Rozdział 1: Lista w kieszeni i kurz na horyzoncie
Caleb Hart miał porządek nie tylko w siodle, ale i w głowie. W sakwie po lewej stronie trzymał zwiniętą mapę, w prawej — notes z listą, a w kapeluszu zawsze tkwiło piórko, jakby przypominało mu: „Myśl, zanim ruszysz”.
Tego ranka wiatr niósł zapach szałwii i suchej ziemi. Na ranczu „Pod Żelaznym Koniem” czekała robota: naprawa ogrodzenia, pojenie bydła, łatane dachy nad stajnią. Ale bez narzędzi, które zaginęły podczas ostatniej burzy piaskowej, wszystko szło jak po grudzie.
Caleb wysunął kartkę z kieszeni kamizelki i odczytał na głos, jakby to była przysięga:
— Młotek, dwa dłuta, komplet gwoździ, szczypce, piła ramowa… i mój śrubokręt z kościaną rękojeścią.
— Jak to możliwe, że ktoś kradnie śrubokręt? — mruknął Amos, stary kowal, przecierając dłonie o skórzany fartuch. — To tak, jakby ukraść komuś… łyżkę.
— Zły człowiek ukradnie nawet powietrze, jeśli umie je zapakować — odparł Caleb.
W drzwiach stajni stanęła pani Mabel, właścicielka rancza, drobna jak wróbel, ale z głosem jak dzwon.
— Caleb! W mieście mówią, że na trakcie do Dry Creek kręcą się szabrownicy. Może to oni. Ale wiesz… narzędzia są nam potrzebne jak woda.
Caleb skinął głową. Jego koń, kasztanowaty Rufi, parsknął, jakby popierał plan.
— Pojadę. Nie po zemstę. Po narzędzia. I wrócę, zanim słońce zdąży się znudzić.
Amos podał mu manierkę.
— A jak spotkasz tych „pakowaczy powietrza”, to nie szukaj kłopotów.
Caleb uśmiechnął się krzywo.
— Kłopoty zwykle same mnie znajdują. Ja tylko próbuję być grzeczny.
Ruszył. Przed nim rozciągał się Zachód: żółte pagórki, czerwone skały, płaskie przestrzenie drżące od gorąca. Gdzieś daleko, na horyzoncie, unosiła się wstążka kurzu. Ktoś jechał. Szybko.
Rozdział 2: Miasto Dry Creek i sklep, który zionął pustką
Dry Creek wyglądało jak miejsce, które zbyt często słyszało strzały. Deski chodników były powyginane, szyby w oknach popękane, a szyld saloonu „U Złotej Podkowy” wisiał krzywo, jakby wstydził się własnej nazwy.
Caleb przywiązał Rufiego do słupka i wszedł do sklepu z zaopatrzeniem. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał cicho, trochę przestraszony.
Za ladą stał sklepikarz, pan Ricketts, z wąsami jak dwie zmartwione gąsienice.
— Jeśli szukasz amunicji, to nie mam. Jeśli szukasz cukru, to też nie mam. A jeśli szukasz spokoju… — rozłożył ręce — …to radzę nie szukać w Dry Creek.
— Szukam narzędzi — powiedział Caleb spokojnie. — Zaginęły z rancza. Młotek, dłuta, piła, szczypce. I śrubokręt z kościaną rękojeścią.
Ricketts zmrużył oczy.
— Kościana rękojeść? Widziałem podobny. Wczoraj przyszedł tu chłystek w czarnej chustce. Chciał go sprzedać, ale uciekł, gdy zapytałem, skąd ma. Poszedł w stronę starej linii telegraficznej, na północ.
Z kąta sklepu odezwał się chłopięcy głos:
— To „Kruk”! — Wysunął się piegowaty chłopak w zbyt dużym kapeluszu. — Tak go wołają, bo gada mało i zawsze kręci się w cieniu.
— Jak masz na imię? — zapytał Caleb.
