Rozdział 1: Miasto, które przestało śpiewać
W królestwie N'kala poranki pachniały zwykle dymem z ognisk i mokrą ziemią po nocnej rosie. Tego dnia powietrze było jednak ciężkie, jakby ktoś przykrył miasto kocem z kurzu. Na targu brakowało śmiechu, a bębny milczały.
Kofi szedł wąską ulicą między glinianymi domami, uważając, by nie potrącić koszy z prosem. Był mężczyzną o spokojnych oczach i dłoniach, które znały zarówno pióro skryby, jak i szorstkość liny. Mówiono o nim, że potrafi słuchać ciszy.
— Znowu wyschła studnia przy północnej bramie — mruknął starzec sprzedający sól, gdy Kofi mijał jego stragan. — Woda ucieka jak złodziej.
— Może trzeba ją przywołać, a nie gonić — odpowiedział Kofi, choć sam czuł ukłucie niepokoju.
Na placu przed pałacem stała posągowa baobabowa brama, ozdobiona znakami dawnych królów. Przy niej czekała królowa Sefu, otulona płaszczem w kolorze nocnego nieba. Nie wyglądała na kogoś, kto prosi o pomoc; raczej na kogoś, kto nauczył się nie upadać nawet wtedy, gdy ziemia usuwa się spod stóp.
— Kofi — powiedziała bez wstępów. — N'kala gaśnie. Zboże nie dojrzewa, rzeka cofa się, a ludzie patrzą na siebie jak na obcych. W świątyni milkną pieśni. Znasz kroniki. Znasz stare znaki. Powiedz, co to znaczy.
Kofi skłonił głowę. — Kiedyś, w czasach cesarzy sprzed wielu pokoleń, pisano o „Zmierzchu Koryta” — odparł. — O chwili, gdy rzeka traci pamięć drogi. I o tym, że wtedy trzeba odnaleźć Kamień Źródła.
— Kamień Źródła jest legendą — syknął ktoś z boku. To był dowódca straży, Mosi, wysoki jak palma i równie niecierpliwy. — Legendy są dobre na opowieści przy ogniu.
Królowa uniosła dłoń. — A jednak legenda to czasem mapa, tylko narysowana w gwiazdach. Kofi, jeśli wierzysz, że to może uratować N'kalę… idź.
Kofi poczuł, jak w piersi rośnie mu ciężar odpowiedzialności. Szczerze pragnął jednego: by jego królestwo znów oddychało pełną piersią. Skinął głową.
— Pójdę. Ale nie pośpieszę rzeki. Stare rzeczy budzą się wolno. Trzeba cierpliwości.
Mosi parsknął. — Cierpliwość to luksus, gdy ludzie są głodni.
Kofi spojrzał na niego spokojnie. — A pośpiech bywa nożem, który tnie własną dłoń.
Tego wieczoru, w bibliotece pachnącej skórą i kadzidłem, Kofi rozwinął starą mapę. Była popękana jak wyschnięta ziemia i pokryta znakami, które wyglądały jak ślady ptaków. W rogu, przy rysunku wielkiej rzeki, ktoś dopisał dawno temu: „Nie pytaj wiatru, kiedy. Zapytaj, jak długo potrafisz iść”.
Kofi westchnął. Wziął amulet po ojcu — miedziany krążek z wyrytym spiralnym symbolem — i schował go pod tunikę. Gdy wyszedł na dziedziniec, noc była pełna gwiazd, a jednak jedna z nich migotała dziwnie, jakby mrugała tylko do niego.
— Dobrze — szepnął do ciemności. — Pokaż drogę.
Rozdział 2: Bibliotekarka z piasku i cień dawnego cesarza
Pierwsze dni wędrówki prowadziły przez sawannę, gdzie trawa falowała jak zielono-złote morze. Kofi szedł o świcie i odpoczywał w południowym skwarze, bo nauczył się, że słońce nie lubi rywalizacji. Cierpliwość była jego cieniem: nie zostawała z tyłu, tylko kroczyła obok.
