Rozdział 1: Znak na parapecie
Olek miał dziewięć lat i kieszenie pełne rzeczy, które „na pewno się przydadzą”: guzika od płaszcza, gładkiego kamyka i okruszka kredy. Był uczniem czarnoksięstwa, chociaż jego nauczycielka, pani Miralda, wolała mówić: „praktykant magii, bo czarnoksięstwo brzmi, jakby ktoś zaraz miał coś przypalić”.
Tego popołudnia w pracowni na poddaszu pachniało suszonymi ziołami i mokrym papierem. Deszcz stukał w szybę, a na parapecie leżał kawałek lustrzanej tafli, w której odbijały się chmury jak w kałuży.
Olek przysunął lampę bliżej i zauważył coś dziwnego: na samym brzegu parapetu ktoś narysował znak. Nie kredą, nie atramentem. Wyglądał, jakby był zrobiony z cienia.
Był to okrąg z trzema krótkimi kreskami w środku, a z okręgu wyrastała mała strzałka, jak ogonek komety. Olek przejechał palcem po znaku. Palec zrobił się zimny, jakby dotknął śniegu.
– Pani Miraldo? – zawołał.
Nauczycielka weszła, niosąc tacę z kubkami. Jej włosy były spięte igłą, która czasem sama zmieniała kolor, jakby nie mogła się zdecydować.
– Olek, jeśli znowu ożywiłeś łyżeczkę, to… – zaczęła, ale urwała, gdy zobaczyła jego minę.
Olek wskazał parapet.
Pani Miralda pochyliła się. Jej oczy zwęziły się, a potem zrobiły duże jak spodki.
– To… Pieczęć Przejścia – szepnęła. – Bardzo stara. I bardzo niegrzeczna, że pojawia się bez zaproszenia.
– Co znaczy? – Olek aż podskoczył z ciekawości.
– Właśnie to musisz odkryć – powiedziała nauczycielka, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. – Ale nie tu. Ten znak jest jak drzwi. A drzwi lubią się otwierać, gdy ktoś je długo ogląda.
Jakby na potwierdzenie, znak lekko zadrżał. W powietrzu zapachniało miętą i… czymś, co przypominało świeżo otwartą książkę.
Olek poczuł, jak w brzuchu tańczy mu mały dreszczyk. Strach próbował się wcisnąć, ale ciekawość od razu go przepchnęła.
– Mogę? – zapytał.
Pani Miralda westchnęła, jak ktoś, kto właśnie przypomniał sobie, że zostawił ciasto w piecu.
– Możesz, bo i tak to zrobisz. Weź płaszcz. I nie dotykaj niczego, co zacznie do ciebie mówić pierwsze.
Olek zarzucił płaszcz, wsunął do kieszeni guzik na szczęście i pochylił się nad znakiem.
Strzałka na pieczęci zamigotała. Parapet zadrżał, jakby był z galaretki, a potem… powietrze po prostu się rozsunęło, jak zasłona.
Za zasłoną nie było deszczu ani poddasza. Był korytarz z kamienia, oświetlony błękitnymi lampami, które wyglądały jak wiszące krople wody.
Olek zrobił krok. Świat za nim zamknął się cicho, jak książka.
Rozdział 2: Królestwo, gdzie czary mówią „dzień dobry”
Korytarz prowadził do bramy zrobionej z plecionych gałęzi, które były tak zielone, jakby dopiero co wyrosły. Na bramie wisiał dzwonek.
Olek spojrzał na dzwonek. Dzwonek spojrzał na Olka.
– No co? – mruknął Olek, bo w magii często najlepiej działała rozmowa.
Dzwonek zadzwonił sam z siebie, jakby chichotał.
Brama rozsunęła się i Olek wyszedł na ulicę, która wyglądała jak sen o miasteczku. Domy miały dachy jak kapelusze, a komin jednego z nich co chwilę wypuszczał bańki mydlane. Ludzie – a raczej czarodzieje – chodzili w płaszczach, które czasem zmieniały wzór: raz w paski, raz w gwiazdy, raz w kaczki.
Na rogu stał znak drogowy: „Witamy w Królestwie Północnej Iskry. Uśmiech obowiązkowy”. Pod spodem dopisano: „Ale nie przesadzaj”.
Olek roześmiał się cicho. Strach znów próbował go dogonić, ale tutaj nawet kamienie wyglądały, jakby znały dowcipy.
– Zgubiłeś się czy tylko udajesz? – odezwał się głos.
Obok niego stała dziewczynka mniej więcej w jego wieku, z włosami związanymi w dwa sprężyste warkocze. Na ramieniu siedział mały kot, czarny jak atrament, z żółtymi oczami.
