Trwa ładowanie...
Opowieść o strażaku 11-12 lat Czytanie 15 min.

Syrena, toster i odwaga z planem

Młody strażak Kamil marzy o sławie, lecz podczas szkolnego pokazu razem z drużyną musi stawić czoła dymowi w tartaku i drobnym pożarom, ucząc dzieci, jak ważne są współpraca i bezpieczeństwo.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Mężczyzna Kamil stoi w centrum, spokojny uśmiech, młode zdecydowane rysy, żółty błyszczący hełm pod ramieniem, ciemnoczerwona strażacka kurtka z plamami akwareli, pokazuje dużą parę czarno-srebrnych rękawic w stronę widowni. Starszy mężczyzna Witek (ok. 55 lat), wąsaty, krępa sylwetka, nieco za Kamilem z lewej, ramiona skrzyżowane, życzliwy, figlarny wyraz twarzy, kurtka półrozpięta. Chłopiec (ok. 10 lat) z okrągłymi okularami i brązowymi włosami siedzi na pierwszym rzędzie po prawej, oczarowany, trzyma mały notes, wzrok utkwiony w Kamilu. Nauczycielka (ok. 40 lat) stoi z tyłu, ręce na biodrach, prosta sukienka, wyraz uspokojenia, pilnuje dzieci. Miejsce: szkolna sala gimnastyczna z drewnianą podłogą o ciepłych odcieniach, koszami do koszykówki z tyłu, dużymi oknami wpuszczającymi miękkie światło i kolorowymi materacami ułożonymi na podłodze. Sytuacja: pokaz dydaktyczny po akcji — Kamil spokojnie tłumaczy dzieciom sprzęt przeciwpożarowy, atmosfera bezpieczeństwa i nauki. Drobne szczegóły: wypolerowany hełm, zwinięty ciemnozielony wąż, kamera termowizyjna przy piersi, przypalone okruchy chleba na stole jako dowód. Paleta akwarelowa: stłumione czerwienie i żółcie mundurów, brązy drewna, jasnoniebieskie akcenty świetlne, kontrolowane rozpryski farby nadające ruch bez chaosu. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Wóz, który pachniał dymem i miętą

Kamil Luboń miał trzy rzeczy, które lubił bardziej niż naleśniki z dżemem: dźwięk syreny, świeżo wyczyszczony hełm i uczucie, że jest potrzebny. Był strażakiem na wsi, w małej jednostce, gdzie każdy znał każdego — a nawet psy szczekały po imieniu.

Tego wieczoru w remizie było spokojnie. Kamil sprawdzał sprzęt, jak zawsze: latarkę, rękawice, radiostację, butlę aparatu oddechowego.

— Kamil, znowu pucujesz ten hełm? — zaśmiał się druh Witek, starszy strażak o wąsach tak dumnych, jakby miały własną legitymację.

— Jak już mam jechać na akcję, to chcę wyglądać jak zawodowiec — odparł Kamil. — Poza tym… może kiedyś pojadę na większe akcje. Do miasta. Albo do telewizji! Widziałeś tych strażaków w programach? Wszystko tak błyszczy!

Witek podrapał się po głowie.

— W telewizji nawet błoto jest fotogeniczne. U nas błoto jest… po prostu błotem.

Kamil parsknął śmiechem. Lubił to miejsce, choć czasem marzył o czymś większym. Na ścianie wisiała lista zadań na jutro: „Wizyta w szkole — pokaz strażacki, pogadanka o bezpieczeństwie”. Kamil aż prostował plecy. To miała być jego chwila.

— Jutro to ja prowadzę część o sprzęcie — oznajmił z powagą. — Pokażę, jak działa prądownica, jak zwija się węże, i opowiem o wyjazdach.

— I pamiętaj — mruknął Witek — nie strasz dzieci opowieścią o tym, jak wąż wężem się stał.

— To była tylko… metafora! — oburzył się Kamil, a potem sam się roześmiał. Metafory w remizie zwykle kończyły się herbatą i kpinami.

Kiedy zamykał szafkę ze sprzętem, usłyszał w radiu krótkie trzaski. Dyżurny powiatowy coś mówił, ale zaraz ucichło. „Spokojnie”, pomyślał Kamil. „Jutro wielki dzień”. I nawet nie przypuszczał, jak bardzo będzie miał rację — tylko nie w taki sposób, jak sobie wyobrażał.