Po tygodniu dotarł do ruin dawnej stolicy, miasta, które kiedyś należało do potężnego imperium sprzed czasów, gdy kupcy zaczęli rysować nowe szlaki. Mury były pokruszone, ale na kamieniach wciąż widać było reliefy: lwy, węże i dłonie trzymające berła.
W środku ruin stała biblioteka bez dachu, a w jej wnętrzu wirował piasek, jakby ktoś mieszał go niewidzialną łyżką. Kofi wszedł ostrożnie.
— Kto tu przychodzi, kiedy księgi są nagie od nieba? — odezwał się głos, lekki i chropawy zarazem.
Z piasku uformowała się postać kobiety. Miała włosy jak rozsypane ziarno, a oczy jak dwa kawałki obsydianu.
— Jestem strażniczką zapomnianych słów — oznajmiła. — Nie mam imienia, bo imiona są jak naczynia: pękają, gdy ktoś je upuści. A ty?
— Kofi z N'kali. Szukam Kamienia Źródła.
Bibliotekarka z piasku zaśmiała się krótko. — Wszyscy szukają. Tylko mało kto znajduje, bo ludzie mylą drogę z pragnieniem.
Kofi zacisnął dłonie. — Moje pragnienie jest proste. Chcę, by mój kraj przestał więdnąć.
— Proste rzeczy bywają najtrudniejsze — odparła. Zrobiła krok i piasek pod jej stopami układał się w znaki. — Kamień Źródła nie jest kamieniem dla chciwych. Jest pamięcią wody. Żeby go dotknąć, musisz zebrać trzy pieśni: Pieśń Miedzi, Pieśń Cienia i Pieśń Cierpliwości.
— Pieśń Cierpliwości? — Kofi uniósł brwi.
— Najrzadsza — przyznała bibliotekarka. — Nie da się jej ukraść. Można ją tylko wyczekać.
Wtedy z ciemniejszego kąta biblioteki wysunął się cień, dłuższy niż powinien. Ułożył się w sylwetkę mężczyzny w koronie, choć korona była tylko obwódką mroku.
— Kto wypowiada moje dawne tytuły? — zapytał cień, a jego głos brzmiał jak bęben słyszany przez ścianę.
Bibliotekarka nie cofnęła się ani o krok. — To tylko echo cesarza M'bali — powiedziała do Kofiego. — Jego duma została tu jak kurz. Jeśli go rozgniewasz, zwiąże ci nogi strachem.
Kofi wziął powolny oddech. — Cesarzu — odezwał się. — Nie przyszedłem po władzę. Przyszedłem po ratunek.
Cień zbliżył się, a powietrze zrobiło się zimniejsze. — Ratunek? Wszyscy mówią „ratunek”, a potem stawiają pomniki sobie. Udowodnij, że twoje serce nie jest targiem.
Bibliotekarka szepnęła: — Odpowiedz cierpliwie. Nie walcz słowami.
Kofi skinął głową. — Jeśli wrócę z Kamieniem Źródła, oddam go królowej. Nie zatrzymam go. Jeśli królowa zechce, aby spoczął w świątyni, tam zostanie. Jeśli zechce, by został zakopany przy rzece, nie będę pytał dlaczego. Moje imię nie musi być wyryte w kamieniu.
Cień zawahał się, jakby na moment zapomniał, jak być cieniem. Potem jego korona zadrżała.
— Dobrze — mruknął. — Pierwsza pieśń jest bliżej, niż myślisz. Pieśń Miedzi śpi w sercu starego kowala, który nie kuje już mieczy, tylko… garnki. Idź do wioski nad czerwonym urwiskiem. I pamiętaj: pośpiech jest młotem bez trzonka.
Kofi poczuł, że biblioteka oddycha piaskiem. — Dziękuję — powiedział i skłonił się obu: i strażniczce, i cieniowi.
Gdy wychodził, bibliotekarka dodała: — Jeśli spotkasz na drodze śmiech, nie uciekaj. Czasem śmiech jest drzwiami.