– Ja… szukam znaczenia znaku – powiedział Olek. – Pieczęci Przejścia.
Dziewczynka uniosła brwi.
– O, tego znaku. – Zrobiła minę, jakby ktoś zaproponował jej zupę z kapci. – Nazywam się Nela. A to Pan Kłębek.
Kot ziewnął tak szeroko, że na moment wyglądał jak mała jaskinia.
– Jestem Olek. Uczeń pani Miraldy.
– Miralda? Ta od „nie rozlewaj eliksiru na skarpetki”? – Nela parsknęła. – Słyszałam. W tym królestwie plotki latają szybciej niż miotły, tylko mniej grzecznie.
Olek już miał zapytać, skąd Nela wie o skarpetkach, gdy zauważył coś na bruku. Ten sam znak. Okrąg, trzy kreski, strzałka. Tym razem świecił słabo, jak żarzący się węgielek.
– Tu też jest! – zawołał.
Nela kucnęła.
– Widzisz? Znak pojawia się w miejscach, gdzie świat zwyczajny i niezwyczajny są zszyte cienką nitką. – Przeciągnęła palcem w powietrzu, jakby pokazywała niewidzialną nić. – Tylko że nitka się pruje.
– A ja mam go rozszyfrować – powiedział Olek, czując w sobie narastającą odwagę. – Pani Miralda powiedziała, że to jak drzwi.
– Drzwi do czego? – Nela zrobiła poważną minę. – Do Wieży Szeptów, do Starej Biblioteki, do kuchni, gdzie łyżki uciekają? Wszystko zależy od tego, co znak chce powiedzieć.
– Znak może chcieć coś powiedzieć? – Olek przełknął ślinę.
Kot mruknął, jakby odpowiedź była oczywista.
– W tym królestwie nawet czajniki mają zdanie – odparła Nela. – Chodź. Znam miejsce, gdzie znaki lubią się tłumaczyć.
– Czemu mi pomagasz? – zapytał Olek, gdy ruszyli ulicą.
Nela wzruszyła ramionami.
– Bo nudzę się. I bo Pan Kłębek lubi zagadki. A ty wyglądasz, jakbyś potrafił wejść w kłopoty szybciej niż w kałużę.
– Potrafię – przyznał Olek uczciwie.
Kot zamruczał, jakby był z niego dumny.
Rozdział 3: Biblioteka, która mruczy
Weszli do budynku, który wyglądał jak wielka księga postawiona na grzbiecie. Drzwi miały kształt zakładki. Nad wejściem wisiał napis: „Biblioteka Międzywersowa. Cisza mile widziana, ale nie zawsze możliwa”.
W środku było ciepło i pachniało papierem, kurzem i czymś słodkim, jak karmel. Regały ciągnęły się wysoko, a między nimi pływały małe świetliki, które świeciły tak, jakby czytały.
Olek usłyszał ciche pomruki. Spojrzał w dół.
Pod stołem leżał ogromny kot. Nie taki jak Pan Kłębek. Ten był wielkości niedużego osła i miał futro jak dywan. Mruczał tak głośno, że kurz na półkach drżał.
– To Bibliokot – szepnęła Nela. – Pilnuje, żeby książki nie uciekały. Albo żeby uciekały tylko te, które naprawdę muszą.
Pan Kłębek wspiął się na łapę Bibliokota i siadł jak król na tronie. Bibliokot nawet nie przestał mruczeć.
Do nich podeszła bibliotekarka, starsza czarodziejka w okularach, które miały po trzy szkła każde.
– Oho. Nela. I znowu ktoś nowy. – Przyjrzała się Olkowi. – Masz na płaszczu zapach deszczu z innego świata. Interesujące.
Olek pokazał jej znak, który narysował kredą na dłoni.
Bibiotekarka (bo tak się przedstawiła, z dumą, jakby jej imię było tytułem) zmrużyła oczy.
– Pieczęć Przejścia. Dawno jej nie widziałam. – Sięgnęła po grubą księgę, która sama zeskoczyła z półki i otworzyła się na właściwej stronie. – Znak ma trzy kreski: trzy kroki. Okrąg: obietnica. Strzałka: kierunek.
– Trzy kroki do obietnicy w odpowiednim kierunku? – zgadł Olek.
– Bardzo dobrze – pochwaliła Bibiotekarka. – Ale w jakim kierunku? To zależy od tego, czego brakuje.
Nela skrzywiła się.
– Brakuje spokoju. Odkąd te znaki się pojawiły, ludzie boją się, że coś się stanie.