— Ben. Ben Lark. Pomagam panu Rickettsowi. — Chłopak spojrzał na Caleba z mieszaniną podziwu i ciekawości. — Pan jest tym kowbojem, co liczy gwoździe?
Caleb uniósł brew.
— Liczę, bo lubię wiedzieć, czego brakuje. To pomaga znaleźć to, co zginęło.
Ben podrapał się po nosie.
— Kruk nie działa sam. Jest ich więcej. Widziałem wąz z beczkami, co jechał nocą. A na beczce był znak… taki jak wąż.
— Gdzie zniknęli? — Caleb pochylił się, jakby słuchał tajemnicy.
— Za wąwozem Czerwonych Ścian. Tam jest stary kanion i ruiny chaty traperów.
Ricketts sapnął.
— Nie idź tam sam. — Po chwili dodał ciszej: — Oni mają broń. I nie mają sumienia.
Caleb poczuł, jak w nim rośnie ciężar odpowiedzialności, ale i coś jeszcze — upór, twardy jak skóra na dłoniach.
— Nie muszę być sam. — Spojrzał na Bena. — Znasz drogę?
Chłopak przełknął ślinę.
— Znam… ale tam jest strasznie.
— Strach to tylko sygnał — odparł Caleb. — Mówi: „Uważaj”. Nie mówi: „Uciekaj”.
Ben uśmiechnął się niepewnie.
— To mogę… pokazać. Jeśli pan obieca, że nie zrobi ze mnie bohatera, bo ja nie lubię przemówień.
— Umowa — powiedział Caleb. — Ja też nie lubię przemówień. Wolę działanie.
Rozdział 3: Wąwóz Czerwonych Ścian i pierwszy test odwagi
Słońce stało wysoko, kiedy ruszyli na północ. Ben jechał na siwku pożyczonym od Rickettsa, trzymał się siodła jak rzep, ale oczy miał czujne. Caleb prowadził, co chwilę zerkając na ślady: odciśnięte podkowy, ślady kół, a także coś, co mu się nie podobało — głębokie rysy w piasku, jakby ktoś ciągnął ciężki łańcuch.
— To od beczek? — szepnął Ben.
— Albo od czegoś, co nie powinno być ciągnięte — odparł Caleb.
Wąwóz Czerwonych Ścian był jak rozcięta rana ziemi. Skały po obu stronach płonęły kolorem, a echo powtarzało każdy oddech. Wiatr przelatywał między ścianami i gwizdał, jakby ostrzegał.
Nagle z góry potoczył się kamień. Potem drugi. Caleb uniósł wzrok.
Na krawędzi stały dwie sylwetki. Jedna z nich zawołała:
— Zawracajcie! To cudzy szlak!
— Szlak jest dla wszystkich, dopóki ktoś go nie zagrodzi — odkrzyknął Caleb.
Odpowiedziało mu głośne: „Hah!” i świst — kula uderzyła w skałę obok, rozpryskując czerwony pył.
Ben skulił się.
— Mówiłem, że strasznie!
Caleb nie panikował. Wciągnął powietrze, jakby liczył w myślach.
— Ben, do wnęki po lewej. Szybko, ale nie na oślep.
Przeskoczyli w bok, chowając konie za występem skalnym. Rufiego uspokoił dotykiem po szyi.
— Spokojnie, chłopie. Jeszcze nie czas na popisy.
— Co teraz? — Ben drżał, ale nie płakał.
— Teraz myślimy — Caleb wyjął z sakwy niewielkie lusterko, które nosił do golenia. Ustawił je tak, by zobaczyć krawędź wąwozu, nie wystawiając głowy.
— Pan ma lusterko? — Ben wyszeptał z niedowierzaniem.
— Porządek w kieszeniach czasem ratuje skórę — odparł Caleb.
W lusterku zobaczył, że napastnicy są tylko dwaj i pilnują wąskiego zejścia po prawej. Caleb rozejrzał się. Nad nimi, w ścianie, biegła stara ścieżka kóz — wąska, ale możliwa do przejścia.
— Pójdziemy górą — powiedział. — Zostawimy konie tu. Przejdziemy cicho i zajdziemy ich z boku.
