Rozdział 1: Pył na horyzoncie
Słońce stało wysoko, jakby przybiło się gwoździem do nieba. Preria falowała od upału, a powietrze drżało nad kamieniami. W tej drżącej ciszy słychać było tylko skrzypienie siodła i miarowy oddech kasztanowej klaczy.
Mara Kincaid jechała przodem, w kapeluszu zsuniętym nisko na oczy. Nie była wysoka, ale miała w sobie coś, co sprawiało, że ludzie schodzili z drogi: spokój, który wcale nie był leniwy. Spokój jak napięta cięciwa.
Za nią ciągnęła się niewielka kolumna: wóz z zapasami, dwóch kowbojów i… człowiek, którego Mara miała chronić. Szeryf Harlan Graves, szanowany jak stary dąb przy jedynej studni w okolicy. Miał siwe wąsy, zmęczone oczy i sposób mówienia, który potrafił uciszyć nawet najbardziej rozwrzeszczany saloon.
— Jeszcze daleko do Fortu Red Mesa? — zapytał, poprawiając płaszcz.
— Dwa dni, jeśli nie będziemy się zatrzymywać z byle powodu — odparła Mara. — A „byle powód” w tej krainie czasem strzela.
Harlan parsknął krótkim śmiechem.
— Wolałbym, żebyś mówiła jak księgowa, nie jak poetka.
— Poeci też mają rewolwery — odbiła.
Kiedy mijali wyschnięte koryto rzeki, Mara zobaczyła coś, co nie pasowało do tej pustej przestrzeni. Cienka smuga kurzu na horyzoncie. Za równa, za szybka.
Uniósł się jej kark. Zatrzymała klacz jednym ruchem kolan.
— Stójcie. — Jej głos był spokojny, ale w powietrzu zrobiło się od razu ciaśniej.
Dwaj kowboje, Clay i Nestor, przestali żuć tytoń. Wóz zaskrzypiał i stanął.
Mara przyłożyła dłoń do oczu, patrząc w dal.
— Jeźdźcy — powiedziała krótko. — I nie wyglądają na tych, co jadą na herbatę.
— Może to posłańcy? — bąknął Clay, zawsze gotów wierzyć w najlepsze.
— Posłańcy nie jadą w trójkę i nie trzymają rąk tak blisko kabur — odparła Mara.
Harlan ściągnął brwi.
— To o mnie?
— Jeśli ktoś chce zrobić bałagan w tym hrabstwie, to zacznie od pana — odpowiedziała.
W ich świecie szeryf był jak gwóźdź w bucie bandytów. Niewygodny, uparty i trudny do zignorowania.
Mara odwróciła się do Nestorra.
— Zabierz wóz w te skały. Zasłońcie koła płachtą. Clay, ty ze mną. Szeryf… — spojrzała na Harlana twardo — …pan nie jest od bohaterstwa. Pan jest od przeżycia.
— To najładniejsza obelga, jaką dziś usłyszałem — mruknął.
Schowali się w cieniu skał. Mara czuła zapach rozgrzanego kamienia i końskiego potu. W dłoni miała rewolwer, chłodny jak woda z głębokiej studni.
Jeźdźcy zbliżali się, a wiatr przyniósł strzęp rozmowy i metaliczny brzęk ostrogi.
— Spokojnie — szepnęła Mara. — Oddychaj jakbyś liczył kroki. Nie jakbyś liczył własne zęby.
Clay przełknął ślinę.
— A jeśli nas zobaczą?
— To wtedy zobaczą też, że nie jesteśmy sami — odparła. — I że mamy rozum.
Jeźdźcy minęli ich kryjówkę. Jeden splunął w pył.
— Mówili, że jadą tędy dziś — rzucił.
Mara zamarła.
— To o nas — pomyślała. I poczuła, jak spokój w jej środku zamienia się w plan.
Rozdział 2: List, który parzy
Kiedy kurz po jeźdźcach opadł, Mara nie wyskoczyła od razu jak sprężyna. Odczekała, aż cisza znów zrobi się prawdziwa. Dopiero wtedy dała znak ręką.
