Trwa ładowanie...
Opowieść o strażaku 11-12 lat Czytanie 14 min.

Strażak Marek i lekcja, której nie zna ogień

Strażak Marek i jego drużyna gaszą dymiące ognisko przy stodole, ucząc gospodarza i dzieci zasad bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Przy okazji pokazują, jak ważne są planowanie dojazdów, odpowiedzialność i dbanie o sprzęt.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Strażak o kwadratowej twarzy, krótkich brązowych włosach, spokojnym, zdeterminowanym wyrazie, w błyszczącym żółtym hełmie i czerwonej kurtce z odblaskami, klęczy i trzyma niebieski wąż, z którego leci strumień wody gaszący mały ogień obok czerwonej drewnianej stodoły. Około 9-letni chłopiec w niebieskim swetrze, z ciekawą, nieco zaniepokojoną twarzą, stoi kilka kroków za strażakiem, trzymając ulotkę ratunkową. Dorosły rolnik (ok. 50 lat) z pomarszczoną twarzą i poplamioną sadzą szarą kurtką stoi przy stodole ze spuszczoną głową i rękami na biodrach, zawstydzony, ale wyraźnie ulżony. Jasnobrązowy, kudłaty pies gospodarski z czerwonym obrożą pije wodę z miski na błotnistym podwórzu. Miejsce: nocne podwórze gospodarstwa oświetlone żółtymi lampami, stos siana, błotnista droga i czerwony wóz strażacki w pobliżu, unoszący się szary dym. Sytuacja: mały pożar gałęzi przy stodole kontrolowany przez strumień wody, napięta lecz bezpieczna atmosfera, widoczne krople wody, wyraźne sylwetki i kontrastowe kolory (czerwony, żółty, niebieski) dla łatwego odbioru przez dzieci. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Strażnica, czajnik i spokojny dyżur

Na wsi noc pachnie inaczej niż w mieście. Trochę jak mokra trawa, trochę jak dym z kominka, a trochę jak naleśniki, jeśli ktoś właśnie smaży je za późno. W remizie w Brzozowej Łące pachniało herbatą z cytryną.

Marek, strażak z miejscowej jednostki, siedział przy stole i czyścił latarkę. Robił to uważnie, jakby polerował kieszonkową gwiazdę.

— Mówisz, że latarka też może się zmęczyć? — zapytał Kuba, syn sąsiadów, który wpadł na chwilę, bo jego mama pomagała w remizie przy papierach.

— Może — Marek mrugnął. — Jak człowiek. Jeśli jej nie dbasz, to potem w najgorszym momencie udaje, że śpi.

Kuba zachichotał i pogładził hełm stojący na ławce.

— A ty się boisz? — zapytał nagle.

Marek odstawił latarkę i odpowiedział spokojnie:

— Trochę tak. Tyle że strach jest jak znak „Uwaga, ślisko”. Nie po to, żeby się przewrócić, tylko żeby iść ostrożniej.

W remizie było cicho. Tylko czajnik mruczał jak kot. Na ścianie wisiała mapa okolicy: mostek, tartak, szkoła, pola, las i rzeka, która wiła się jak srebrna wstążka.

Marek lubił tę mapę. Zawsze myślał, że strażak powinien znać swoją okolicę tak dobrze, jak własną kieszeń. A najlepiej jeszcze lepiej, bo w kieszeni czasem znika drobniak, a droga do czyjegoś domu nie powinna.

— Kuba — powiedział — jakbyś musiał dobiec do sklepu najkrótszą drogą, to co byś zrobił?

— Skrótem! Przez ogród pani Krysi! — wypalił Kuba.

— I tu jest pierwszy punkt lekcji: skrót nie zawsze jest najlepszy, jeśli jest zamknięty furtką i pani Krysia goni miotłą.

Kuba parsknął śmiechem.

W tej samej chwili w remizie rozległ się dźwięk syreny. Nie głośny jak w filmach, ale wystarczający, by serce Marka zrobiło szybkie „hop”.

Marek wstał, jakby sprężyna go podniosła.

Dyżur się obudził — mruknął. — Kuba, zostań tu z mamą. I pamiętaj: ciekawość jest świetna, ale bezpieczeństwo lepsze.

Rozdział 2: Wyjazd i mapa w głowie

Telefon od dyspozytora był krótki: „Zgłoszenie dymu przy gospodarstwie Stelmachów. Możliwe ognisko przy stodole”.

Marek zapiął kurtkę, sprawdził rękawice, hełm, radio. Każdy ruch był szybki, ale nie chaotyczny. Jak dobrze przećwiczony taniec.

W kabinie wozu strażackiego siedział już Franek, kierowca, który znał każdą dziurę w asfalcie po imieniu.