Rozdział 2: Zamiast pokazu — prawdziwy alarm

Następnego dnia Kamil obudził się wcześniej niż budzik. Za oknem stała mgła, taka gęsta, że mogłaby udawać kołdrę dla krów. W remizie pachniało kawą i gumą od węży. Kamil wskoczył w mundur, poprawił naszywkę z nazwiskiem i ruszył z ekipą do szkoły w sąsiedniej wiosce.

— Pamiętajcie, spokojnie i z uśmiechem — instruował ich Witek. — Dzieci lubią uśmiech. No i psy. Ale psów do szkoły nie bierzemy.

Kamil już ustawiał przy wejściu do sali gimnastycznej stoisko z hełmami, kiedy nagle syrena w remizie… zabrzmiała w ich radiostacji, ostrym dźwiękiem, który ścinał w brzuchu węzełek.

— Uwaga, zgłoszenie! Dym w okolicy starego tartaku! — odezwał się dyżurny.

Kamil spojrzał na Witka. Przez chwilę wszyscy stali jak zamrożeni, bo przecież mieli być „na pokazie”. A potem wszystko ruszyło naraz.

— Dzieciaki, zostajecie z panią dyrektor! — krzyknął Witek do nauczycieli. — Spokojnie, to tylko wyjazd.

Kamil już biegł do wozu. Na zewnątrz usłyszał, jak ktoś woła:

— Proszę pana! A obiecaliście, że pokażecie syrenę!

Odwrócił się na moment. W drzwiach stał chłopak w okularach, nieco za dużych, jakby pożyczonych od dorosłego.

— Pokażemy… w drodze! — rzucił Kamil, próbując brzmieć żartobliwie, choć serce biło mu jak piłka w pustej sali.

Wóz ruszył. W środku Kamil zakładał hełm i aparat oddechowy, ale Witek zatrzymał go gestem.

— Najpierw rozpoznanie. Nie zawsze wchodzimy w dym jak w zupę.

Kamil kiwnął głową. To była jedna z rzeczy, które strażacy powtarzają jak mantrę: bezpieczeństwo ratowników to też ratowanie.

Gdy dojechali, zobaczyli smużkę dymu nad tartakiem i ludzi stojących w grupkach. Ktoś wskazywał na tył budynku.

— Tam jest magazyn trocin — powiedział miejscowy, zdyszany. — Coś się tli od wczoraj, bo suszyli deski…

Kamil poczuł ukłucie niepokoju. Trociny to jak suchy proch — niby niewinne, a potrafią narobić kłopotu.

— Dobra — Witek wydał polecenia spokojnym tonem. — Linia gaśnicza, woda w gotowości. Kamil, sprawdź hydrant i ciśnienie. I pamiętaj: nie jesteś sam.

Kamil pobiegł do hydrantu, odkręcił go i poczuł, jak wąż ożywa pod ciśnieniem. Słyszał szum wody jak wielki oddech. W tym momencie po raz pierwszy tego dnia pomyślał nie o telewizji, tylko o tym, że ich praca naprawdę ma znaczenie — tu i teraz.

Rozdział 3: Trociny, dym i… szkolny plan ewakuacji

Ogień na szczęście nie rozszalał się na dobre, ale dym był podstępny. Wchodził pod dach, wciskał się w szpary jak kot, który udaje, że nie wolno mu na kanapę.

— Prądownica w natarciu! — zawołał Witek.

Kamil chwycił wąż, ustawił prąd rozproszony, żeby chłodzić i nie wzniecać pyłu. Pamiętał z kursów: przy trocinach trzeba uważać, bo drobinki mogą się unosić i w połączeniu z ogniem zrobić „bum”, którego nikt nie chce usłyszeć.

— Kamil, nie za mocno! — krzyknął druh Antek. — Delikatnie, żeby nie podnieść tego pyłu!

— Wiem! — odpowiedział Kamil, czując, jak wąż szarpie.

Obok pojawili się mieszkańcy. Ktoś przyniósł wiadra, ktoś inny gaśnice samochodowe, jakby to był konkurs na najdziwniejszy sprzęt.

— Proszę państwa! — zawołał Witek. — Odsunąć się! Najważniejsze: bezpieczeństwo. Pomóc możecie inaczej. Kto ma dostęp do prądu w budynku? Trzeba odłączyć!