Wyszli z ukrycia. Harlan otrzepał płaszcz, jakby pył obraził jego dumę.
— To byli ludzie Sallowa? — zapytał.
Mara skinęła głową.
Sallow był właścicielem kopalni srebra i połowy saloonów w okolicy. Uśmiechał się szeroko, ale w jego oczach nigdy nie było śmiechu. Nosił drogie buty, które nie znały błota, a mimo to brudził nimi wszystko.
— Ktoś ich wysłał z wiadomością — stwierdziła Mara. — A wiadomość brzmi: „Wiem, gdzie jesteś”.
Clay zbliżył się do Harlana.
— Może trzeba zawrócić do miasteczka?
— W miasteczku łatwiej nas znaleźć — odparła Mara. — Tu przynajmniej wiatr mówi prawdę. Tam kłamie każdy mur.
Nestor podniósł z ziemi coś jasnego. Kartkę, przygniecioną kamykiem, jakby ktoś zostawił ją specjalnie.
— Hej… to było tu — powiedział i podał ją Marze.
Papier był zbyt czysty jak na prerię. Mara poczuła, jak coś w środku ją kłuje. Otworzyła kartkę.
„SZERYFIE GRAVES. FORT RED MESA TO NIE SCHRON. TWOJE PRAWO KOŃCZY SIĘ TAM, GDZIE ZACZYNA SIĘ MOJE SREBRO.”
Pod spodem podpis: tylko litera „S”, zamaszysta jak ślad bata.
Harlan wziął kartkę i spojrzał na nią długo.
— On myśli, że mnie przestraszy — powiedział cicho.
— On myśli, że pan będzie biegł — odpowiedziała Mara. — A kiedy ktoś biegnie, nie patrzy, gdzie stawia nogi.
Clay prychnął.
— Jak mój wujek, kiedy zobaczył skunksa w kuchni. Wpadł do beczki z kapustą.
Nawet Harlan uśmiechnął się krótko.
Mara schowała list do kieszeni.
— Zmieniamy trasę — oznajmiła. — Nie jedziemy głównym traktem. Pójdziemy przez Kanion Pękniętego Dębu.
Nestor gwizdnął.
— Tam są wąskie przejścia. Jeśli ktoś nas dogoni…
— To nie dogoni — przerwała Mara. — Bo nie będzie wiedział, że tam jesteśmy.
Harlan uniósł brew.
— Kanion to też pułapka, panno Kincaid.
— Wszystko jest pułapką, jeśli się pan boi — odparła. — A ja wolę pułapkę, którą wybiorę sama.
Ruszyli. Słońce zaczęło zniżać się, a świat nabrał barw miodu i rdzy. Wiatr pachniał szałwią. Mara jechała blisko wozu, co chwilę oglądając się za siebie.
Wieczorem rozbili obóz w zagłębieniu terenu, gdzie światło ogniska nie niosło się daleko. Mara kręciła kawę w cynowym kubku, słuchając, jak Harlan rozmawia cicho z Clayem o dawnych sprawach.
Nestor spał już, chrapiąc jak zepsuta harmonijka.
Mara podeszła do Harlana.
— Dlaczego Sallow tak pana chce? — zapytała wprost.
Szeryf spojrzał w ogień.
— Bo znalazłem księgę. — Jego głos był suchy. — Dowody na to, że kradnie ziemię, oszukuje górników, przekupuje ludzi. Chciałem ją zawieźć do Fortu. Tam jest sędzia objazdowy. Tam można to wreszcie zatrzymać.
— A księga jest…? — Mara uniosła podbródek.
Harlan dotknął torby przy siodle.
— Ze mną. Zawsze.
Mara skinęła. Czuła ciężar odpowiedzialności jak dodatkowy pas amunicji.
— Dobrze — powiedziała. — To teraz pan śpi, a ja będę słuchać nocy. Noc ma różne głosy, ale ten od kłopotów brzmi zawsze tak samo.