Olek poczuł, jakby ktoś położył mu na ramieniu ciężką rękę. Strach. Tym razem był bliżej.
– Ja też się trochę boję – przyznał cicho.
Bibliokot przerwał mruczenie na sekundę, spojrzał na Olka i kichnął. Z jego nosa wyleciał mały papierowy listek.
Olek złapał go w locie. Na listku był… znak. Ale obok znaku dopisano trzy słowa: „Wdech. Wydech. Uśmiech.”
– Co to znaczy? – zapytał.
Bibiotekarka uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy wiedzą, że zagadka jest sprytniejsza, niż wygląda.
– To nie zaklęcie na ogień ani na burzę. To zaklęcie na… odwagę. – Poprawiła okulary. – Pieczęć Przejścia czasem otwiera drogę nie do miejsca, ale do sposobu.
Nela stuknęła palcem w kartkę.
– Czyli mamy zrobić trzy kroki: wdech, wydech, uśmiech?
– Brzmi łatwo – powiedział Olek, ale jego brzuch zrobił fikołka. – Tylko… gdzie?
Bibiotekarka wskazała na okno. Za szybą widać było wąską uliczkę, na której wirowała mgła. W tej mgle błyskał znak, większy niż inne.
– Tam – powiedziała spokojnie. – Tam nitka świata pruje się najszybciej.
Olek spojrzał na Nelę. Ona spojrzała na niego. Pan Kłębek ziewnął, jakby mówił: „No dalej, bo zasnę”.
– Idziemy – powiedział Olek.
– Idziemy – powtórzyła Nela, choć jej głos był ciut mniej pewny.
Rozdział 4: Mgła i oddech, który gasi strach
Uliczka była węższa, niż wyglądała z okna. Ściany domów zbliżały się do siebie, jakby chciały podsłuchać. Mgła wirowała, a w niej słychać było szepty. Nie były groźne, raczej zmartwione, jak rozmowy ludzi czekających na burzę.
Na środku uliczki znak świecił jasnym światłem. Okrąg pulsował, trzy kreski drgały, a strzałka wskazywała prosto na Olka, jak palec.
– To się na nas gapi – mruknęła Nela.
– Może chce, żebym coś zrobił – powiedział Olek i podszedł bliżej.
Wtedy mgła zgęstniała i uformowała się w coś jak wielki kaptur. Olek nie widział twarzy, tylko ciemność. Serce zaczęło mu walić.
– Olek… – szepnęła Nela. – Jeśli to jest potwór…
– To jest strach – powiedział Olek nagle, sam zdziwiony, że to wie. – Tylko… strach w przebraniu.
Kaptur poruszył się. Szepty stały się głośniejsze: „Nie umiesz. Pomyli ci się. Zawiedziesz. Ucieknij.”
Olek cofnął się o krok. Strach niemal go złapał za rękaw.
Nela stanęła obok niego.
– Hej! – zawołała do mgły. – To nie fair. On ma dopiero dziewięć lat!
– A ja mam dziewięć lat i nie zamierzam uciekać – dodał Olek, choć głos mu drżał.
Przypomniał sobie kartkę: „Wdech. Wydech. Uśmiech.”
– Trzy kroki – szepnął.
Wziął głęboki wdech. Powietrze było chłodne i pachniało mokrym kamieniem. To był pierwszy krok.
Zrobił długi wydech. Jakby wypuszczał z siebie małą chmurkę strachu. To był drugi krok.
A potem… uśmiechnął się. Nie szeroko i nie na pokaz. Taki uśmiech, który mówi: „Jestem tu. Dam radę.” To był trzeci krok.
I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.
Znak rozbłysnął, ale nie oślepił. Światło było miękkie jak koc. Z mgły wyszedł… podmuch powietrza. Nie był to wiatr, który przewraca kapelusze. To był oddech. Ciepły, spokojny, jak westchnienie kogoś, kto właśnie usłyszał dobrą wiadomość.
Ten podmuch przeszedł przez uliczkę i… starł szepty, jak gąbka ściera kredę z tablicy. Kaptur z mgły rozsypał się na drobne krople, które zamieniły się w błyszczące pyłki i poleciały ku niebu.
Olek poczuł, że jego serce zwalnia. Strach nie zniknął całkiem, ale zrobił się mały, jak mysz, którą można pogłaskać, zamiast się jej bać.
– Zadziałało – wyszeptała Nela.
Pan Kłębek kichnął, a potem zamiauczał triumfalnie, jakby to on wymyślił cały plan.
W miejscu, gdzie był znak, pojawiła się cienka, srebrna nitka. Przyszyła się sama do powietrza, jakby ktoś niewidzialny naprawiał rozdarcie w świecie.