Ben otworzył usta.
— A konie?
— Zostaną. Zaufaj mi. — Caleb wyjął z kieszeni sznurek i zawiązał go tak, by konie nie poszły daleko, ale mogły pić z małej kałuży.
Wspinali się ostrożnie. Kamienie chrzęściły, a dłonie ślizgały się po gorącej skale. Ben sapnął:
— To głupsze niż przemówienia.
— Może — mruknął Caleb. — Ale działa.
Gdy dotarli na półkę, zobaczyli dwóch mężczyzn. Jeden był młody, z czarną chustką — Kruk. Drugi, starszy, miał oczy zimne jak stal.
Caleb wyszedł zza skały z rękami uniesionymi, ale głos miał twardy.
— Szukam tylko swoich narzędzi. Nie szukam kłopotów.
— Narzędzia? — Starszy parsknął. — W tym kraju wszystko jest czyjeś, dopóki nie zmieni właściciela.
Ben wyskoczył z boku i rzucił w ziemię mały woreczek z piaskiem prosto w twarz starszego. Pył buchnął jak dym.
— Teraz! — zawołał Ben, zaskoczony własną odwagą.
Caleb wykorzystał moment, chwycił broń napastnika za lufę i odepchnął ją na bok. Nie strzelił. Nie musiał. Wystarczyło, że popchnął mężczyznę na ziemię i kopnął rewolwer poza zasięg.
Kruk cofnął się, patrząc raz na Caleba, raz na Bena.
— To nie koniec — syknął i rzucił się do ucieczki w stronę kanionu.
— Pójdziemy za nim — powiedział Caleb, dysząc. — Ale ostrożnie. Ten chłopak zna drogę do narzędzi.
Ben otrzepał ręce, próbując wyglądać na spokojnego.
— Ja… ja tylko nie lubię, jak ktoś strzela koło mojej głowy.
Rozdział 4: Ruiny traperów i pułapka z liną
Ścigali Kruka śladami w piasku i połamanych gałązek jałowca. Kanion robił się coraz węższy, a powietrze chłodniejsze. W końcu zobaczyli ruiny: resztki chaty, zwalony dach, stare beczki i stos skrzyń przykrytych płachtą.
Caleb przykucnął.
— Czekaj. Coś tu śmierdzi nie tylko starym drewnem.
Ben powąchał.
— Ja czuję… smołę?
Caleb zauważył cienką linkę, prawie niewidoczną, rozciągniętą na wysokości kostek.
— Pułapka.
Ben przełknął ślinę.
— A ja myślałem, że pułapki są tylko w opowieściach.
— Opowieści biorą się z życia — odparł Caleb. Wyjął z kieszeni mały nożyk i delikatnie uniósł linkę, omijając ją bokiem. — Trzymaj się moich kroków.
Dotarli do skrzyń. Caleb odsunął płachtę i serce uderzyło mu szybciej. W środku leżały narzędzia: jego młotek z wyżłobionym znakiem rancza, dłuta, szczypce, piła. I śrubokręt z kościaną rękojeścią, cały i błyszczący, jakby czekał, aż ktoś go wreszcie weźmie do pracy.
— Jest! — szepnął Ben, a w oczach miał radość tak wielką, jakby znaleźli skarb piratów.
— To mój skarb — przyznał Caleb i natychmiast zaczął układać wszystko równo w skrzyni. — Ale jeszcze musimy to stąd wynieść. Razem.
Wtedy z cienia wyszły trzy postacie. Starszy bandyta stał na czele, z bronią w ręku. Kruk był obok, ocierając twarz.
— Mówiłem, że wrócą — burknął Kruk.
— Sprytni jesteście — powiedział starszy. — Ale spryt nie zawsze wygrywa.
Caleb stanął przed skrzynią, zasłaniając ją własnym ciałem. Głos miał spokojny, lecz w środku czuł napięcie jak naciągniętą linę.
— Nie chcę walczyć. Weźcie beczki, weźcie płachtę, nawet te zgniłe deski, jeśli wam potrzebne. Narzędzia wracają ze mną.