— I jak? — zapytał.
— Jak zapałka, którą ktoś drapie o kamień — odparła.
Usiadła na straży, a preria szumiała w ciemności. Mara oddychała powoli, licząc w myślach. Spokój nie był brakiem strachu. Spokój był trzymaniem strachu na krótkiej smyczy.
Rozdział 3: Kanion Pękniętego Dębu
Rankiem ruszyli, zanim słońce zdążyło zrobić się bezczelne. Kanion pojawił się jak rozcięcie w ziemi: ściany z czerwonego piaskowca, poszarpane i strome. Na górze krążyły kruki, jakby czekały na opowieść.
Wjazd był wąski. Wóz ledwo się mieścił. Koła skrzypiały, a konie prychały, czując echo.
— Niezłe miejsce na zniknięcie — mruknął Clay.
— Niezłe miejsce, żeby kogoś zgubić — poprawiła Mara.
Szli ostrożnie. Mara miała oczy wszędzie: na kamieniach, na półkach skalnych, na śladach w piasku. Jej klacz stawiała kopyta pewnie, jakby znała drogę.
Nagle Nestor uniósł rękę.
— Ślady — szepnął.
Mara zeskoczyła z siodła i przykucnęła. W piasku widać było odciski podkutych kopyt. Świeże. I nie ich.
— Wyprzedzili nas — powiedziała.
Harlan zacisnął szczękę.
— Jak?
Mara spojrzała na niego krótko.
— Ktoś znał tę drogę. Albo miał kogoś, kto ją znał.
Clay przechylił głowę.
— Czyli mamy… przyjaciół?
— Nie. Mamy ludzi, którzy chcą udawać, że są skałą — odparła Mara.
Poszli dalej, wolniej. Kanion zwężał się, a powietrze robiło się chłodniejsze. Echo ich kroków brzmiało jak dodatkowa para butów.
W pewnym momencie usłyszeli stukot kamienia. Mały, niewinny dźwięk. Ale w kanionie niewinność bywa przebraniem.
Mara podniosła wzrok.
Na półce skalnej, wysoko, mignął kapelusz. A potem kolejny. Trzech mężczyzn. Rewolwery.
— Na ziemię! — krzyknęła Mara i pociągnęła Harlana za ramię.
Strzał odbił się od skał jak grzmot. Kamień obok wozu prysnął w drobny pył. Konie zarżały.
Clay rzucił się za koło wozu.
— To nie są posłańcy! — wrzasnął, jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości.
Mara nie strzelała na oślep. Zamiast tego rozejrzała się, licząc sekundy i odległości. W kanionie kula łatwo trafia, bo nie ma gdzie uciec. Trzeba myśleć jak woda: znaleźć szczelinę.
— Nestor! — zawołała. — Nożem po pasie od dyszla! Puść wóz!
— Co?! — Nestor wyglądał, jakby Mara kazała mu rozmawiać z kaktusem.
— Puść wóz! — powtórzyła, spokojnie, twardo.
Nestor, drżąc, przeciął pas. Wóz ruszył powoli w dół, bo teren był lekko pochyły. Bez ludzi, bez kontroli. Toczył się jak wielki, skrzypiący taran.
Bandziory na górze zamilkły na ułamek sekundy, zaskoczone.
— Teraz! — Mara pchnęła Harlana w stronę bocznej szczeliny w skale. — Tam jest przejście. Widziałam je wcześniej.
— Skąd wiesz?! — sapnął.
— Bo patrzę, zanim będzie trzeba — odparła.
Przebiegli do wąskiej szczeliny. Wóz, tocząc się, zasłonił ich na chwilę. Padły kolejne strzały. Jedna kula trafiła w beczkę z wodą, a woda wybuchła fontanną, jakby kanion sam zapłakał.
Mara wcisnęła się w szczelinę. Była tak wąska, że czuła kamień na ramionach. Przeszli bokiem, jeden za drugim. Clay prawie utknął.
— Wciągnij brzuch! — syknęła Mara.
— Wciągam, ale on wraca! — sapnął Clay.