— Stelmachy? — zapytał Franek. — To albo ktoś pali gałęzie, albo ktoś pali gałęzie za blisko stodoły.

— Albo suszy siano i zapomniał, że siano lubi płatać ogniste figle — odparł Marek. — Jedźmy spokojnie, ale sprawnie.

Wóz ruszył, a świat za szybą rozciągał się w ciemnozielone pasy pól. Marek patrzył na drogę i jednocześnie widział mapę w głowie.

„Główna szosa, potem skręt przy kapliczce. Ale… jeśli na szosie będzie traktor, stracimy czas” — pomyślał. — „Można by odbić polną drogą przy stawie, tylko czy mostek wytrzyma ciężar wozu?”.

Marek nie lubił zgadywać. Lubił wiedzieć. Dlatego w wolnych chwilach chodził oglądać drogi, mostki, bramy, nawierzchnie. Przewidywanie w straży było jak dodatkowa latarka: nie zawsze potrzebna, ale kiedy jest ciemno, ratuje.

— Franek — odezwał się przez interkom — przy stawie jest mostek z nowymi belkami, ale nie wiem, czy dopuszczony dla ciężkich pojazdów. Jedźmy standardem. Bez ryzyka.

— No i dobrze — mruknął Franek. — Jak mostek pęknie, to będziemy gasić nie tylko ogień, ale i własną dumę.

Marek uśmiechnął się pod nosem. Humor w wozie działał jak pas bezpieczeństwa dla nerwów.

Na zakręcie minęli kapliczkę. Marek spojrzał na nią i pomyślał, że wieś ma w sobie coś z obietnicy: „Będzie dobrze, tylko działaj mądrze”.

Rozdział 3: Dym, siano i najważniejsze „nie”

Na podwórku Stelmachów rzeczywiście było widać dym. Na szczęście nie z okien domu, tylko z miejsca obok stodoły, gdzie ktoś próbował rozpalić ognisko z wilgotnych gałęzi. Dym kłębił się jak obrażona chmura, która nie umie zdecydować, czy chce padać.

Przy ognisku stał pan Stelmach, machając tekturową płytą.

— Ja tylko… ja tylko chciałem spalić! — tłumaczył nerwowo. — Bo tyle tego po wichurze…

Marek wysiadł i podszedł spokojnie, ale stanowczo.

— Panie Stelmach, proszę odsunąć się od ognia. I nie machać tym jak skrzydłem. To nie kura, tylko ogień — powiedział. — Po pierwsze: ognisk nie robi się przy stodole. Po drugie: jak jest wiatr, ognisko potrafi nagle „przeskoczyć”. A po trzecie: dym jest niebezpieczny, nawet gdy płomień wygląda na mały.

— Ale ja miałem wiadro… — bąknął pan Stelmach i pokazał wiadro tak małe, jakby było dla krasnoludków.

— Wiadro jest jak parasol w burzy — Marek skinął głową. — Lepiej niż nic, ale nie zastąpi rozsądku.

Strażacy rozwinęli wąż. Franek ustawił wóz, inny druh sprawdził, czy nie ma zagrożenia w stodole. Marek ocenił wiatr: lekki, ale zdradliwy. W stodole pachniało sianem, a siano lubi ogień tak, jak suchy papier lubi iskry.

— Kuba by powiedział: „Skrót!” — pomyślał Marek. — A ja mówię: „Zabezpieczenie”.

— Panie Stelmach — zwrócił się do gospodarza — jeśli chce pan palić gałęzie, proszę to zgłosić, sprawdzić przepisy i wybrać miejsce z dala od zabudowań. I zawsze mieć pod ręką wodę, łopatę, a najlepiej kogoś dorosłego obok. Ogień to nie zabawka.

— Ja dorosły jestem — burknął pan Stelmach.

— Dorosły też może popełnić błąd — Marek powiedział łagodnie. — To nie wstyd. Wstydem jest udawać, że się nie da nauczyć.

Franek puścił krótki strumień wody. Ogień syknął i skurczył się jak niechciana myśl. Potem jeszcze kilka sekund, żeby schłodzić żar. Marek wziął łopatę i przerzucił mokre gałęzie, by nic nie tliło się pod spodem.

— Najwięcej pożarów robią te małe „tylko na chwilę” — powiedział do pana Stelmacha. — „Tylko wyskoczę”, „tylko dopalę”, „tylko zostawię”. A ogień nie zna słowa „tylko”.

Pan Stelmach spuścił wzrok.

— Dobrze. Już rozumiem.

Marek kiwnął głową. Wolał rozmowę niż kłótnię. Strażak na wsi był trochę jak nauczyciel: gasił i uczył, żeby gasić było coraz mniej.

Rozdział 4: Zagubiony pies i lekcja o dymie

Gdy sytuacja wyglądała na opanowaną, spod stodoły dobiegło ciche skomlenie. Marek od razu uniósł rękę, dając znak, by wszyscy na moment wstrzymali hałas.

