Trwa ładowanie...
Opowieści o kowbojach 11-12 lat Czytanie 16 min.

Mara Quinn i strażniczka końca pochodu

Mara, zamykająca pochód przez pofałdowaną prerię, dzięki sprytowi i czujności wykrywa i stawia czoła zagrożeniom, chroniąc podróżnych przed tajemniczymi napastnikami.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Mara, dorosła kobieta: zdecydowana, spokojna, bystre oczy, lekko opalona skóra, podniszczony kapelusz, brązowy płaszcz, zakurzone buty, trzyma zwinięty sznur i właśnie podrzuca garść kurzu, niska, gotowa do akcji; Eli, chłopiec ~14 lat, potargane włosy, zaskoczony lecz odważny, trzyma lonżę tuż za Marą po lewej, gotów pomóc; Harlan, mężczyzna ~45 lat, szerokie ramiona, siwa krótka broda, stoi po prawej w średniej odległości z karabinem skierowanym w górę w ochronnej pozie; trzech bandytów: jeden upada z konia, drugi rzucony na ziemię, trzeci w wierzchowcu z wąsami chwiejny w siodle, noszą ciemne poszarpane ubrania i pasy z małym znakiem dwóch krzyży; miejsce: wąwóz o czerwonych prążkowanych ścianach, żółtawo-ochrowa pylasta ziemia, głębokie cienie, przeszywające promienie słońca, kępki suchej trawy; scena akcji: Mara napina maskujący sznur i tworzy obłok kurzu, konie bandytów wariują, jeździec jest zrzucany, konwój z kilkoma skrzyniami i otwartą skrzynią oraz przywiązanymi końmi w tle przygotowuje kontratak; dynamiczna kompozycja, czytelne wyrazy twarzy, ciepłe kontrastowe kolory i wyraźne kontury w stylu amerykańskiego komiksu. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Ostatnia w szeregu

Kurz unosił się nad prerią jak cienka zasłona z mąki. Słońce wisiało nisko, czerwone i ciężkie, a kolumna wozów skrzypiała, jakby narzekała na każdy kamień. Na końcu tego długiego węża jechała kobieta na kasztanowym koniu.

Nazywała się Mara Quinn. Miała kapelusz z wytartym rondem, chustę na szyi i spojrzenie, które potrafiło jednocześnie żartować i ostrzegać. Zawsze zamykała pochód — nie dlatego, że była gorsza, tylko dlatego, że była najlepsza w pilnowaniu, by nikt nie został w tyle.

— Trzymajcie się razem! — krzyknęła do chłopaka na mule, który zbyt śmiało zjechał na bok. — Preria nie gryzie, ale lubi zgubionych.

Chłopak, Eli, poprawił kapelusz i zawrócił.

Z przodu, na czele, jechał pan Harlan, prowadzący konwój. Od czasu do czasu odwracał głowę i unosił rękę na znak, że wszystko w porządku. Mara odpowiadała krótkim ruchem dłoni. Ich rozmowy były proste jak gwoździe: mało słów, dużo znaczenia.

Tego dnia wiatr pachniał szałwią i suchą trawą. Mara nasłuchiwała — skrzypienie osi, parskanie koni, stłumione rozmowy. I coś jeszcze. Ciche, uporczywe „klik… klik…”, jakby kamyk pod kopytem, ale zbyt równe, zbyt inteligentne.

Mara zwolniła, zsunęła się z siodła i przyłożyła ucho do ziemi. Drgania. Stado? Nie. Zbyt punktowe.

— Eli — zawołała cicho. — Podjedź tu. I nie rób z siebie bohatera.

— Ja? Nigdy! — szepnął, udając urażonego, ale zeskoczył z muła i podszedł.

Mara wskazała na ślady w kurzu, przecinające drogę konwoju.

— Widzisz? — zapytała.

Eli zmrużył oczy. — Jakby… wóz, ale lekki? I… podkowy? Dziwne.

— Dwie osoby. Jeden koń. I jadą równolegle do nas, ale nie chcą, żeby ich zauważyć — powiedziała Mara. — Nie panikuj. Jedź do przodu i powiedz panu Harlanowi, że tył potrzebuje więcej oczu.

Eli przełknął ślinę. — A ty?

Mara uśmiechnęła się krótko. — Ja robię to, za co mi płacą. Zamykam pochód.

