Początek przygody
Był rok 2056. Miasto błyszczało jak poranne niebo po deszczu. Ulice były czyste, a w latarniach mrugały ciche czujniki. Pomagały ludziom i robotom, nie przeszkadzając nikomu. Na dachach rosły zielone ogrody, a małe drony podlewały je kroplą po kropli.
Mila, Zosia i Hela miały prawie pięć lat. Szły razem na plac zabaw. Prowadziły je kolorowe strzałki na chodniku. Strzałki świeciły się, kiedy ktoś szedł blisko, i szeptały drobnym głosem: „Tędy bezpiecznie”. Dziewczynki lubiły te szeptane podpowiedzi.
Po drodze mijały sklepiki i warsztaty. Nagle zatrzymały się przed małym warsztatem napraw. Zwykle witał je uśmiechnięty robot Pan Robi, który reperował hulajnogi i zabawki. Teraz nad drzwiami wisiał znak: „Zamknięte. Zalanie.” Za szybą Pan Robi siedział cicho, jakby zasmucony.
– Ojej – szepnęła Hela. – Bez warsztatu dzieci nie naprawią kółek.
– Potrzebna jest pomoc – powiedziała Zosia, a jej oczy zapłonęły jak lampki.
Mila spojrzała na swoje nadgarstkowe urządzenie. Opaska wyświetliła maleńki plan, bo Mila lubiła planować pomoc. – Zróbmy prostą akcję. Zbierzmy ściereczki, wiaderka i łatkę na dach. Poprośmy sąsiadów. To będzie nasza mała sieć pomocy.
Za szybą warsztatu mignęła buzia Pana Robiego. Na ekranie pojawił się smutny rysunek kropli.
– Dzień dobry, Panie Robi! – zawołała Zosia. – Niech się pan nie martwi. Wracamy z pomocą!
Przejażdżka z mądrym rowerem
Kiedy dziewczynki ruszyły w stronę rynku, obok nich zatrzymał się rower. Miał szeroką, miękką ramę, światełka jak wesołe oczy i dzwonek, który śmiał się „ding-ding”.
– Witajcie! – powiedział rower ciepłym głosem. – Nazywam się Bryk. Jeżdżę sam, ale lubię, kiedy ktoś ze mną jedzie. Dokąd was podwieźć?
– Organizujemy pomoc dla warsztatu – wyjaśniła Mila. – Musimy zebrać ściereczki, wiadro i łatę na dach. I wentylator do suszenia.
– Wskakujcie! – Bryk wyprostował się z dumą. – Mam koszyki i miękkie siedzenia. Pojedziemy najkrótszą drogą, a czujnik deszczu pokaże, gdzie sucho.
Na kierownicy Bryka błysnął mały niebieski punkcik. – To moja Kropelka – powiedział. – Czujnik deszczu. Gdy zbliżamy się do kałuż, świeci mocniej, a kiedy jest sucho, gaśnie. Pokaże też, skąd pada.
Dziewczynki wsiadły. Bryk ruszył miękko jak kot. Latarnie nad chodnikiem zapaliły niebieskie strzałki, prowadząc ich pod zadaszenia. Nagle Kropelka rozbłysła mocniej.
– Uwaga, chmurka! – zawołał Bryk. – Za minutę spadnie ciepły deszcz.
Pierwsze kropelki postukały po daszku. Bryk skręcił w aleję z szeroką markizą. – Tu będzie sucho – powiedział. – Pierwszy przystanek: pani Ogórek. Zawsze ma czyste ściereczki.
U pani Ogórek pachniało świeżymi ogórkami. – Dzień dobry! – Mila wzięła głęboki oddech. – Zbieramy rzeczy, żeby osuszyć warsztat Pana Robiego.
– Ależ oczywiście! – pani Ogórek uśmiechnęła się szeroko. – Weźcie ściereczki i duże wiadro. I jabłka dla was.
W koszyku Bryka zrobiło się miękko i pachnąco. Po chwili pojechali do pana Korala, który prowadził sklep z pomysłowymi rzeczami.
– Łatka do dachu? – pan Koral wyjął rolkę samoklejącej membrany. – I przenośny wentylatorek na baterię. A może jeszcze linka i mini-klamerki?
– Tak! – zawołała Zosia. – Zrobimy suszarkę nad stołem.
Kropelka zamigotała jeszcze jaśniej. – Chmura się przesuwa. Jeśli pojedziemy w prawo, będzie mniej mokro – oznajmił Bryk.
– Jedziemy – mówi Mila. – I poprośmy jeszcze robota Piko, żeby pożyczył mały odkurzacz do wody.
Robot Piko stał przy kiosku. Miał miękkie kółka i cichy silnik. – Pożyczę, pożyczę – brzęknął wesoło. – I dołączę do was. Lubię pomagać.
Deszcz ustał tak nagle, jak się zaczął. Powietrze pachniało mokrym kamieniem. Bryk zatrzymał się na placu. – Ojej – westchnęła Hela. – Moje siedzenie jest mokre z boku.
– Mała przerwa – powiedział rower. – Mogę osuszyć siedzenia, ale potrzebuję energii. Pomożecie mi? Wystarczy, że popedałujecie trzydzieści razy. Ja doładuję wentylator.