Rozdział 3: Pieśń Miedzi i wąż z dzwoneczków
Wioska nad czerwonym urwiskiem była przyklejona do ziemi jak gniazdo jaskółki. Domy miały dachy z trzciny, a dzieci biegały z patykami, udając wojowników. Kofi uśmiechnął się pod nosem: świat, nawet w czasie suszy, potrafił bawić się w przyszłość.
Kowal mieszkał na skraju. Kuźnia była mała, ale pachniała znajomo: węglem, metalem i potem pracy. W środku stał mężczyzna o ramionach jak pnie. Kuł nie miecz, nie włócznię, tylko wielki garnek.
— Jeśli przyszedłeś zamówić broń, to spóźniłeś się o całe życie — burknął kowal, nawet nie podnosząc wzroku.
— Nie chcę broni — odparł Kofi. — Szukam Pieśni Miedzi.
Młot zatrzymał się w połowie ruchu. Kowal spojrzał na niego, jakby Kofi powiedział coś w języku ptaków.
— Pieśń Miedzi? — powtórzył powoli. — Kto ci o tym powiedział?
— Ruiny i cień cesarza — odpowiedział Kofi. — A także pewna biblioteka, która nie ma dachu.
Kowal prychnął, ale w jego oczach pojawiło się coś miększego. — Dobrze. Jeśli naprawdę jej potrzebujesz, musisz zrobić coś, czego nie znoszą ludzie wędrujący za legendami.
— Co takiego?
— Poczekać — powiedział kowal. — Miedź nie śpiewa od razu. Trzeba ją rozgrzać, ale nie spalić. Trzeba wiedzieć, kiedy przestać dmuchać w miech.
Kofi usiadł na kamieniu. — W porządku. Poczekam.
Kowal zmierzył go podejrzliwie. — Naprawdę?
— Naprawdę.
Minęła godzina. Potem druga. Kofi pomagał nosić węgiel, dolewać wody, zamiatać popiół. Nie pytał co chwilę: „już?”. Nie stukał nogą. Po prostu był. Kowal zaczął mruczeć pod nosem rytm, a jego młot wybijał go na metalu: bum—bum—tang, bum—bum—tang.
Nagle spod stołu wysunęło się coś cienkiego i błyszczącego. Wąż, ale nie taki zwykły. Na jego łuskach wisiały drobne dzwoneczki, które cichutko brzęczały, gdy się poruszał.
— O, świetnie — westchnął kowal. — Mosiężny Łaskotek. Znowu przyszedł kraść ciepło.
Wąż podpełzł do paleniska i otworzył pysk, jakby chciał wciągnąć żar.
Kofi poderwał się. — Jak go odgonić?
Kowal machnął ręką. — Nie odganiaj. On lubi gonitwy. Im szybciej się ruszasz, tym bardziej myśli, że to zabawa.
Wąż spojrzał na Kofiego oczami jak ziarenka pieprzu. Dzwoneczki zadźwięczały: dlin-dlin-dlin, jak śmiech.
Kofi przypomniał sobie słowa bibliotekarki: „Jeśli spotkasz śmiech, nie uciekaj”. Uklęknął powoli, wyciągnął dłoń i zaczął w równym rytmie stukać palcem o ziemię, jak o bębenek. Nie szybko, nie wolno. Równo.
Wąż zamarł, potem przesunął się bliżej, zaciekawiony. Dzwoneczki dostroiły się do rytmu: dlin… dlin… dlin…
Kowal patrzył z uniesioną brwią.
Kofi nucił cicho melodię, której sam nie znał, a która jakby czekała pod językiem. Wąż owinął się wokół jego nadgarstka, ale lekko, jak bransoleta. Dzwoneczki zabrzęczały i nagle metal w kuźni odpowiedział: garnek, szczypce, miedziane blachy — wszystko zadrżało jednym, krótkim dźwiękiem, jakby kuźnia na moment stała się instrumentem.
