Rozdział 1: Pierwszy dzwonek i gwiezdny sufit
W poniedziałek rano Zosia sprawdziła plecak trzy razy. Piórnik był. Zeszyt w kratkę był. Kanapka też była, choć wyglądała podejrzanie płasko, jakby już przeżyła przygodę w drodze z kuchni do pokoju.
— Mamo, a jak zapomnę, jak się oddycha w klasie? — zapytała Zosia, wkładając buty.
— Oddycha się tak samo jak w domu. Tylko grzeczniej — zażartowała mama.
Przed szkołą czekały już trzy koleżanki: Lena w żółtej opasce, Maja z plecakiem w koty i Hania, która zawsze miała przy sobie mały notesik „na ważne sprawy”.
— Cześć! — zawołała Zosia. — Gotowe?
— Ja jestem gotowa od wczoraj… tylko mój brzuch jeszcze nie — powiedziała Maja i przyłożyła rękę do brzucha, jakby tam w środku mieszkał mały bębenek.
Weszły do budynku i od razu stanęły jak zaczarowane. Nad głównym korytarzem rozciągała się ogromna szklana kopuła w kształcie gwiazdy. Promienie słońca wpadały przez szybki i robiły na podłodze jasne plamy, jak świetlne naleśniki.
— To wygląda, jakby szkoła miała własne niebo — szepnęła Lena.
— A ja myślałam, że będzie tylko sufit i regulamin — mruknęła Hania, ale uśmiechała się.
Dziewczynki przypomniały sobie o najważniejszej rzeczy na świecie pierwszego dnia: powiedzieć „dzień dobry”. Mówiły więc „dzień dobry” pani czyli osoby, która dba o porządek w szkole."> woźnej, „dzień dobry” nauczycielom i nawet „dzień dobry” chłopakowi, który pędził tak szybko, że prawie się o to „dzień dobry” potknął.
Rozdział 2: Zadanie, które brzmi jak mały smok
W klasie pachniało nowymi książkami i kredą. Wychowawczyni, pani Kwiatkowska, miała spokojny głos i okulary, które błyszczały, kiedy się uśmiechała.
— Witajcie po wakacjach. Zaczniemy od czegoś prostego, ale ważnego — powiedziała. — Jutro każdy przygotuje krótką prezentację o sobie. Tylko minutę. Kto chce, może opowiedzieć o wakacjach, hobby albo o tym, co lubi czytać.
Słowo „prezentacja” spadło Zosi na głowę jak ciężka książka. Minuta? To brzmiało niby krótko, ale w jej wyobraźni minuta rozciągała się jak guma do żucia, która przykleja się do buta i ciągnie aż do domu.
— Minuta to tyle co nic — szepnęła Lena.
— Minuta to tyle, ile trwa, zanim spadniesz z huśtawki, jeśli puścisz ręce — odparła Maja.
Hania otworzyła notesik.
— Zapisuję: „Nie puszczać rąk” — oznajmiła poważnie.
Pani Kwiatkowska dodała:
— Pamiętajcie: mówimy wyraźnie, patrzymy na klasę, a na koniec dziękujemy. Grzeczność to też umiejętność.
W drodze na przerwę Zosia westchnęła:
— A jeśli zapomnę wszystko?
— To powiesz: „Dzień dobry, zapomniałam wszystko” — zaproponowała Maja i aż zachichotała.
— Albo: „Jestem Zosia, mam mózg w trybie wakacyjnym” — dorzuciła Lena.
Hania potrząsnęła notesikiem.
— Lepiej zrobimy plan. Plan zawsze działa. Nawet na strach.
Rozdział 3: Próba pod gwiazdą
Po lekcjach cztery dziewczynki usiadły na ławce pod wielką szklaną gwiazdą. Światło było tam miękkie i ciepłe. Ludzie przechodzili, a ich kroki brzmiały jak ciche „tik-tak”.
— Dobra — zaczęła Hania. — Prezentacja ma być krótka. Proponuję trzy rzeczy: imię i wiek, jedna rzecz, którą lubisz, i jedno marzenie na ten rok. To się zmieści w minutę.
— A jak mi wyjdzie dwie minuty? — zapytała Zosia.
— To utniesz marzenie — stwierdziła Maja. — Ale nie polecam. Marzenia są ważne.
Lena wstała pierwsza.
— Cześć, jestem Lena, mam prawie dziesięć lat. Lubię rysować i jeździć na rolkach. W tym roku chciałabym nauczyć się mówić głośno, gdy mam pomysł.
Powiedziała to tak, jakby już umiała. Zosia poczuła, że jej brzuch-bębenek gra trochę ciszej.