— Słyszeliście?

Z ciemniejszego kąta wybiegł pies, cały w kurzu i z ogonem podkulonym jak przecinek. Przebiegł kawałek, poślizgnął się na mokrej ziemi i… zatrzymał, bo nie wiedział, czy uciekać, czy prosić o pomoc.

— No chodź, bohaterze — Marek przykucnął, mówiąc cicho. — Już dobrze.

Pies podszedł nieufnie, ale Marek podał mu rękawicę do obwąchania. Potem ostrożnie sprawdził, czy nie ma poparzeń. Pies tylko drżał.

— On się nawdychał dymu? — zapytał jeden z druhów.

— Możliwe — Marek pogładził psa za uchem. — Dym podrażnia, męczy płuca, robi zawroty głowy. Dlatego w zadymieniu nie wchodzimy bez ochrony. I dlatego w domu trzeba mieć czujkę dymu.

Pan Stelmach podrapał się po karku.

— Czujkę? W stodole?

— W domu na pewno — Marek odpowiedział. — W budynkach gospodarczych też warto rozważyć, zależy od warunków. Czujka kosztuje mniej niż remont. I mniej niż strach.

Pies kichnął. Franek podał mu wodę w misce. Pies pił łapczywie, a potem spojrzał na Marka tak, jakby chciał powiedzieć: „Nie jestem bohaterem, ja tylko byłem głupi”.

Marek uśmiechnął się.

— Wszyscy czasem jesteśmy głupi — szepnął. — Ważne, żeby potem być mądrzejszym.

Gdy zbierali sprzęt, Marek spojrzał na drogę powrotną. Znowu włączyła mu się „mapa w głowie”.

„Gdyby to był prawdziwy pożar, liczyłaby się każda minuta. Może trzeba sprawdzić tę polną drogę przy stawie… ale najpierw dowiedzieć się u gminy o nośność mostku. I może zaznaczyć alternatywny dojazd przez sad” — planował. — „Tylko bez łamania płotów. Strażak ma pomagać, nie robić dodatkowego bałaganu”.

— Marek — zawołał Franek — wracamy?

— Wracamy — odpowiedział. — I jutro sprawdzę te objazdy. Tak na spokojnie. Bo szybkie pomysły najlepiej wymyśla się, kiedy nic nie płonie.

Rozdział 5: Szybsza droga w wyobraźni i prawdziwe zasady

W remizie było znowu ciepło. Kuba czekał przy stole, udając, że czyta ulotkę o pierwszej pomocy, ale co chwilę zerkał w stronę bramy.

— I co? Był wielki ogień? — wypalił, gdy Marek wszedł.

— Był średni dym i duża lekcja — Marek zdjął hełm i powiesił go na haczyku. — Ognisko przy stodole. Na szczęście zdążyliśmy.

Kuba zmarszczył nos.

— To po co syrena, skoro to nic takiego?

Marek usiadł obok i położył na stole złożony wąż, jeszcze wilgotny.

— Bo my nigdy nie wiemy, czy „nic takiego” nie zmieni się w „ojej, jednak takiego”. Wyobraź sobie, że ogień to psotny kot. Jak go pilnujesz, siedzi spokojnie. Jak odwrócisz wzrok, wskakuje na półkę i zrzuca wszystko naraz.

Kuba parsknął.

— A ty mówiłeś, że wymyślasz szybsze trasy?

— Tak — Marek wskazał mapę na ścianie. — Patrz. Tu jest szosa, tu kapliczka, tu staw. Czasem myślę: „Gdybyśmy pojechali tędy, oszczędzimy minutę”. Ale potem pytam: „Czy droga jest przejezdna? Czy mostek wytrzyma? Czy nie ma nisko gałęzi? Czy nie utknie tam wóz?”.

— A jak nie wiesz?

— To nie ryzykujesz w ciemno — Marek odpowiedział. — Sprawdzasz wcześniej, za dnia. Rozmawiasz z ludźmi. Notujesz. Strażak, który planuje, jest jak ktoś, kto przed wycieczką pakuje plecak. Niby nudne, a potem ratuje skórę.

Kuba pokiwał głową, jakby przyjmował to do tajnego zeszytu „Jak być ogarniętym”.

— A jak mam się zachować, jak zobaczę dym? — zapytał.

— To jest bardzo dobre pytanie — Marek podniósł palec. — Po pierwsze: nie biegniesz w dym. Po drugie: wołasz dorosłego. Po trzecie: dzwonisz na 112 albo 998, jeśli jesteś sam i jest zagrożenie. I mówisz jasno: gdzie jesteś, co się dzieje, czy ktoś jest w środku. I nie rozłączasz się, dopóki dyspozytor nie powie.