— To go przekonaj! — odparła.
Nawet w strachu było miejsce na krótki śmiech, który działał jak łyk wody.
Wydostali się na małą półkę po drugiej stronie. Poniżej wóz roztrzaskał się o większy głaz z hukiem. Zapasowe garnki poszły w drzazgi. To zabolało Marę niemal tak jak kula, bo zapasy znaczyły życie.
— Straciliśmy jedzenie — powiedział Nestor, zrozpaczony.
Mara spojrzała na niego.
— Straciliśmy wóz. Nie straciliśmy głów. To lepsza wymiana niż większość w tej krainie.
Harlan ścisnął torbę z księgą.
— Oni są blisko.
Mara przyłożyła palec do ust.
— Słuchaj.
Z dołu dochodziły głosy bandytów. Kłócili się, przeklinali, ktoś krzyczał, że „to miało być łatwe”.
Mara odwróciła się do swojej grupy.
— Teraz idziemy górą. Po półkach skalnych, aż do wyjścia z kanionu. Bez paniki. Panika robi hałas. A hałas to zaproszenie.
Ruszyli. Każdy krok był próbą odwagi. Kamienie osypywały się spod butów, ale Mara szła pierwsza, wybierając najpewniejsze miejsca, jakby czytała mapę narysowaną cieniem.
Czuła, że nie tylko prowadzi ludzi. Prowadzi ich spokój.
Rozdział 4: Burza i ukryty most
Kiedy wyszli z kanionu, świat przywitał ich jak otwarta dłoń: szeroka preria, dalekie góry i niebo, które nagle przestało być spokojne. Od zachodu nadciągały ciężkie chmury, granatowe jak rozlany atrament.
— Burza — mruknął Clay. — Świetnie. Jakbyśmy już nie mieli wystarczająco wrażeń.
Mara nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na linię horyzontu. Chmury poruszały się szybko, a wiatr przyniósł zapach deszczu i elektrycznego napięcia.
— Burza może być naszym sprzymierzeńcem — powiedziała w końcu. — Zmyje ślady.
— I zmyje nas — dodał Nestor.
— Nie, jeśli będziemy mądrzy — odparła Mara.
Bez wozu musieli jechać szybciej, ale ostrożniej. Zapasy ograniczały się do tego, co mieli w sakwach: trochę suszonego mięsa, kilka sucharów, koc. Mara liczyła w myślach, ile godzin do Fortu i ile błędów mogą jeszcze popełnić.
Pierwsze krople spadły jak ostrzeżenie. Potem deszcz uderzył na dobre, gęsty i ciężki. Ziemia zaczęła pachnieć jak świeżo rozkopany ogród.
Grzmot rozdarł niebo. Konie parskały nerwowo.
— Trzymajcie się razem! — zawołała Mara przez wiatr.
Widzieli przed sobą suchą dolinkę, która mogła w kilka minut zamienić się w rzekę. Mara wypatrzyła coś po lewej: stare drewniane belki, prawie zlane z błotem i trawą.
Zjechała niżej, obejrzała.
— To most — powiedziała, bardziej do siebie.
— Most? Tu? — Harlan nachylił się w siodle, mrużąc oczy.
Belki były spróchniałe, ale układ wskazywał na dawne przejście nad wąskim wąwozem. Kiedyś musiał tędy iść szlak do kopalni, zanim go porzucili.
Mara zsiadła. Sprawdziła drewno nożem. Skrzypnęło, ale nie pękło.
— Przejdziemy pojedynczo — zarządziła. — Bez gwałtownych ruchów. Jakbyście nie chcieli obudzić śpiącego niedźwiedzia.
Clay popatrzył na belki.
— A jeśli niedźwiedź już nie śpi?
— To udajemy, że jesteśmy nudni — odparła Mara. — Nudni ludzie rzadko są zjadani pierwsi.
Harlan przejechał jako pierwszy, powoli. Most jęczał, ale wytrzymał. Potem Nestor. Potem Clay, który cały czas mruczał coś o tym, że „jego matka mówiła, żeby nie ufać deskom, które wyglądają jak stary ser”.