Kowal przymknął oczy. — To ona — szepnął. — Pieśń Miedzi. Uspokaja ogień i uczy go, kiedy ma być gorący, a kiedy łagodny.
Wąż zsunął się z ręki Kofiego i czmychnął przez drzwi, zostawiając po sobie tylko kilka dźwięczących nut w powietrzu.
Kowal wyciągnął z półki mały, miedziany talizman w kształcie kropli. — Weź. To nie jest sama pieśń, tylko jej klucz. Gdy go potrzesz, przypomnisz sobie melodię.
Kofi schował talizman. — Dziękuję.
Kowal uśmiechnął się krzywo. — Nie dziękuj. Naucz się tego, czego większość nie chce: czasem trzeba siedzieć na kamieniu, zanim kamień powie, gdzie leży droga.
Rozdział 4: Pieśń Cienia w pałacu, który chodzi nocą
Kolejny etap prowadził do miejsca, o którym ludzie mówili półgłosem: do Wędrującego Pałacu. Podobno zbudowano go dla dawnego władcy, który bał się zamachowców, więc kazał swojemu domowi przestawiać się co noc o kilka kroków. Nikt nie wiedział, czy to prawda, ale wiele rzeczy w starych czasach zaczynało się od „podobno”, a kończyło na „dlatego teraz mamy legendę”.
Kofi wędrował przez las akacji, gdzie kolce wyglądały jak pióra gniewnych ptaków. Gdy słońce spadło nisko, zobaczył w oddali mury. Były gładkie jak wypolerowany kamień, a mimo to wydawały się oddychać.
Podszedł bliżej. Brama nie miała strażników. Miała za to cień, który poruszał się niezgodnie z ruchem gałęzi. Cień uniósł się i przybrał postać chłopca w długiej szacie.
— Wejdziesz, jeśli rozwiążesz zagadkę — powiedział chłopiec z cieniu. — Jeśli jej nie rozwiążesz, pałac przejdzie przez ciebie jak przez mgłę.
— Spróbuję — odparł Kofi.
Chłopiec uśmiechnął się. — Co jest szybsze od biegu, a wolniejsze od czekania?
Kofi zmrużył oczy. Szybsze od biegu… wolniejsze od czekania… To brzmiało jak pułapka dla niecierpliwych. Wtedy poczuł pod tuniką miedziany talizman i przypomniał sobie rytm kuźni: bum—bum—tang.
— Oddech — powiedział. — Może być szybki, gdy biegniesz, i wolny, gdy czekasz. Ale sam w sobie nie jest ani biegiem, ani czekaniem. Jest pomiędzy.
Cień chłopca klasnął bezgłośnie. Brama otworzyła się jak powieka.
W środku pałac był chłodny. Korytarze skręcały, jakby ktoś rysował je w ruchu. Na ścianach wisiały tkaniny z dawnych bitew, lecz postacie na nich zdawały się przestawiać, gdy Kofi odwracał głowę. To było trochę niepokojące, a trochę… imponujące. Jakby historia nie chciała zostać przybita gwoździem.
W sali z czarną posadzką stało lustro większe niż drzwi. Nie odbijało jednak twarzy Kofiego. Pokazywało N'kalę: wyschniętą rzekę, puste spichlerze, ludzi kłócących się o kubek wody.
— To nie jest czar, to jest prawda, jeśli zawiedziesz — odezwał się głos zza lustra. — Witaj, wędrowcze.
Z lustra wysunęła się postać kobiety w masce z drewna. Jej maska była gładka, bez ust.
— Jestem Strażniczką Cienia — oznajmiła. — Pieśń Cienia jest potrzebna, by przejść tam, gdzie światło nie ma prawa wchodzić. Ale cień nie lubi tych, którzy się go boją.
Kofi przełknął ślinę. — Nie boję się cienia. Boję się tego, że nie zdążę.
Maska przechyliła się lekko, jakby kobieta słuchała. — To uczciwe. Aby zdobyć Pieśń Cienia, musisz przejść przez salę bez pochodni i nie dotknąć ścian. A pałac… lubi podstawiać nogi.