Wskoczyła na konia i ruszyła wolniej, jak cień, który nie odstaje. Miała cierpliwość jak kaktus: stoi w słońcu, nie narzeka, ale kłuje, gdy trzeba.

Rozdział 2: Nocny hałas w trawie

Obóz rozłożyli przy niewielkim strumieniu. Woda była płytka, zimna, a kamienie na dnie wyglądały jak srebrne monety. Wozy ustawiły się w półokręgu. Ogień trzaskał, a z garnka pachniała fasola z boczkiem.

Mara usiadła na skrzyni, ostrząc nóż o kamień. Dźwięk „szsz-szsz” mieszał się z cykaniem świerszczy. Dzieci śmiały się, biegając między wozami, a starsi rozmawiali ciszej, jakby ciemność miała uszy.

Pan Harlan podszedł do Mary.

— Eli mówił o śladach — zaczął. — Może to łowcy? Albo ktoś z sąsiedniego szlaku.

— Może — odparła Mara, nie podnosząc głowy. — A może ktoś liczy nasze konie. I beczki z mąką.

Harlan westchnął. — Wzmocnię warty.

— I niech ludzie śpią w butach — dodała. — Nie po to, żeby się bali. Po to, żeby nie musieli ich szukać w ciemności.

Wieczorem Mara obchodziła tył obozu. Koń prychał cicho, wyczuwając jej napięcie. W trawie szeleściły jaszczurki, a niebo było tak pełne gwiazd, że wyglądało jak rozlana sól.

Nagle usłyszała krótki stuk. Potem drugi. Jakby ktoś niechcący uderzył metalem o metal.

Mara przyklękła, wstrzymała oddech i cofnęła się w cień wozu. Serce biło jej spokojnie, ale twardo, jak młot.

Z ciemności wyłonił się kształt. Człowiek. Za nim drugi. Poruszali się przy ziemi, prawie jak kojoty. Zbliżali się do koni uwiązanych z tyłu.

Mara nie strzeliła. Strzał to hałas, a hałas budzi panikę. Zamiast tego wysunęła się bezszelestnie, jak kot, i w jednej chwili chwyciła pierwszego za kołnierz, przyciskając go do wozu.

— Nawet nie kichaj — syknęła mu do ucha.

Drugi bandyta drgnął, ale zanim zdążył się odwrócić, Mara rzuciła w jego stronę mały kamień. Trafił go prosto w czoło. Nie mocno, ale wystarczająco, by przeklął i zdradził pozycję.

— Warty! — zawołała Mara, dopiero teraz podnosząc głos.

Z obozu rozległ się tupot butów. Latarnie zamigotały. Pan Harlan i dwóch mężczyzn dopadli do tyłu.

— Kto to? — krzyknął Harlan.

Mara wykręciła rękę pojmanemu tak, że jęknął.

— Ci, co lubią cudze siodła — odpowiedziała. — A teraz niech ktoś zwiąże im ręce, zanim zaczną opowiadać, jak bardzo są niewinni.

Eli wybiegł z rozczochranymi włosami, trzymając patelnię, jakby była tarczą.

— Spóźniłem się? — zapytał.

— Idealnie na finał — mruknęła Mara. — Odłóż patelnię, zanim kogoś nią uszczęśliwisz.

Bandyci zostali związani. Jeden pluł w ziemię, drugi milczał, patrząc w bok. Mara zauważyła, że mają ten sam znak na paskach: wyryte dwa krzyżyki.

— Kto was przysłał? — spytał Harlan.

Pierwszy bandyta zaśmiał się ochryple. — Preria. Ona przysyła głodnych.

Mara nie dała się zwieść. Preria nie robi znaków na paskach.

Rozdział 3: Wąwóz i złamane koło

Rano ruszyli wcześnie. Bandyci szli pieszo, przywiązani do jednego z wozów, mrucząc pod nosem. Nikt ich nie bił, nikt nie karmił ponad konieczność. Konwój nie był sądem, ale nie był też naiwny.

Teren zmienił się po południu. Szeroka preria ustąpiła miejsca pofałdowanym wzgórzom. W oddali sterczały czerwone skały, jak zęby ogromnego zwierzęcia. Droga wiodła przez wąwóz — wąski, z wysokimi ścianami, gdzie echo potrafiło powtórzyć nawet szept.