Kuba wytrzeszczył oczy.

— A jak się pomylę?

— Lepiej zadzwonić i się upewnić, niż udawać, że nic nie ma — Marek powiedział ciepło. — Ale nie wolno robić fałszywych alarmów. To jak krzyczeć „Wilk!”, kiedy wilka nie ma. Potem ktoś może nie zdążyć tam, gdzie wilk naprawdę jest.

Kuba spoważniał.

— Dobra. Zapamiętam.

Marek potarł dłonie.

— A teraz najważniejsza część strażackiej roboty po akcji.

— Jaka?

— Sprzątanie — Marek westchnął teatralnie. — Bohaterstwo bohaterstwem, ale wąż sam się nie zwinie. Chociaż czasem wygląda, jakby próbował uciec.

Kuba roześmiał się i pomógł trzymać koniec węża, gdy Marek go zwijał. Wąż faktycznie zachowywał się jak uparty wąż: raz chciał się rozplątać, raz skręcić w supeł, jakby miał własne plany na wieczór.

Rozdział 6: Porządek, cisza i tęcza na dobranoc

Kiedy wszystko było już umyte, wysuszone i odłożone na swoje miejsce, remiza znowu wyglądała jak spokojna przystań. Marek lubił ten moment. Pośpiech znikał, a zostawała cicha pewność, że sprzęt jest gotowy.

Wyszedł na zewnątrz, żeby przewietrzyć głowę. Powietrze po deszczu było świeże. Na horyzoncie, nad polami, gdzie chmury rozsuwały się jak zasłona, pojawiła się tęcza. Nie krzyczała kolorami, tylko stała spokojnie, jakby mówiła: „Widzisz? Po burzy też bywa ładnie”.

Kuba wyszedł za nim, owinięty w bluzę.

— Ooo… — szepnął. — Wygląda jak most.

Marek spojrzał na łuk barw.

— Trochę tak — powiedział. — Tyle że po tęczy nie jeździ wóz strażacki. I dobrze, bo jeszcze byśmy musieli sprawdzać nośność chmur.

Kuba zachichotał cicho, żeby nie zepsuć nocy.

— Marek… a ty lubisz swoją pracę?

Marek zastanowił się chwilę, patrząc na sprzęt ułożony równo jak książki na półce.

— Lubię — odpowiedział. — Bo pomagamy. Bo uczymy ludzi, jak unikać kłopotów. I bo nawet kiedy się boję, mogę zrobić coś dobrego. A poza tym… — zawiesił głos — czasem po wszystkim trafia się tęcza.

Kuba milczał chwilę, jakby wkładał to zdanie do kieszeni na później.

— To ja też będę pamiętał o „tylko na chwilę” — powiedział w końcu. — Że ogień nie zna „tylko”.

— I o czujce dymu — dodał Marek.

— I o numerach alarmowych — dopowiedział Kuba.

Marek kiwnął głową, zadowolony jak nauczyciel po dobrej odpowiedzi.

Na wsi noc znów zrobiła się spokojna. Tęcza powoli bledła, ale Marek jeszcze przez moment na nią patrzył, zanim zamknął bramę remizy. Potem wrócił do środka, zgasił światło i pomyślał, że jutro, w dzień, sprawdzi te alternatywne drogi — mądrze, bez ryzyka, z notatnikiem.

A teraz najważniejsza była cisza. Taka, która pomaga zasnąć z poczuciem, że ktoś czuwa.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Remiza
Miejsce, gdzie stoją wóz strażacki i sprzęt, oraz gdzie dyżurują strażacy.
Dyżur
Czas, kiedy ktoś jest na służbie i musi być gotowy do działania.
Latarka
Narzędzie dające światło, które zabiera się w ciemne miejsca.
Zgłoszenie dymu
Informacja przekazana służbom, że zauważono dym i może być ogień.
Stodoła
Duży budynek na gospodarstwie, w którym przechowuje się siano i narzędzia.
Tliło się
Leć zanikał powoli; coś się paliło słabo i powoli bez dużych płomieni.
Czujkę dymu
Małe urządzenie, które wykrywa dym i ostrzega dźwiękiem, gdy jest niebezpieczeństwo.
Nośność
Ile ciężaru może wytrzymać most, droga lub inny element konstrukcji.
Nawierzchnie
Warstwy drogi, podłoże, po którym jeżdżą samochody lub chodzą ludzie.
Objazdy
Alternatywne drogi, którymi można pojechać, gdy główna trasa jest zablokowana.
Zabezpieczenie
Działanie lub rzecz, która chroni przed niebezpieczeństwem lub szkód.
Dyspozytora
Osoba w straży lub pogotowiu, która przyjmuje zgłoszenia i wysyła pomoc.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o strażakach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.