Dziewczynki spojrzały na siebie i parsknęły śmiechem. – Raz, dwa, trzy! – liczyły, kręcąc powoli. Bryk mruczał zadowolony. Wentylatorek zaśpiewał cichym „wuu”.
– Gotowe – powiedział Bryk. – Wracajmy do Pana Robiego.
Warsztat znów otwarty
W warsztacie było chłodno i mokro. Na podłodze srebrzyła się cienka woda. Pan Robi podniósł głowę. Jego ekran rozjaśnił się jak słońce zza chmury.
– Dzień dobry, Pomocniczki – powiedział miękko. – Mój czujnik na dachu się zepsuł. Nie wiedziałem, że rynna pełna. Zalało mi stół.
– Damy radę – odparła Mila. – Zrobimy to razem. Zosia, rozdaj ściereczki. Hela, ustaw wiadro. Piko, wciągnij wodę od wejścia. Bryk, pokaż, gdzie jeszcze mokro.
Kropelka na kierownicy Bryka świeciła jak gwiazdka. – Tam, przy półce, jeszcze kapie – szepnęła.
Dziewczynki biegały lekko, ale spokojnie. Zosia wycierała stoły, Hela ustawiała wiaderka pod kapaniem, a Mila spisywała, co już zrobione, na swojej opasce. Pan Robi uruchomił delikatne światła, które podkreślały mokre miejsca na podłodze. Piko mruczał i wciągał wodę, aż zniknęły wszystkie kałuże. Wentylatorek dmuchał ciepłym powietrzem.
– Teraz dach – powiedziała Mila. – Tylko musimy znaleźć dziurę.
– Pokażę – wymruczał Bryk. – Mój czujnik deszczu umie wskazać stronę, z której spada kropla. Wyświetlę strzałkę.
Na ramie Bryka zapaliła się niebieska strzałka. Dziewczynki weszły z panem Koralem na niski taras. Dach warsztatu był zielony, z miękkimi roślinami. Przy jednej z rynien trawa była mocniej mokra. Kropelka zamigała radośnie.
– Tu! – krzyknęła Zosia. – Jest mała dziurka.
Pan Koral uśmiechnął się. – Dobra robota. Teraz łatka.
Mila trzymała rolkę, Hela odrywała kawałek, a Zosia dociskała go dłonią. Łatka przykleiła się gładko. – Sprawdźmy – powiedziała Mila.
Bryk podjechał bliżej. Kropelka przygasła. – Nie kapie – oznajmił wesoło.
W środku warsztatu było już sucho. Dziewczynki rozciągnęły linkę nad stołem i powiesiły mokre ściereczki na mini-klamerkach. Piko wypił ostatnią kroplę z kąta. Pan Robi włączył ciepłą matę w podłodze. Powietrze stało się przytulne, jak w domu.
– No i jak? – zapytała Hela nieśmiało.
Ekran Pana Robiego rozkwitł szerokim uśmiechem. – Bardzo dziękuję. Dzięki wam znowu mogę pracować. Chcecie zobaczyć coś miłego?
Drzwi warsztatu rozsunęły się z miękkim dźwiękiem. Nad wejściem zapalił się napis „Otwarte”, a obok mała buźka uśmiechała się radośnie. Na chodniku już czekały dzieci z hulajnogami i misie z urwanymi uszami. – Zapraszamy! – powiedział Pan Robi. – Naprawy wróciły!
Mila spojrzała na swoje przyjaciółki. – Udało się, bo byliśmy razem – szepnęła.
– I bo każdy miał małe zadanie – dodała Zosia.
– I bo Bryk nas prowadził – dodała Hela, głaszcząc kierownicę.
– To była prosta pomoc, ale wielki efekt – odpowiedział Bryk. – Lubię takie dni.
Pani Ogórek przechodziła z koszem jabłek. – Dziewczynki, jesteście bohaterkami – powiedziała. – Macie po jabłku za odwagę i serce.
– A ja mam dla was naklejki „Pomocna Dłoń” – dorzucił pan Koral. – Przyklejcie na opaski.
Dziewczynki przytuliły się na chwilę. Były zmęczone, ale szczęśliwe. Czujniki w latarniach błyśnieciem podziękowały im za dobrą robotę. W mieście znowu panował spokój. Roboty migały przyjaźnie, a wiatr suszył liście na dachach.
– Co teraz? – zapytała Hela.
– Teraz bawimy się na placu – powiedziała Mila. – A gdy ktoś znów będzie potrzebował pomocy, zrobimy nowy plan.
Bryk zadzwonił „ding-ding” jak radosny dziękuję. Pan Robi pomachał ramieniem i od razu zaczął naprawiać pierwszą hulajnogę. W warsztacie cicho mruczały narzędzia, a uśmiech nad drzwiami świecił jak słońce.
I tak, dzięki prostym krokom, odwadze i czujnej Kropelce, mały warsztat znów się otworzył. A miasto – ich przyszłe, mądre miasto – oddychało lżej, bo wiedziało, że małych pomocników zawsze można znaleźć tuż obok.