Mara nie lubiła wąwozów. Nie dlatego, że były brzydkie. Były zbyt piękne, a piękno często odwraca uwagę.

— Trzymajcie dystans między wozami — poleciła. — I żadnych wyścigów. To nie jarmark.

Eli podjechał do niej. — Myślisz, że ci z krzyżykami wrócą?

— Myślę, że ktoś ich nauczył robić znaki, więc ktoś lubi, gdy inni wykonują brudną robotę — odparła Mara. — A jeśli ktoś lubi brudną robotę, to zwykle nie kończy na dwóch nieudacznikach.

W połowie wąwozu rozległ się trzask. Jeden z wozów zakołysał się i stanął jak wryty.

— Koło! — krzyknęła kobieta z przodu. — Pękło!

Kolumna zablokowała przejście. Skały po obu stronach sprawiały, że nie było jak zawrócić. Wąwóz stał się butelką, a oni — korkiem.

Mara natychmiast zjechała na tył, licząc wozy. Ostatnie dwa miały najmniej ochrony.

— Harlan! — zawołała do przodu. — Naprawa musi iść szybko. Ja zostaję na końcu.

— Daję ci dwóch ludzi — odpowiedział Harlan.

Mara pokręciła głową. — Zostaw ich przy kole. Ja wolę mieć z tyłu ciszę i oczy.

Zeskoczyła, poprawiła pas z rewolwerem, ale bardziej ufała swoim uszom niż broni. Stanęła przy ostatnim wozie, w cieniu, i patrzyła na wąski przesmyk za nimi.

Minęły minuty. Ktoś przeklinał przy osi, ktoś podawał kliny. W wąwozie robiło się duszno, a zapach potu mieszał się z kurzem. Bandyci z krzyżykami szli z pochylonymi głowami, jakby czekali na sygnał.

Nagle koń Mary prychnął ostro i cofnął się.

Mara uniosła rękę. Cisza. W oddali, na wlocie do wąwozu, pojawiły się sylwetki. Trzech jeźdźców, zbyt spokojnych, zbyt pewnych siebie. Słońce odbiło się od luf.

— No pięknie — mruknęła Mara. — I oto przyjechała reszta rodziny.

Rozdział 4: Fałszywy ukłon i prawdziwy plan

Jeźdźcy zatrzymali się na tyle daleko, by czuć się bezpiecznie, ale na tyle blisko, by ich głosy niosło echo.

— Hej, wędrowcy! — zawołał jeden, wysoki, z jasnym wąsem. — Słyszeliśmy, że macie kłopot z kołem. Możemy pomóc. Za drobną opłatą.

Mara wysunęła się z cienia, nie za daleko. Nie chciała być celem, ale chciała być widoczna.

— Dziękujemy — odkrzyknęła. — Poradzimy sobie. A opłatę już dziś ktoś próbował pobrać nocą. Niezbyt elegancko.

Wąsaty uśmiechnął się, jakby to był komplement. — Nocą ludzie robią różne głupoty. My jesteśmy dzienni. Kulturalni.

— Kulturalni ludzie nie noszą dwóch krzyżyków na pasku — odpowiedziała Mara.

Na chwilę zapadła cisza, gęsta jak smoła. Wąsaty uniósł brew.

— Masz bystre oczko, pani…?

— Mara — powiedziała. — A ty masz bystre plany. Tylko słabe wykonanie.

Jeździec splunął w kurz. — Słuchaj, Mara. Oddajcie dwa najlepsze konie i jedną beczkę mąki. Pojedziecie dalej i nikt nie ucierpi.

Mara spojrzała w głąb wąwozu. Naprawa trwała. Jeszcze kilka minut. Musiała kupić czas — nie strzałami, tylko rozumem.

— Dwa konie? — zawołała głośno, jakby liczyła. — Które? Ten siwy, co kopie jak muł? Czy ten czarny, co gryzie?

Eli, który kręcił się przy tylnym wozie, zrozumiał błysk w jej oku. Podniósł głos:

— Czarny gryzie! Ostatnio ugryzł mnie w… w spodnie!

Ktoś z konwoju zachichotał, mimo napięcia. Nawet wąwóz jakby prychnął echem.

Wąsaty nie wyglądał na rozbawionego. — Nie mamy czasu na wasze żarty.