– To były te niewidzialne więzi – powiedział Olek, patrząc, jak nitka lśni. – Łączą wszystko.
Nela pokiwała głową.
– I czasem trzeba je naprawić nie zaklęciem z fajerwerkami, tylko… oddechem i uśmiechem. Kto by pomyślał.
– Ja bym wolał fajerwerki – przyznał Olek. – Ale oddech jest tańszy.
Nela parsknęła śmiechem, a śmiech zabrzmiał w uliczce jak dzwoneczki.
Rozdział 5: Powrót z kieszenią pełną iskier
Gdy mgła zniknęła, uliczka wyglądała zwyczajnie. Nawet trochę za zwyczajnie, jakby nigdy nic się tu nie wydarzyło. Tylko na bruku została mała, jasna plamka – jak okruszek światła.
Olek schylił się i dotknął jej. Plamka zamieniła się w maleńką iskrę i wskoczyła mu do kieszeni, obok guzika. Z kieszeni dobiegło ciche: „pyk”.
– Masz pamiątkę – powiedziała Nela. – Iskra odwagi. Przydaje się w poniedziałki.
– A w środy? – zapytał Olek.
– W środy też – odparła poważnie. – Ale w poniedziałki bardziej.
Olek roześmiał się. Potem spoważniał.
– Nela… dzięki. Bez ciebie chyba bym… – Urwał, bo nie chciał mówić „uciekł”.
Nela wzruszyła ramionami, ale uśmiechnęła się.
– Bez ciebie też bym nie poszła. Udaję odważną, ale czasem mam w środku galaretkę.
Pan Kłębek przeciągnął się, jakby chciał powiedzieć: „Galaretka jest w porządku, byle nie na dywanie.”
Wrócili do Biblioteki. Bibiotekarka spojrzała na nich znad okularów.
– Nitka zszyta? – zapytała.
– Zszyta – odpowiedział Olek. – Trzy kroki: wdech, wydech, uśmiech. I… oddech, który zdmuchnął strach.
Bibliokot zamruczał z zadowoleniem, aż jedna z książek sama się zamknęła, jakby zasnęła.
Bibiotekarka kiwnęła głową.
– Zapamiętaj to. Magia nie zawsze jest głośna. Czasem jest cicha jak oddech. I równie ważna.
Olek spojrzał na Nelę.
– Mogę… jeszcze kiedyś tu wrócić?
Nela uśmiechnęła się szerzej.
– Jeśli znajdziesz kolejny znak, to pewnie tak. A jeśli nie znajdziesz, to… zawsze możesz go narysować kredą i udawać, że to przypadek.
– Pani Miralda by mnie zjadła – powiedział Olek.
– Spokojnie. Najpierw by wygłosiła wykład. To gorsze – stwierdziła Nela z udawaną grozą.
Olek podszedł do drzwi, które wyglądały jak zakładka. Z kieszeni poczuł ciepłe „pyk” iskry, jakby mówiła: „Dasz radę”.
– Do zobaczenia, Nela – powiedział.
– Do zobaczenia, Olek – odparła. – I pamiętaj: jak strach się rozpycha, to go… wydychasz.
Olek zrobił krok przez zakładkę-drzwi. Poczuł znajomy zapach deszczu i ziół.
Znów był na poddaszu. Pani Miralda stała przy stole, a łyżeczka grzecznie udawała, że nigdy nie próbowała uciec.
– No? – zapytała, z rękami na biodrach.
Olek pokazał jej kartkę i opowiedział wszystko: o Nel i Panu Kłębku, o Bibliokocie, o mgle, o trzech krokach i o oddechu, który zdmuchnął strach.
Pani Miralda słuchała uważnie, a potem skinęła głową.
– Widzisz? – powiedziała. – Ciekawość to latarnia. Ale dobrze, gdy ma się też zapałki na odwagę.
Olek włożył rękę do kieszeni i poczuł iskierkę.
– Mam – odpowiedział. – I chyba… chcę się nauczyć więcej.
Za oknem deszcz przestał padać. W chmurach pojawiła się przerwa, a przez nią wpadł promień światła prosto na parapet. Tam, gdzie był znak, zostało tylko zwyczajne drewno.
Ale Olek wiedział, że niewidzialne nitki nadal tam są. Łączą poddasze z królestwem magii, śmiech ze strachem i pytania z odpowiedziami.
A on miał w kieszeni guzik, kamyk, okruszek kredy… i jedną małą iskrę, która przypominała mu, że największa przygoda często zaczyna się od prostego „dlaczego?”.