— Świetnie — mruknął Kofi. — Zawsze marzyłem, żeby walczyć z budynkiem.
Gdzieś w ciemności coś zachichotało, jakby pałac docenił żart.
Kofi stanął na progu czarnej sali. Gdy tylko zrobił krok, światło zniknęło, jakby ktoś zgasił je dłonią. Czuł pod stopami zimny kamień. Słyszał własny oddech i… cichy szelest, jak przesuwane tkaniny. Ściany musiały się poruszać.
Zamiast iść szybko, Kofi zwolnił. Liczył kroki. Trzy. Cztery. Pięć. Przy szóstym usłyszał, że z lewej strony kamień sunie bliżej.
— Nie dam się ponieść — szepnął. — Cień to też rytm.
Potarł miedziany talizman. W jego pamięci odezwała się melodia kuźni, równy puls. Kofi zaczął iść w tym rytmie, nie przyspieszając nawet wtedy, gdy usłyszał tuż obok siebie szmer ściany. Nagle powietrze zgęstniało, jakby w sali pojawiła się woda, tylko niewidzialna.
Wtedy z ciemności wypłynęły słowa — nie wypowiedziane, tylko usłyszane w środku głowy: „Nie walcz z cieniem. Stań się jego cierpliwym bratem”.
Kofi zatrzymał się. Pałac, jakby rozczarowany, że nie ma pościgu, też zamarł. Kofi zrobił kolejny krok, spokojnie. I jeszcze jeden.
Po chwili dotknął palcami czegoś miękkiego: frędzli zasłony na końcu sali. Przeszedł.
Światło wróciło, a Strażniczka Cienia stała przed nim. W dłoniach trzymała cienką, czarną wstęgę, która wyglądała jak skrawek nocy.
— Oto klucz Pieśni Cienia — powiedziała. — Nie jest głośna. To melodia, która uczy, kiedy milczeć, by usłyszeć więcej.
Kofi wziął wstęgę. Była chłodna, ale nie zimna. Jak cień drzewa w upalny dzień.
— Została ci najtrudniejsza — dodała Strażniczka, a w jej głosie zabrzmiała powaga. — Pieśń Cierpliwości. Znajdziesz ją tam, gdzie ludzie najczęściej ją gubią: na brzegu wielkiej rzeki, w miejscu, gdzie trzeba czekać na przeprawę.
Rozdział 5: Pieśń Cierpliwości i krokodyl, który znał historię
Wielka rzeka N'du okazała się szeroka jak myśl, której nie da się przerwać. Jej woda była mętna, ale żywa. Na brzegu stały łodzie, jednak żadna nie odpływała. Ludzie siedzieli w cieniu i narzekali, a narzekanie brzmiało jak komary.
— Przewoźnik zniknął — powiedziała kobieta z dzieckiem na plecach. — Bez niego nie ruszymy. A nocą rzeka robi się zła.
Kofi podszedł do starego pomostu. Deski skrzypiały, jakby pamiętały tysiące stóp. Usiadł i patrzył na wodę. Nie próbował krzyczeć ani rozkazywać rzece, żeby się uspokoiła. Wciągnął powietrze i wypuścił je wolno.
Minęło trochę czasu. Słońce przesunęło się na niebie, jak spokojny wędrowiec.
— Ty nie narzekasz — odezwał się nagle głos obok.
Kofi odwrócił się. Na pomoście leżał krokodyl. Ogromny. Na jego grzbiecie rosły glony, jakby nosił zielony płaszcz. Ale jego oczy były mądre i… rozbawione.
— Jeśli to żart, to jest bardzo ryzykowny — powiedział Kofi ostrożnie.
Krokodyl prychnął, a z pyska wyleciała kropla wody. — Jestem Soba, strażnik przeprawy. Nie zjadam tych, którzy potrafią czekać. Ci, którzy nie potrafią, sami wpadają mi do pyska, bo skaczą gdzie popadnie.