— A ja mam — odparła Mara. — Bo jak już stoicie, to może opowiem wam, co się dzieje, gdy człowiek próbuje rabować konwój w wąwozie. Echo niesie krzyki daleko. Bardzo daleko. A ja słyszałam dziś rano strzały… gdzieś na północ.

To był blef. Mara nie słyszała żadnych strzałów. Ale ludzie, którzy żyją z grabieży, mają jedną słabość: nie lubią niespodzianek.

Jeźdźcy spojrzeli po sobie. Wąsaty zmarszczył czoło.

Mara wykorzystała moment. Odwróciła się pół bokiem i syknęła do Eli:

— Idź do Harlana. Powiedz: „krzyżyki wróciły”. I nie biegnij jak zając, tylko jak ktoś, kto ma kontrolę nad nogami.

— Tak jest — wyszeptał Eli i ruszył, udając, że poprawia uprząż, by nie zdradzić paniki.

Mara wróciła wzrokiem do jeźdźców.

— Jeśli chcecie konie, musicie podejść bliżej — powiedziała spokojnie. — Ja ich wam nie rzucę na odległość.

Wąsaty zawahał się. Wąwóz był wąski. Każdy krok do przodu oznaczał mniej miejsca na ucieczkę. Ale chciwość pchała go jak kij w plecy.

— Dobra — mruknął. — Jedziemy.

Ruszyli wolno, z bronią gotową. Mara cofnęła się o krok, tak by stać przy stosie pustych skrzyń i zwiniętych lin.

I wtedy to usłyszała: daleko z przodu, wreszcie, skrzypnięcie naprawionego koła. Jak dźwięk odblokowanego zamka.

Rozdział 5: Kurz, lina i współpraca

Harlan nie przyjechał sam. Przybył z czterema osobami: dwiema kobietami z długimi kijami do poganiania wołów i dwoma mężczyznami z karabinami. Nie wpadli w szarżę. Ustawili się tak, by wąwóz nie stał się strzelnicą.

Mara podniosła rękę, dając znak: jeszcze nie.

Jeźdźcy byli już blisko. Wąsaty spoglądał na nią, jakby chciał ją przeszyć spojrzeniem.

— No? — warknął. — Konie.

Mara wskazała na kasztanowego. — Ten jest mój. A mój koń nie idzie z obcymi. Jest nieśmiały.

— To go… przekonamy — syknął jeden z rabusiów i ruszył do przodu.

Mara zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał: rzuciła w powietrze garść kurzu z ziemi. Nie w twarz, nie jak w filmowej sztuczce — po prostu tak, by słońce rozbłysło w drobinkach, oślepiając na ułamek sekundy.

W tym ułamku Mara kopnęła skrzynię. Z jej boku wysunęła się zwinięta lina. Mara chwyciła koniec, a Harlan z przodu, widząc znak, pociągnął drugi koniec, który wcześniej ukryli przy wozie. Lina naprężyła się w poprzek drogi, tuż nad ziemią.

Pierwszy koń rabusiów zahaczył kopytami. Jeździec poleciał w kurz jak worek z ziemniakami. Drugi wpadł na niego, przeklinając. Tylko wąsaty zdołał utrzymać się w siodle, ale jego koń stanął dęba, bo przeszkoda pachniała pułapką.

— Teraz! — krzyknęła Mara.

Nie padło wiele strzałów — Harlan kazał strzelać w powietrze i w skały, żeby przestraszyć konie. Huk w wąwozie był jak grzmot w puszce. Konie rabusiów oszalały, a jeźdźcy stracili kontrolę.

Kobiety z kijami podbiegły, nie bojąc się krzyków, i odciągnęły konie konwoju w bezpieczną stronę. Eli wraz z innym chłopakiem przytrzymali linę, aż rabusie byli na ziemi.

Wąsaty próbował uciec bokiem, ale Mara była szybsza. Nie rzuciła się jak burza. Zrobiła dwa spokojne kroki, wycelowała rewolwer w ziemię obok jego buta i nacisnęła spust.

Kula uderzyła w skałę, iskry poszły w górę. Wąsaty zamarł.

— To była rozmowa — powiedziała Mara cicho. — Następna byłaby kłótnia. Wolisz rozmowę czy kłótnię?

Wąsaty powoli uniósł ręce. — Rozmowę.

— Mądry wybór — odparła.