— Ja! — podniósł rękę właściciel tartaku.

Kamil spojrzał na Witka. Witek skinął głową: współpraca, ale z głową. Właściciel odłączył zasilanie, a strażacy mieli mniej ryzyka porażenia.

Po kilkunastu minutach było widać poprawę. Dym bladł, jakby się obraził i chciał odejść.

— Udało się przydusić zarzewie — stwierdził Witek. — Ale teraz dogaszanie i przewietrzanie. Kamil, weź kamerę termowizyjną.

Kamil wziął urządzenie. Lubił je, bo wyglądało jak coś z gry, ale działało w prawdziwym życiu. Na ekranie zobaczył ciepłe plamy ukryte w stercie trocin.

— Tu! — wskazał. — Jeszcze się tli.

— No i pięknie — mruknął Witek. — Sprzęt + oczy + rozum.

Kamil poczuł satysfakcję, ale zaraz też lekkie ukłucie: „A szkoła? Dzieci czekają.” Mieli przecież uczyć o bezpieczeństwie, a zamiast tego pokazali… prawdziwe życie.

Kiedy wrócili, na parkingu przed szkołą stała pani dyrektor z rękami na biodrach, jak generał.

— Panowie, dzieci są zachwycone… i jednocześnie domagają się obiecanego pokazu — oznajmiła. — Zwłaszcza syreny.

— Syrenę to już słyszeli — mruknął Antek.

Witek westchnął, ale w oczach miał śmiech.

— Dobrze. Zrobimy to inaczej. Kamil, ty prowadzisz. Tylko pamiętaj: nie bohaterstwo, a współpraca. I żadnych metafor o wężach, proszę.

Kamil uniósł ręce w geście niewinności.

— Nic nie obiecuję, ale postaram się.

Rozdział 4: Hełm na głowie, rozsądek w kieszeni

W sali gimnastycznej pachniało lakierowaną podłogą i kanapkami z przerw. Dzieci usiadły na materacach, a Kamil stanął przed nimi z hełmem w dłoni.

— Dobra, ekipo — zaczął. — Nazywam się Kamil i jestem strażakiem. Wiecie, co jest najważniejsze w naszej pracy?

Posypały się odpowiedzi:

— Gasić ogień!

— Ratować koty!

— Mieć fajny wóz!

— Umieć krzyczeć „na pomoc”!

Kamil uśmiechnął się.

— Wszystko częściowo prawda. Ale najważniejsze jest… myślenie i współpraca. Bo strażak samotnik to jak wąż bez wody. Wygląda groźnie, ale nic nie zrobi.

Witek kaszlnął znacząco z tyłu sali, jakby mówił: „Metafora, ale ujdzie”.

Kamil podniósł rękawice.

— To są rękawice do działań. Chronią przed ciepłem, ostrymi krawędziami, czasem przed chemią. Nie zakładamy ich, żeby wyglądać cool, tylko żeby wrócić do domu z kompletem palców. A to się przydaje, jeśli chcecie jeść pizzę.

Dzieci zachichotały.

Kamil przeszedł do aparatu oddechowego.

— A to jest sprzęt, który pozwala oddychać w dymie. Dym jest groźniejszy niż ogień, bo możesz się nim zatruć. Dlatego w zadymionym pomieszczeniu nie biegamy bez zabezpieczenia. Nawet jeśli ktoś krzyczy, że zostawił tam ulubioną patelnię.

— A jeśli zostawił tam kota? — zapytała dziewczynka w warkoczach.

Kamil spoważniał, ale łagodnie.

— Wtedy działamy, ale mądrze. Strażacy wchodzą parami, utrzymują łączność, mają linę albo wąż jako drogę powrotną. I zawsze ktoś na zewnątrz pilnuje czasu. Bohaterstwo bez planu to przepis na kłopoty.

Chłopak w okularach, ten z wczoraj, podniósł rękę.

— A co to było dziś rano z tartakiem? Czemu nie wlaliście po prostu dużo wody i już?

Kamil ucieszył się z pytania.