— Szukam Pieśni Cierpliwości — przyznał Kofi.
— Oczywiście — westchnął Soba teatralnie. — Ludzie zawsze szukają cierpliwości tak, jakby zgubili ją w trawie i można było ją podnieść jak patyk. A to nie patyk. To sposób chodzenia.
Kofi spojrzał na rzekę. — W takim razie naucz mnie.
Krokodyl przysunął się bliżej, aż deski pomostu jęknęły. — Najpierw odpowiedz: dlaczego chcesz uratować N'kalę?
— Bo to mój dom — odparł Kofi. — Bo ludzie tam są dobrzy, nawet gdy są zmęczeni. Bo królowa nie przestała wierzyć. Bo… nie chcę patrzeć, jak coś pięknego umiera tylko dlatego, że świat o nim zapomniał.
Soba milczał chwilę. Potem powiedział: — Dobrze. Pieśń Cierpliwości brzmi jak rzeka. Nie spieszy się, a i tak dociera do morza.
— Jak ją usłyszę?
— Siedząc — odparł krokodyl. — I nie robiąc z siedzenia kary.
Kofi usiadł wygodniej. Ludzie na brzegu patrzyli na niego, jakby oszalał: mężczyzna siedzi obok krokodyla i jeszcze nie ucieka.
Mijały minuty. Potem kolejne. Wiatr przynosił zapach mokrej ziemi. Kofi zaczął zauważać drobiazgi: jak woda obmywa kamień i wraca, jak ptak siada na trzcinie i nie łamie jej, bo umie rozłożyć ciężar. Cierpliwość nie była pustką. Była uważnością.
Soba zamknął oczy, jakby też słuchał. W pewnym momencie Kofi usłyszał w plusku fal coś, co układało się w melodię. Nie była to pieśń do tańca. To była pieśń do wytrwania. Długa, spokojna, niespieszna. A jednak miała w sobie siłę, jak nurt pod powierzchnią.
Kofi wyjął czarną wstęgę i miedziany talizman. Położył je obok siebie. Melodia rzeki otuliła je jak mgła. Wtedy wstęga zadrżała, talizman zabrzęczał, a powietrze między nimi zamigotało złotawo.
— Masz ją — powiedział Soba. — Teraz możesz mnie prosić o przeprawę.
— Przewieziesz mnie? — zapytał Kofi.
Krokodyl otworzył jedno oko. — Przewiozę. Ale pamiętaj: cierpliwość nie kończy się, gdy dostajesz, czego chcesz. Czasem zaczyna się dopiero wtedy.
Kofi wsiadł na grzbiet Soby, trzymając się glonów jak liny. Krokodyl popłynął powoli, ale pewnie. Ludzie na brzegu zamilkli, jakby zobaczyli rzecz niemożliwą, która jednak działa.
Po drugiej stronie rzeka wypluła Kofiego na brzeg łagodnie, jak matka odkładająca dziecko.
— Idź do Źródłowej Groty — powiedział Soba. — Tam Kamień Źródła czeka. Ale nie myśl, że będzie cię prosił, żebyś go wziął.
Rozdział 6: Kamień Źródła i powrót do domu
Góra, w której znajdowała się Źródłowa Grota, była porośnięta drzewami tak starymi, że ich korzenie wyglądały jak węże z drewna. Wejście do groty miało kształt otwartego pyska lwa. W środku pachniało wilgocią i chłodem.
Kofi wszedł, a jego kroki odbijały się echem. W głębi groty zobaczył małe jeziorko, gładkie jak polerowany metal. Na środku, na kamiennym występie, spoczywał Kamień Źródła: nie wielki, raczej skromny, wielkości arbuza. Lśnił od środka, jakby trzymał w sobie poranek.
Kofi podszedł i zatrzymał się. Nie wyciągnął od razu rąk. Przypomniał sobie wszystkie ostrzeżenia, wszystkie próby: kuźnię, pałac, rzekę. I to, że nic nie przyszło natychmiast.
— Jeśli cię dotknę… wrócisz do N'kali? — zapytał cicho.