Mara została na końcu. Kiedy była w połowie, usłyszała daleko za nimi: tętent. Deszcz tłumił dźwięk, ale Mara znała go jak własne kroki.
— Są za nami — powiedziała, docierając na drugą stronę.
Nie było czasu. Zeskoczyła z siodła, podbiegła do podpory mostu. Znalazła zbutwiały klin, który trzymał jedną z belek.
— Nestor! — zawołała. — Pistolet. Nie do ludzi. Do tego.
Nestor podał jej broń, ręce mu się trzęsły.
Mara celowała krótko. Strzeliła. Klin pękł. Belka osunęła się, a część mostu z trzeszczeniem runęła w dół wąwozu, jakby ktoś wyrwał zęby staremu potworowi.
— Mara! — krzyknął Clay. — Zwariowałaś? Teraz my też nie wrócimy!
Mara schowała broń.
— Właśnie o to chodzi — powiedziała, dysząc. — Ktoś, kto nas goni, też nie przejdzie. A my nie planujemy wracać.
W tej samej chwili na skraju wąwozu pojawili się jeźdźcy. Zatrzymali konie, widząc dziurę. Jeden z nich wrzasnął coś wściekle, ale wiatr porwał słowa.
Harlan spojrzał na Marę.
— Zniszczyłaś most.
— Zniszczyłam ich czas — odparła. — A czas to czasem jedyne, czego potrzebuje prawo.
Ruszyli dalej w deszczu, mokrzy, zziębnięci, ale żywi. Mara czuła, jak w jej piersi rośnie spokojna pewność: przeszkody są jak drzwi. Zawsze gdzieś jest zawias.
Rozdział 5: Nocny blef w miasteczku z jedną ulicą
Burza minęła pod wieczór, zostawiając po sobie chłodne powietrze i niebo czyste jak wypłukana koszula. Na horyzoncie pojawiły się światła: małe miasteczko, jedna ulica, kilka budynków, saloon z krzywym szyldem.
— Coyote Creek — powiedział Harlan. — Tu kiedyś był posterunek.
Mara nie lubiła miasteczek o jednej ulicy. Takie miejsca miały za mało wyjść, a za dużo oczu.
— Wjedziemy, ale cicho — zdecydowała. — Potrzebujemy jedzenia i koni, choćby na chwilę. I informacji.
Clay rozglądał się, jakby każdy cień był podejrzany.
— Informacja: to miejsce wygląda, jakby się obraziło na świat.
Saloon pachniał dymem, potem i starym drewnem. Kilku mężczyzn grało w karty. Kiedy weszli, rozmowy przycichły jak ucięte nożem.
Mara zdjęła kapelusz, otrzepała go z resztek deszczu i podeszła do lady. Barman miał wąsy jak szczotka i oczy, które udawały, że nie widzą.
— Kawa. I coś do jedzenia — powiedziała.
— Mamy fasolę. I suchy chleb — odparł barman bez entuzjazmu.
— Brzmi jak uczta królów — mruknął Clay.
Mara pochyliła się bliżej barmana.
— Szukamy świeżych koni. I chcę wiedzieć, czy tędy przejeżdżał ktoś z ludźmi Sallowa.
Barman zamarł na sekundę.
— Ja nie wiem nic o żadnych ludziach — powiedział szybko.
Mara wyczuła, że wie. Tylko boi się powiedzieć.
W rogu saloonu siedział mężczyzna w czarnym kapeluszu. Nie pił, nie grał. Patrzył. Kiedy Mara spojrzała na niego, uśmiechnął się, jakby już znał zakończenie tej sceny.
Mara poczuła, jak robi się gorąco, mimo chłodnego wieczoru.
— To zwiadowca — pomyślała.
Usiedli przy stole. Harlan jadł powoli, ale jego ręka nie schodziła z torby. Nestor kręcił łyżką w misce, jakby fasola mogła mu powiedzieć przyszłość.