Po chwili rabusie byli związani obok tych nocnych. Pięć osób, ten sam znak na paskach, ta sama mina: „to nie moja wina”.

Harlan podszedł do Mary i spojrzał na linę.

— Sprytne — powiedział. — Sam bym na to nie wpadł.

— Bo ty myślisz jak prowadzący — odparła Mara. — Ja muszę myśleć jak ktoś, kto zostaje na końcu. Tam nie ma miejsca na dumę. Jest miejsce na współpracę.

Eli otarł kurz z policzka. — Czy ja… czy ja właśnie pomogłem w zasadzce?

— Pomogłeś — potwierdziła Mara. — I nikt nie ucierpiał poza godnością tych panów.

Jeden z rabusiów mruknął: — Godność to przereklamowana.

— To oddaj ją komuś, kto ją doceni — odparł Eli, a konwój parsknął śmiechem, jak stado koni.

Rozdział 6: Ostatni zakręt i „jestem tu”

Wieczorem wyszli z wąwozu. Preria znów się otworzyła — szeroka, falująca, złota. Wiatr był chłodniejszy, niósł zapach dymu z ogniska i wilgotnej ziemi.

Bandyci zostali przekazani napotkanej straży w małej osadzie przy trakcie. Harlan nie triumfował, nie opowiadał historii jak w saloonie. Po prostu zrobił to, co trzeba, i podziękował ludziom. Każdemu.

W nocy, gdy obóz ucichł, Mara usiadła trochę dalej od ognia. Patrzyła, jak iskry wspinają się w ciemność. Koń skubał trawę, spokojny.

Eli podszedł niepewnie i podał jej kubek kawy. Była gorzka jak prawda, ale rozgrzewała.

— Mara… — zaczął. — Czemu zawsze ty jesteś na końcu? Przecież tam jest najgorzej.

Mara wzięła łyk i spojrzała na ciemną linię drogi, którą jutro znowu pojadą.

— Bo ktoś musi — odpowiedziała. — Na początku wszyscy patrzą przed siebie. Na końcu trzeba patrzeć dookoła. I jeszcze pamiętać, że wóz to nie tylko deski. To ludzie. Ich sny, ich strach, ich śmieszne patelnie.

Eli uśmiechnął się. — Czyli… to taka praca?

— To wybór — poprawiła go Mara. — I nie robię tego sama. Dzisiaj lina zadziałała, bo każdy zrobił swoje. Harlan zaufał. Ty pobiegłeś. Kobiety odciągnęły konie. Ktoś naprawił koło. Bez jednego ogniwa łańcuch pęka.

Z obozu dobiegł głos Harlana:

— Sprawdzamy liczenie! Czy wszyscy są?

Ludzie po kolei odpowiadali. Głosy mieszały się z trzaskiem ognia. Ktoś zakaszlał, ktoś się zaśmiał, ktoś pogłaskał dziecko po głowie.

Mara wstała, otrzepała spodnie z kurzu i spojrzała na ognisko, na wozy, na sylwetki bliskich sobie ludzi w surowym kraju.

Zamknęła pochód nawet teraz, w nocy — ostatnia między światłem a ciemnością.

— Jestem tu.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Kolumna
Długi rząd pojazdów lub osób jadących lub idących razem.
Preria
Duża, otwarta równina z trawami, zazwyczaj bez drzew.
Siodła
Część sprzętu na koniu, na której siada jeździec.
Pochód
Grupa ludzi lub pojazdów idąca lub jadąca razem.
Uporczywe
Coś, co trwa długo i ciągle się powtarza, mimo że to przeszkadza.
Drgania.
Szybkie ruchy lub wstrząsy, które można wyczuć dotykiem lub uszami.
Uprząż
Paski i pasy, które trzymają koń lub przyczepiają go do wozu.
Wąwóz
Wąska dolina z wysokimi, stromymi ścianami skalnymi.
Kliny
Małe kawałki drewna lub metalu używane do klinowania osi lub kół.
Lina
Gruby sznur z włókien lub drutu, służący do wiązania lub podciągania.
Pułapką
Ukryte urządzenie lub sposób, który ma schwytać lub zatrzymać kogoś.
Rewolwer
Rodzaj krótkiej broni palnej, którą trzyma się w ręce.
Parskanie
Krótki, głośny dźwięk wydawany przez konia lub inne zwierzę.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o kowbojach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.