— Super. W tartaku były trociny. Jak dasz zbyt mocny strumień, możesz wzbić pył w powietrze. A pył drzewny potrafi być wybuchowy. Dlatego użyliśmy rozproszonego prądu wody i kamery termowizyjnej, żeby znaleźć ukryte gorące miejsca. I dlatego ktoś odłączył prąd, żeby nikt nie został porażony.

— Czyli strażak musi znać się trochę na wszystkim? — zdziwiła się inna osoba.

— Trochę tak — przyznał Kamil. — Na ogniu, wodzie, pierwszej pomocy, bezpieczeństwie, a czasem nawet na… rozmowach z przestraszonymi ludźmi.

Witek wtrącił:

— I na piciu herbaty, która smakuje jak wąż ogrodowy.

— Witek, nie psuj mi wykładu! — Kamil udał oburzenie, a dzieci roześmiały się jeszcze głośniej.

Potem przyszedł czas na krótkie ćwiczenie: plan ewakuacji. Kamil rozłożył na podłodze taśmę, udającą korytarz.

— Wyobraźcie sobie, że w kuchni szkolnej coś się przypaliło i jest dym. Co robicie?

— Biegniemy! — krzyknął ktoś.

— Stop — powiedział Kamil spokojnie. — Nie biegniemy. Idziemy szybko, ale nie przewracamy innych. Słuchamy nauczyciela. Nie wracamy po plecak. Plecak nie oddycha i nie płacze, a wy tak.

— A telefon? — zapytał chłopak z końca.

— Jeśli jest w kieszeni, okej. Jeśli w ławce, zostaje. Najważniejsze jest wyjść i zebrać się w miejscu zbiórki. I zadzwonić na 112 albo 998, ale tylko gdy trzeba. A gdy dzwonicie, mówicie: gdzie, co się dzieje, czy są poszkodowani. Nie: „Halo, coś śmierdzi, proszę przyjechać, pa”.

Dzieci parsknęły. Kamil widział, że słuchają.

Rozdział 5: Zadanie specjalne: dym z… tostera

Kiedy pokaz dobiegał końca, pani dyrektor wyszła z sali. Po chwili wróciła szybkim krokiem.

— Panie Kamilu… w pokoju nauczycielskim coś dymi. I to nie jest kawa.

Kamil poczuł, jak wszyscy dorośli patrzą na niego, jakby miał w kieszeni czarodziejską gaśnicę. Uśmiechnął się jednak uspokajająco.

— Dobrze. Najpierw sprawdzimy, co to jest. Bez paniki.

— Czy to prawdziwa akcja?! — szepnęły dzieci, a potem ten szept zamienił się w falę ekscytacji.

Witek uniósł palec.

— Spokojnie. To może być drobiazg, ale traktujemy poważnie. Kamil, chodź. Antek, weź małą gaśnicę proszkową. I pamiętajcie: najpierw odłączamy prąd.

W pokoju nauczycielskim faktycznie unosił się dymek. Na blacie stał toster, który najwyraźniej postanowił przejść na karierę w wytwarzaniu chmur.

— Oho — mruknął Kamil. — Klasyk.

Pani dyrektor wyglądała na zmartwioną.

— Czy szkoła zaraz…?

— Nie — odpowiedział Kamil spokojnie. — Ale pokażemy, jak to zrobić dobrze.

Najpierw wyłączyli toster z gniazdka. Kamil uchylił okno.

Wietrzymy — powiedział głośno, żeby pani dyrektor i nauczyciele słyszeli. — Jeśli urządzenie elektryczne dymi, nie zalewamy go wodą. Woda i prąd się nie lubią. To duet gorszy niż skarpetki i błoto.

Antek podał gaśnicę.

— Proszek?

Witek zajrzał ostrożnie do tostera.

— Na razie nie. Niech ostygnie. Jeżeli byłby płomień, wtedy gaśnica. I pamiętaj: gaśnicę kierujemy u podstawy ognia, krótkimi seriami.

Kamil wyjął z tostera zwęglony kawałek pieczywa, wyglądający jak mała deska z tartaku.

— Proszę państwa — powiedział z powagą — oto dowód, że nawet tost może mieć ambicje bycia węglem.

Nauczycielka od matematyki prychnęła śmiechem.

— Czyli powinnam dać mu piątkę za dążenie do celu?

— Tylko jeśli celem jest kosz — odparł Kamil.

Wrócili do sali gimnastycznej, gdzie dzieci aż podskakiwały.