— A jeśli nie? — Starszy uśmiechnął się brzydko.
Ben zrobił krok naprzód, choć kolana mu drżały.
— To… to nie fair! To nie wasze!
Starszy roześmiał się.
— „Fair”? Chłopcze, na Zachodzie—
— Na Zachodzie też są zasady — przerwał mu Caleb. — Tylko czasem trzeba je przypomnieć.
Caleb spojrzał na ziemię: pod nogami bandytów zauważył kolejną linkę, prowadzącą do belki podpartej kamieniem. Jeśli kamień się przesunie, belka runie i zablokuje przejście w kanionie. Pułapka na uciekinierów… albo na intruzów.
Caleb szepnął do Bena:
— Gdy powiem „teraz”, kopnij ten mały kamień przy beczce. Ten z białą smugą.
— A co będzie? — Ben wyszeptał.
— Będzie hałas. I zamieszanie. A my potrzebujemy tylko dwóch sekund.
Starszy podniósł broń.
— Ostatnia szansa.
Caleb uniósł ręce odrobinę wyżej, jakby się poddawał.
— Dobrze. — Wziął wdech. — Teraz!
Ben kopnął kamień. Coś zgrzytnęło, belka jęknęła i runęła z hukiem, wzbijając kurz. Bandyci odskoczyli, a wąski przesmyk został częściowo zasypany.
Caleb chwycił skrzynię, Ben złapał z drugiej strony. Była ciężka, ale dali radę. Ruszyli biegiem, potykając się o kamienie, słysząc za plecami przekleństwa i strzały, które trafiały w skałę, nie w nich.
— Trzymaj! — dyszał Caleb. — Nie puszczaj!
— Nie puszczę! — sapnął Ben, czerwony na twarzy.
Wypadli z kanionu jak dwa wystrzelone korki. Zobaczyli konie tam, gdzie je zostawili. Rufiego Caleb dosiadł jednym ruchem, a Ben wskoczył na siwka, przyciskając skrzynię do siodła pasem.
— Jedziemy! — krzyknął Caleb.
Rozdział 5: Burza piaskowa i lekcja wytrwałości
Na otwartej przestrzeni wiatr uderzył w nich jak mokry koc, tylko że zamiast wody był piasek. Niebo poszarzało, a słońce stało się bladą plamą.
— To burza! — Ben zakrył twarz chustą.
Caleb zmrużył oczy. Kurz wciskał się wszędzie: do ust, uszu, pod powieki.
— Trzymaj się blisko mnie! Nie zgub się!
Jechali wolniej, bo konie też walczyły z wiatrem. Skrzynia z narzędziami ciążyła, ale Caleb nie pozwolił, by spadła.
— Rufii, jeszcze kawałek — mruknął. — Jak dotrzemy do tamtych skał, znajdziemy osłonę.
W pewnym momencie usłyszał okrzyk Bena:
— Caleb! Ktoś za nami!
Przez zasłonę piasku majaczyły sylwetki. Bandyci. Uparci jak rzepy.
Caleb poczuł, jak w nim narasta złość, ale zamienił ją na plan. Wskazał na niewielki zagajnik suchych, powykręcanych drzew.
— Tam! Wjedziemy między drzewa. Konie bandytów będą się bały gałęzi, a my znamy cel.
Wślizgnęli się w zarośla. Gałęzie smagały ubrania, piasek ciął jak drobne igły. W pewnej chwili siwek Bena potknął się.
— Nie! — Ben zaklął pod nosem, po czym sam się zdziwił. — Przepraszam…!
Caleb odwrócił się mimo ryzyka. Zeskoczył z Rufiego i chwycił wodze siwka, uspokajając go.
— Oddychaj. To tylko strach, nie wyrok.
— Ja… ja go nie utrzymam! — Ben szarpnął się, prawie płacząc ze złości na siebie.
Caleb położył mu dłoń na ramieniu, mocno.
— Utrzymasz. Bo nie jesteś sam.