Kamień nie odpowiedział słowami. Ale woda w jeziorku zadrżała, a na powierzchni pojawił się obraz: jego królestwo, rzeka cofająca się, a potem… ludzie pracujący razem, kopiący kanały, oszczędzający ziarno, dzielący się wodą. Kamień pokazał nie tylko magię, ale i wysiłek.
Kofi zrozumiał. To nie miał być czar, który wszystko naprawi, gdy ludzie będą stać z założonymi rękami. To miała być iskra, która przypomni im, jak współpracować — i jak czekać na owoce pracy.
Wyjął miedziany talizman i potrząsnął nim lekko. Potem rozwinął czarną wstęgę. Na końcu zamknął oczy i przywołał Pieśń Cierpliwości, melodię rzeki.
Trzy pieśni połączyły się w jedną. W grocie zabrzmiało ciche „mmm”, jak gdyby świat nucił pod nosem. Kamień Źródła rozjaśnił się i uniósł odrobinę, jak piórko na wietrze. Kofi wyciągnął dłonie i przyjął go z ostrożnością, jak przyjmuje się coś świętego i kruchego jednocześnie.
W drodze powrotnej nie biegł. Choć serce go ciągnęło, pamiętał: pośpiech może wylać wodę z naczynia. Przechodził przez sawannę, wracał do wioski kowala, gdzie dym z kuźni tym razem pachniał radośniej.
— Udało się? — zapytał kowal, wycierając czoło.
— Udało się — odpowiedział Kofi. — Ale teraz trzeba będzie pracować. I czekać.
Kowal pokiwał głową, jakby to było najlepsze możliwe zakończenie.
Gdy Kofi dotarł do N'kali, miasto wciąż było zmęczone, ale w powietrzu wisiała ciekawość, jak przed pierwszym uderzeniem bębna. Królowa Sefu wyszła na dziedziniec. Mosi stał obok, poważny, bez swojego zwykłego parsknięcia.
Kofi uklęknął i podał Kamień Źródła królowej.
Królowa dotknęła go delikatnie. Światło kamienia rozlało się po jej dłoniach i popłynęło dalej, po ziemi, po murach, po twarzach ludzi. Nie było to oślepiające. Raczej ciepłe, jak obietnica.
Tego samego dnia, przy świątyni, wykopano niewielką nieckę i ułożono wokół niej kanały prowadzące do studni. Kamień spoczął w centrum jak serce. Woda nie wytrysnęła natychmiast fontanną, jak w bajkach opowiadanych przez niecierpliwych. Najpierw pojawiła się kropla. Potem druga. Potem cienki strumień, jak szept.
Ludzie jęknęli z rozczarowania.
— To wszystko? — burknął ktoś.
Kofi podszedł bliżej i powiedział głośno, żeby usłyszeli: — To początek. Rzeka uczy: kropla po kropli. Jeśli dziś zaczniemy mądrze gospodarować, jutro będzie łatwiej. Jeśli będziemy razem, woda zapamięta drogę.
Mosi chrząknął. — A jeśli znowu wyschnie?
Kofi spojrzał na niego. — Wtedy będziemy cierpliwi i uparci. To też rodzaj odwagi.
Królowa Sefu uśmiechnęła się lekko. — N'kala nie potrzebuje cudów, które psują ludzi. Potrzebuje cudów, które ich budzą.
Wieczorem na targu znów zabrzmiał bęben. Najpierw nieśmiało, potem pewniej. Dzieci tańczyły w kręgu, a starzec od soli śmiał się, że woda jest jak kot: wraca wtedy, kiedy udajesz, że wcale ci nie zależy.
Kofi wrócił do swojego domu, do małego dziedzińca z glinianą ławką. Usiadł, oparł się o ścianę i zamknął oczy. Słyszał daleko cichy szmer nowego strumienia. Nie był głośny, ale był prawdziwy.
— Witaj w domu — szepnął do siebie.
I tym razem cisza odpowiedziała mu śpiewem.