— To była akcja? — zapytał chłopak w okularach.

— To była lekcja — odpowiedział Kamil. — Najwięcej takich „małych” sytuacji da się opanować, jeśli zachowasz spokój i zrobisz właściwe rzeczy w odpowiedniej kolejności. I jeśli współpracujesz z innymi, zamiast udawać, że wszystko zrobisz sam.

Witek dodał:

— A najważniejsze: nie zostawiaj tostów bez opieki. Tost nie ma poczucia odpowiedzialności.

Dzieci zanotowały to, jakby to była najważniejsza zasada świata.

Rozdział 6: Uśmiech przy drzwiach szkoły

Po spotkaniu uczniowie podchodzili, przymierzali hełm (pod czujnym okiem Kamila), oglądali wąż, pytali o sygnały na radiu i o to, czy strażacy naprawdę zjeżdżają po rurze.

— U nas nie ma rury — wyjaśnił Kamil. — Mamy schody. One też potrafią być niebezpieczne, jak się biegnie i nie patrzy.

Chłopak w okularach został na końcu.

— Dziękuję — powiedział cicho. — Fajnie pan mówił. Tak… normalnie. Nie jak w filmie.

Kamil zamrugał.

— To komplement?

— Chyba tak. W filmie wszyscy są sami i zawsze wygrywają. A pan mówił, że trzeba pary, łączność, plan… i że każdy ma swoje zadanie.

Kamil poczuł, jak coś ciepłego rozlewa mu się w środku, spokojne jak wieczorna herbata.

— Bo to prawda. Ja kiedyś też myślałem, że muszę być „najbardziej”. Najszybszy, najodważniejszy. A dziś? Gdyby nie Witek, Antek i reszta, w tartaku moglibyśmy narobić bałaganu. A ty wiesz, co jest najlepsze?

— Co? — zapytał chłopak.

— Że kiedy działamy razem, każdy wraca do domu. I to jest największe zwycięstwo.

Na korytarzu rozbrzmiał dzwonek. Dzieci rozeszły się do klas, jeszcze machając. Pani dyrektor podeszła do Kamila.

— Dziękuję. To było bardzo potrzebne — powiedziała. — I przyznam, że toster długo nie wyjdzie z opowieści w pokoju nauczycielskim.

— Proszę mu dać urlop — odparł Kamil. — Albo przynajmniej nadzór.

Witek klepnął Kamila w ramię.

— Widzisz, ambitny? Nie trzeba telewizji, żeby robić coś ważnego.

Kamil spojrzał na szkolne drzwi, za którymi było spokojne przedpołudnie. Czuł zmęczenie po akcji i jednocześnie dziwną lekkość. Zrozumiał, że jego ambicja nie musi polegać na byciu na pierwszym planie — może polegać na tym, by umieć stanąć obok innych i działać równo, jak drużyna ciągnąca jeden wąż.

Wychodząc ze szkoły, poprawił hełm pod pachą. Na twarzy miał spokojny, dumny uśmiech — taki, który nie krzyczał „patrzcie na mnie”, tylko mówił: „Daliśmy radę. Razem.”

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Remiza
Budynek, gdzie stacjonuje straż pożarna i przechowuje się wóz strażacki.
Prądownica
Końcówka węża, którą kieruje się strumień wody na ogień.
Aparat oddechowy
Urządzenie, które pozwala strażakowi oddychać w zadymionym miejscu.
Hydrant
Kran na ulicy, skąd strażacy biorą wodę do gaszenia pożaru.
Linia gaśnicza
Wąż i związany z nim sprzęt używany do podawania wody na ogień.
Trociny
Małe, suche kawałki drewna, które mogą łatwo się zapalić.
Kamerę termowizyjną
Urządzenie pokazujące ciepłe miejsca, ukryte pod dymem lub w ścianie.
Dogaszanie
Działanie polegające na sprawdzeniu i ugaszeniu małych żarzących się miejsc.
Gaśnicę proszkową
Rodzaj gaśnicy, która wyrzuca proszek gaszący płomienie.
Plan ewakuacji
Zapisany sposób wyjścia z budynku, gdy trzeba go szybko opuścić.
Wietrzymy
Polecenie otwarcia okien, żeby wypuścić dym i doprowadzić świeże powietrze.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o strażakach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.