Spryciarz!" roześmiał się okrągły. "Słowo jest słowem. Skrót jest tam, gdzie cień skały kładzie się jak strzała. Ale uważaj: jest tam piasek jak cukier. Koła wozu by utknęły, ale koń da radę, jeśli będzie szedł lekko."
"Dziękuję. A teraz ja też mam coś" powiedział Antek i wyjął kredę. Na kamieniu narysował małą strzałkę i gwiazdę. "Zostawię znaki, aby nie zabłądzić."
"Świetny pomysł" mruknął wysoki. "Wiesz, chłopcze, jedni robią z piasku problem, a inni drogę. Ty robisz drogę."
Antek pojechał wskazanym skrótem. Piasek faktycznie był miękki jak mąka, ale Błysk stąpał lekko, a chłopak mówił cicho: "Dobry koń, dobry koń." Wiatr przycichł, kiedy minęli ostatni zakręt. Przed nimi rozlała się szeroka dolina, a słońce miało barwę miodu.
Rozdział 4. Dolina Sztabek i sekret
Obóz górniczy brzęczał jak ul. Migały koszule na sznurach, stukały kilofy, ktoś gwizdał wesołą melodię. Nad paleniskiem unosił się zapach gulaszu. Antek zatrzymał Błyska przy studni. Z torby wyjął listy i zawołał: "Poczta!"
Górnicy zbiegli się z uśmiechami. Niektórzy mieli ręce w pyle, inni w rękawicach. Antek rozdawał koperty, czytał na głos tym, którzy prosili: "Dla pana Walo... Dla pana Miguela... Dla pani Rosie..." Śmiech, westchnienia, łzy radości – wszystko mieszało się jak dźwięki w piosence.
"Przeczytasz mi?" zapytał starszy górnik o kręconych włosach. "Nie radzę sobie z literami."
"Oczywiście." Antek usiadł obok ogniska i spokojnym głosem odczytał list od córki. "Tato, przysłałam ci rysunek konia. Mama mówi, żebyś jadł dużo warzyw."
Górnik się roześmiał i wytarł oczy. "Zjem całą miskę."
Kiedy zamieszanie ucichło, Antek wyjął mokrą sakiewkę.
"Kto zgubił to przy moście? Była w wodzie."
Górnicy spojrzeli po sobie. Jeden, o piegowatej twarzy, zrobił krok naprzód.
"Ja... chyba ja. Nazywają mnie Walo. Szukałem sakiewki cały ranek. W środku jest pył z tygodnia pracy."
Antek podał mu woreczek. "Proszę. Lepiej, żeby wrócił do pana. Znalazłem go po drodze."
Walo otworzył sakiewkę, spojrzał do środka, a jego oczy rozbłysły. "Nawet nie zajrzałeś! Dziękuję. Jesteś uczciwy jak nowy gwóźdź."
"Nie wolno mi brać cudzych rzeczy" odparł Antek. "To proste."
Przy ognisku zagotowano wodę i przyniesiono dwie miski gulaszu – dla Antka i Błyska marchewkę. Koń chrupał, aż echo niosło. Antek opowiedział o małych susłach, o wietrze w przełęczy, o Braciach Kapeluszach.
"Znamy ich" roześmiał się wysoki górnik. "Lubią żarty, ale dotrzymują słowa. Tak jak ty."
Po jedzeniu Antek pomógł naprawić skrzypiącą bramę. "Wystarczy dodać klin" powiedział, uderzając delikatnie młotkiem. "Trzeba robić rzeczy porządnie." Potem razem z chłopakiem o imieniu Tico naprawili wiatrową pompę, która jęczała jak stary pies. Tico patrzył z podziwem.
"Skąd wiesz, co i jak?"
"Patrzę, słucham i próbuję" uśmiechnął się Antek. "Jak coś nie działa, to trzeba szukać, aż zaskoczy."
Kiedy słońce dotknęło czubków gór, Walo podszedł do Antka i skinął głową na bok.
"Chodź. Pokażę ci coś, ale tylko jeśli obiecasz, że zachowasz to w tajemnicy. To dla dobra koni, ludzi i tej doliny."
Antek zmrużył oczy, potem poważnie skinął.
"Obiecuję. Jeśli trzeba, nie powiem nikomu."
Poszli wąską ścieżką między jałowcami. Pachniały świeżo jak mydło w sobotę. Zza skały usłyszeli ciche szemranie. Walo odsunął gałąź, a przed nimi ukazało się małe źródełko, ukryte pod białą sosną. Woda była krystaliczna, spadała z kamienia cienką nitką i wpadała do płytkiego oczka. Nad oczkiem latały ważki, a cienie traw drżały na dnie jak kreski ołówka.
"To nasze Źródełko Szeptów" powiedział Walo szeptem. "Kiedy jest susza, ratuje ludzi i zwierzęta. Nie chcemy, żeby było zatłoczone albo zniszczone."
Antek uklęknął i napił się z dłoni. Woda była chłodna, miała smak poranka i odrobinę zapach sosen. "Rozumiem" powiedział. "Dotrzymam słowa. Nie powiem nikomu, kto nie musi wiedzieć."
"Po to właśnie chciałem, żebyś je poznał" rzekł Walo. "Bo uczciwemu można zaufać."
Wracali wolno, a wieczorny wiatr głaskał trawy. Przy ognisku górnicy śpiewali proste piosenki. Błysk trącił Antka nosem.
"Tak, przyjacielu" zaśmiał się chłopak. "Jutro w drogę powrotną. Miasteczko Słońca czeka."
Noc spłynęła jak koc. Antek ułożył się pod gwiazdami, słuchał cykania pasikoników i cichego bulgotu w kotle. Myślał o tym, jak to dobrze jest pomagać, zwłaszcza wtedy, gdy jest to trudne. Myślał też o źródełku i białej sośnie, o ważkach i o cieniu, który wyglądał jak skrzydła.
Rankiem rozdał ostatnie kartki pocztowe do wysłania i pożegnał wszystkich.
"Wracaj bezpiecznie" wołał Tico. "I przywieź znów listy!"
"Przywiozę" obiecał Antek. "Słowo kowboja."
Błysk uniósł głowę, słońce błysnęło na jego grzywie. Ruszyli. Droga była już jak stara znajoma – znała ich kroki i wiedziała, że się nie spieszą bez potrzeby. Na kamieniu, tam gdzie rysował strzałkę, Antek dopisał małą gwiazdkę. Uśmiechnął się. Wiedział, że niektóre rzeczy najpiękniej świecą w sercu.
A gdzie znajdowało się Źródełko Szeptów pod białą sosną? Tego Antek dotrzymał w tajemnicy.