Clay pochylił się do Mary.
— Ten w rogu… on ma minę kogoś, kto znalazł w bucie kamień i nie wie, czy to jego wina.
Mara skinęła minimalnie.
— Zrobimy blef — szepnęła. — I zrobimy go spokojnie.
— Blef? — Clay przełknął. — Ja blefuję tylko, gdy mówię, że lubię fasolę.
Mara wstała, podeszła do stołu karcianego, gdzie leżała talia.
— Panowie — powiedziała głośno. — Potrzebuję rozmowy, nie kłótni. Kto mi powie, jak najszybciej dojechać do Fortu Red Mesa, dostanie dolara.
Kilka głów się odwróciło. Dolar brzmiał jak muzyka.
— Jedźcie na południe, potem przy suchym dębie w prawo — rzucił ktoś.
— Nie, lepiej przy wzgórzu w lewo! — krzyknął inny.
Mara słuchała, zbierając strzępy. A potem zrobiła najważniejszą rzecz: spojrzała w stronę mężczyzny w czarnym kapeluszu i powiedziała, tak by usłyszał:
— I dobrze, że ten fort jest pełen żołnierzy. Podobno dziś przyjechał tam oddział z Tucson. Duży.
W saloonie zrobiło się cicho. Ktoś zakaszlał.
Mężczyzna w czarnym kapeluszu poruszył się. Ledwie. Ale Mara to zobaczyła.
— Łapie haczyk — pomyślała.
Wróciła do stołu.
— Skłamałaś? — wyszeptał Harlan.
— Nie wiem, czy to prawda — odparła. — Ale wiem, że jeśli on przekaże to dalej, Sallow zacznie liczyć ryzyko. A kiedy ktoś liczy, zwalnia.
Clay uśmiechnął się krzywo.
— Czyli kupiłaś nam czas za jedno zdanie.
— Spokój też jest bronią — powiedziała Mara. — Cichą. I bardzo skuteczną.
Wyszli z saloonu, zanim mężczyzna w czarnym kapeluszu zdążył wstać. Na zapleczu, za stajnią, znaleźli dwa konie, które właściciel miasteczka zgodził się „pożyczyć” za kilka monet i obietnicę, że Mara odda je w forcie.
— Jeśli nie oddasz, to mój brat cię znajdzie — burknął.
Mara spojrzała mu w oczy.
— Jeśli nie oddam, to znaczy, że nie żyję. A wtedy twój brat może poszukać mnie na tamtym świecie. Powodzenia.
Facet zamrugał, jakby nie spodziewał się tak spokojnej odpowiedzi, i odsunął się, robiąc miejsce.
Odjechali nocą, a za nimi miasteczko zgasło jak świeczka. Mara czuła zmęczenie w kościach, ale jej myśli były ostre.
Fort był blisko. A ludzie Sallowa… też.
Rozdział 6: Ostatni odcinek i spokojne pożegnanie
Nad ranem zobaczyli go: Fort Red Mesa, niski mur, wieżyczka, maszt z flagą, która trzepotała w wietrze jak uparta odpowiedź. Dym z kuchni unosił się prosto w górę.
— Wreszcie — westchnął Nestor, jakby bał się, że jeśli powie to głośniej, fort zniknie.
Mara nie zwalniała. Ostatnie mile bywają najgroźniejsze. Ludzie, którzy gonią, wiedzą, że kończy im się czas, więc robią głupstwa.
I rzeczywiście: kiedy byli już na otwartym terenie przed fortem, z lewej strony wynurzyli się jeźdźcy. Czterech. Jeden miał czarny kapelusz.
— A jednak — mruknął Clay. — Nasz przyjaciel z saloonu.
Harlan spiął konia.
— Nie zdążymy…
Mara uniosła dłoń.
— Zdążymy. Ale nie przez panikę. Przez głowę.
Wskazała na niewielkie zagłębienie terenu, gdzie rosły kępy traw i kilka niskich krzaków.
