Pewnego ranka pan Mietek obudził się z pomysłem. Pomysł był duży i śmieszny. „Zrobię coś, co nikomu nie jest potrzebne, a wszyscy będą się śmiać!” — powiedział.
Pan Mietek miał warsztat. Warsztat był pełen śrubek, drutów i kolorowych taśm. Miał też dużą książkę z rysunkami. Książka pachniała papierem i przygodą. Pan Mietek wziął ołówek i narysował maszynę. Maszyna miała cztery kółka, trzy dzwonki i jedno bardzo miękkie siedzenie. „To będzie rewolucyjna Maszyna do Leżenia!” — zawołał.
„Po co leżeć?” — zapytała jego kotka Pchełka. Pchełka miała zielone oczy i kłaśnięty ogon. „Żeby leżeć wygodnie i przy tym dużo się śmiać!” — odpowiedział pan Mietek. Pchełka mruknęła i wspięła się na stół.
Pan Mietek zaczął pracować. Ciął, kleił, wiązał i gmerał w pudełkach. Każdy kawałek był dziwny. Kupił sprężynę, która śpiewała. Włożył słoik, który robił zimne mgiełki. Dołożył zegar, który tykał „bum-bum” zamiast „tik-tak”. Wszystko brzmiało wesoło. Wszystko było trochę... niepotrzebne.
Kiedy maszyna była prawie gotowa, pan Mietek usiadł na krześle i spojrzał. „Ma być miękka, ma być śmieszna i ma mówić komplementy” — powiedział do siebie. Wrzucił do środka poduszkę w kropki. Dołożył balonik z uśmiechem. Przyczepił dzwoneczek, który dzwonił tylko wtedy, gdy ktoś mrugnął okiem. „To ważne!” — mruknął.
Nadszedł dzień pokazu. Pan Mietek zaprosił sąsiadów. Przyszła pani Basia z wózkiem, pan Tomek z rowerem i trójka dzieci. Dzieci klasnęły w ręce. Pchełka wskoczyła na maszynę i zamrugała oczami. Maszyna zaskrzypiała i... leżąc coś wypluła! Mała, różowa chmurka. Chmurka pachniała ciasteczkami. Dzieci się roześmiały.
Pan Mietek nacisnął wielki czerwony guzik. Maszyna zaczęła delikatnie bujać. „Och!” — westchnęła pani Basia. „Aaa!” — powiedział pan Tomek i uśmiechnął się szeroko. Maszyna szeptała komplementy: „Masz ładne buty”, „Masz miękkie kolano”, „Masz dobry humor”. Dzieci powtarzały komplementy i śmiały się jeszcze bardziej.
Nagle maszynie zachciało się tańczyć. Obróciła się trzy razy i zrobiła mały krok do przodu. Zrobiła dwa machnięcia dzwonkiem i zaprosiła kotkę Pchełkę na walca. Pchełka zatańczyła, patrząc na swoje pazurki, i wpadła prosto w słoik z mgiełką. Wyskoczyła pokryta delikatną pianą i polizała nos. Wszyscy się roześmiali, bo piana zamieniła jej miauczenie w melodię „la-la”.
Dzieci chciały spróbować. Każde weszło na maszynę po kolei. Maszyna opowiadała śmieszne zagadki. „Co robi marchewka na wakacjach?” — zapytała. „Tańczy!” — krzyczały dzieci, bo tak brzmiała odpowiedź. Potem maszyna wydmuchała konfetti z papieru z pajacykami i każdy miał trochę papierowych kapeluszy. Kapelusze szeleściły i szeleściły. Śmiech brzmiał jak małe dzwoneczki.
Pan Mietek patrzył i kiwał głową. „Udało się. To jest naprawdę niepotrzebne, ale wszyscy są szczęśliwi” — pomyślał. Pchełka wskoczyła na jego kolana i mruknęła. Pan Mietek pogłaskał ją po głowie.
Nagle wiatr porwał jeden balonik i poleciał nad ulicę. Dziecko pobiegło za nim i trochę się zdenerwowało. „Nie martw się” — powiedział pan Mietek szybko. Wyciągnął ze swojej kieszeni mały latawiec i przywiązał do niego sznurek. Balonik wrócił, a dziecko wysypało konfetti z radości. „Hurra!” — krzyknęli wszyscy.
Wieczorem maszyna zasnęła w warsztacie. Pan Mietek przykrył ją kocykiem w groszki. Pchełka zwinięła się w kulkę obok i oddychała cicho. Dzieci poszły do domów z papierowymi kapeluszami. Sąsiedzi machali z okien. Pan Mietek spojrzał na gwiazdy i uśmiechnął się. Jego wynalazek nie zmienił świata. Zmienił tylko wieczór. I to wystarczyło.