Wspólnie podnieśli siwka, poprawili pas ze skrzynią. Wtedy usłyszeli tętent — bandyci byli blisko, ale drzewa i piasek robiły swoje. Jeden koń bandytów zarżał i stanął dęba.
— Ha! — Ben parsknął, mimo sytuacji. — Nawet koń wie, że oni śmierdzą kłopotami!
Caleb uśmiechnął się krótko.
— Trzymaj humor. Jest lżejszy niż skrzynia.
W końcu dotarli do niskich skał, tworzących naturalną niszę. Przeczekali najgorsze, skuleni, oddychając przez chusty. Caleb sprawdził skrzynię — narzędzia były całe.
Gdy burza zaczęła słabnąć, usłyszeli ciszę. Żadnego tętentu. Bandyci musieli odpuścić albo zgubili trop.
Ben spojrzał na Caleba z szeroko otwartymi oczami.
— Pan się nie poddał ani razu.
— Poddać się jest łatwo — powiedział Caleb. — Trudniej jest wrócić do ludzi, którzy na ciebie liczą.
Rozdział 6: Powrót na ranczo i uścisk dłoni
Wieczorem ranczo „Pod Żelaznym Koniem” wyglądało jak wyspa światła na morzu ciemności. W oknach paliły się lampy naftowe, a z kuchni pachniało fasolą i świeżym chlebem.
Gdy Caleb i Ben wjechali na podwórze, Amos aż gwizdnął.
— Na moje stare młoty… wróciliście!
Pani Mabel wybiegła przed dom, otulona szalem.
— Caleb! I… Ben? Co wyście narobili?
Caleb zsunął skrzynię na ziemię. Otworzył wieko. W świetle lamp narzędzia zalśniły jak metalowe gwiazdy.
— Przywiozłem to, czego nam brakowało.
Amos wziął do ręki młotek, jakby witał dawno niewidzianego przyjaciela.
— Mój świat znów ma sens.
Ben uśmiechnął się nieśmiało.
— Ja tylko… pokazałem drogę.
— „Tylko” — powtórzyła pani Mabel i pokręciła głową. — Bez ciebie mógłby nie wrócić. A bez niego ty też.
Caleb spojrzał na chłopaka.
— To była robota zespołowa. Solidarność, Ben. Na Zachodzie przeżywa się szybciej z kimś obok.
Ben wyprostował się, jakby nagle urósł o cal.
— To… mogę czasem pomagać na ranczu? Zamiast tylko nosić worki w sklepie?
Pani Mabel zmrużyła oczy, udając surowość.
— A umiesz liczyć gwoździe?
Ben roześmiał się.
— Nauczę się! Mogę nawet liczyć fasolki, jeśli trzeba!
Amos klepnął go w ramię.
— Tylko nie licz moich podków, bo mi wyjdzie, ile jestem winien pracy.
Wszyscy się zaśmiali, a napięcie z całego dnia spłynęło jak kurz z butów.
Caleb wyjął ze skrzyni śrubokręt z kościaną rękojeścią. Obrócił go w palcach, czując znajomy ciężar.
— Wiesz, dlaczego tak mi na nim zależało? — zapytał Bena.
— Bo jest ładny? — zgadł Ben.
— Bo przypomina mi, że rzeczy wracają na swoje miejsce, jeśli człowiek nie przestaje szukać — odparł Caleb. — A czasem trzeba szukać razem.
Pani Mabel podeszła bliżej. Jej spojrzenie było ciepłe, ale poważne.
— Dobrze się spisałeś, Caleb.
Caleb wyprostował się i podał jej dłoń.
— Zrobiliśmy, co trzeba.
Pani Mabel ujęła jego dłoń mocno, pewnie, jak ktoś, kto zna ciężar pracy i znaczenie słowa „razem”. Uścisk był krótki, ale mówił wszystko: wdzięczność, zaufanie i obietnicę, że na tym dzikim Zachodzie można budować coś trwałego — nie tylko ogrodzenia, lecz także ludzi trzymających się nawzajem.