Maja spróbowała następna:
— Dzień dobry, jestem Maja. Lubię koty, nawet te, które udają, że cię nie lubią. W tym roku chcę przestać zostawiać kanapki w plecaku na weekend.
— Bardzo mądre — skomentowała Zosia.
— To się nazywa rozwój osobisty — powiedziała Maja z miną eksperta.
Hania przeczytała z notesu, ale tylko na chwilę, potem schowała go do kieszeni.
— Jestem Hania. Lubię układać rzeczy w kolejności. W tym roku chcę nauczyć się, że nie wszystko musi być idealne od razu.
Zosia poczuła, jak robi jej się w środku lżej. Została ona.
Wstała, spojrzała na jasne plamy na podłodze i wyobraziła sobie, że stoi w jednej z nich jak w kręgu światła.
— Dzień dobry… jestem Zosia, mam prawie dziesięć lat. Lubię czytać książki o przygodach i robić zdjęcia telefonem taty, ale tylko za pozwoleniem. W tym roku chcę nauczyć się… nie chować głosu do kieszeni.
— O! — powiedziała Lena. — To było dobre.
— I grzeczne — dodała Hania. — Było „dzień dobry”.
— I bez kanapek — szepnęła Maja.
Zosia zaśmiała się tak, że aż echo pod gwiazdą zrobiło „ha”.
Rozdział 4: Minuta, która nie gryzie
Drugiego dnia Zosia obudziła się wcześniej. Strach wciąż siedział w niej jak mały, uparty kotek: nie drapał, ale patrzył podejrzliwie. Zosia przywitała go w myślach.
„Dzień dobry, strachu. Możesz zostać, ale nie będziesz prowadził.”
W szkole pod gwiezdną szybą było jasno, jakby ktoś nastawił pogodę na „odwaga”. W klasie pani Kwiatkowska ułożyła na biurku stoper.
— Nie po to, żeby was stresować — wyjaśniła. — Tylko żebyśmy zobaczyli, że minuta ma swój początek i koniec. Jak przerwa na łyk wody.
Zosia była gdzieś w środku kolejki. Słuchała innych i zauważyła, że każdy trochę się myli: komuś uciekło słowo, ktoś się zaczerwienił, ktoś powiedział „yyy”. A jednak klasa nie śmiała się złośliwie. Raczej kiwali głowami, jakby wszyscy grali w tę samą grę.
Kiedy przyszła kolej Zosi, jej dłonie były ciepłe, a serce robiło „bum-bum”, ale już nie jak alarm, tylko jak bębenek do marszu.
Wstała.
— Dzień dobry. Jestem Zosia, mam prawie dziesięć lat. Lubię czytać książki o przygodach i robić zdjęcia, ale zawsze pytam o pozwolenie. W tym roku chcę nauczyć się nie chować głosu do kieszeni, kiedy mam coś do powiedzenia. Dziękuję.
Zapadła krótka cisza, taka jak moment przed oklaskami w telewizji. Zosia pomyślała: „O nie, to ta długa minuta!”
Ale wtedy pani Kwiatkowska uśmiechnęła się szeroko.
— Bardzo dobrze. Wyraźnie i z kulturą.
I klasa zaczęła klaskać.
Rozdział 5: Wspólne „brawo” pod szklaną gwiazdą
Na koniec lekcji pani Kwiatkowska zaproponowała, żeby wyszli na chwilę pod wielką gwiezdną szybę.
Stanęli w kręgu, a światło spadało na nich jak confetti z samego nieba. Zosia zobaczyła Lenę, Maję i Hanię — wszystkie wyglądały, jakby ktoś im dodał po centymetr odwagi.
— Wszyscy wykonaliście dziś pracę, która wymagała wysiłku — powiedziała pani. — Nie chodzi o to, żeby mówić idealnie. Chodzi o to, żeby próbować, słuchać innych i być dla siebie uprzejmym.
Maja uniosła rękę.
— Czy to znaczy, że mogę powiedzieć „brawo” też sobie? Tak cichutko?
— Możesz — odparła pani. — Byle z szacunkiem.
Hania zapisała w notesie jedno zdanie i tym razem pokazała je dziewczynkom: „Uprzejmość dodaje odwagi”.
Lena szturchnęła Zosię lekko łokciem.
— To co, robimy nasze grupowe?
Zosia skinęła głową. Cztery dziewczynki spojrzały na siebie i powiedziały razem, wyraźnie, jak na próbie:
— Brawo!
A zaraz potem cała klasa dołączyła:
— Brawo!
Pod szklaną gwiazdą to „brawo” zabrzmiało jasno i ciepło, jakby szkoła sama klaskała razem z nimi. Zosia poczuła, że jej głos nie siedzi już w kieszeni. Szedł obok niej, krok w krok, gotowy na kolejny dzień.