— Tam. Zjedziemy w dół. Będą musieli zbliżyć się, by strzelać. A wtedy… — Mara spojrzała na mur fortu — …wtedy fort nas usłyszy.
Zjechali w zagłębienie. Kule świsnęły nad głowami, wyrzucając fontanny ziemi. Clay krzyknął coś, czego Mara nie powtórzyłaby nawet do kaktusa.
Mara wyjęła chustę z kieszeni, przywiązała ją do lufy strzelby Clay'a.
— Co ty robisz?! — wrzasnął Clay.
— Robię flagę — odparła Mara. — Celuj wysoko. Nie w ludzi. W powietrze. Fort musi zobaczyć i usłyszeć.
Clay zamrugał, ale posłuchał. Strzał poszedł w niebo, głośny jak pęknięcie deski. Chusta zatańczyła.
Po chwili odpowiedział drugi strzał — z fortu. Potem zabrzmiał róg alarmowy.
Bandziory zawahały się. Mara widziała to w ich ruchach: nagłe „czy warto?”. Sallow mógł płacić, ale nie płacił za kulę w plecy od żołnierza.
Mara wykorzystała wahanie. Podniosła się, popędziła konia, osłaniając Harlana własnym ciałem. Biegli, konie parskały, ziemia dudniła pod kopytami.
Z fortu wybiegli żołnierze. Dwa karabiny błysnęły w słońcu. Ktoś krzyknął:
— Szeryf Graves?!
Harlan podniósł rękę.
— Tu! Mam dowody!
Bandyci zawrócili. Czarny kapelusz odwrócił się jeszcze raz, jakby chciał zapamiętać twarz Mary. Potem zniknęli w pyle, który sami wzniecili.
Kiedy brama fortu zamknęła się za nimi, Mara dopiero poczuła, jak drżą jej palce. Usiadła na skrzyni, zdjęła kapelusz i przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, jakby były cudze.
Harlan podszedł do niej z torbą w ręku.
— Zrobiłaś więcej, niż ktokolwiek mógłby wymagać — powiedział.
— Zrobiłam to, co trzeba — odparła Mara. — I zrobiłam to spokojnie, bo inaczej człowiek robi głupie rzeczy.
Harlan uśmiechnął się zmęczony.
— Wiesz, Mara… ludzie myślą, że odwaga to krzyk i strzały. A ty pokazałaś, że to też cisza.
Mara popatrzyła na dziedziniec fortu: żołnierze wracali do swoich zajęć, ktoś niósł wiadro wody, ktoś śmiał się z czegoś głupiego. Życie wracało na swoje tory, jak wóz na koleiny.
— Co teraz? — zapytał Clay, który miał bandaż na ramieniu i minę, jakby właśnie wygrał bójkę z piorunem.
— Teraz jecie porządny posiłek i przestajecie narzekać — powiedziała Mara. — A ja…
Harlan spojrzał na nią uważnie.
— A ty?
Mara wstała.
— Pojadę dalej. Preria nie lubi, gdy ktoś stoi za długo w jednym miejscu.
Harlan wyciągnął rękę. Uścisnęli ją. Jego dłoń była szorstka, ale pewna.
— Dziękuję — powiedział tylko tyle.
Mara skinęła głową, jakby to było coś prostego, codziennego, jak naprawa ogrodzenia.
Wyszła za bramę fortu, gdzie czekała jej kasztanowa klacz. Wsiadła, poprawiła kapelusz. Przez chwilę patrzyła na mur, na flagę, na spokojny ruch świata, który ocalał.
— Do zobaczenia, szeryfie — powiedziała cicho.
— Szerokiej drogi, Maro — odpowiedział Harlan z bramy.
Mara ruszyła stępem, bez pośpiechu. Wiatr był łagodny, a słońce grzało już nie tak ostro, jakby też nauczyło się spokoju. Fort zostawał za plecami, coraz mniejszy, aż w końcu został tylko punkt na czerwonej ziemi.
A potem nawet ten punkt zniknął, i zostało tylko ciche „żegnaj” niesione przez szeroką, wolną przestrzeń.