Trwa ładowanie...
Fantastyka historyczna 11-12 lat Czytanie 20 min.

Runa, która uciszyła dawne gniewy

Eira, uczennica run, wraz z przyjaciółmi Astrid i Leifem wyrusza, by uspokoić przebudzone dawne gniewy; muszą odnaleźć zaginioną runę i przywrócić pamięć, zanim mgła i gniew pochłoną osadę.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Eira, młoda kobieta o stanowczym, łagodnym obliczu i splecionych brązowych włosach, w czarnej skórzanej kurtce przydymionej, klęczy, wkładając mały kamienny fragment z runą w gniazdo w monolitycznym kamiennym tronie; Astrid, dziewczynka ~12–14 lat z rozczochranymi blond włosami i odważnym, figlarnym uśmiechem, stoi tuż za nią z pochodnią dającą ciepłe żółte światło; Leif, nastoletni chłopak ~15–17 lat o szerokich barkach w poplamionych rybackich ubraniach, z ciężką siekierą opartą o ziemię, stoi nieco z lewej, zatroskany i ochronny; wnętrze starego kurhanu — okrągła kamienna sala z mchem i pęknięciami, kurz w powietrzu; w chwili włożenia runy z tronu wystrzela cienka złota kolumna światła, mroczna mgła pęka na nitki i cienie się cofają; styl: miękkie linie, stonowane kontrastowe kolory (kamienna szarość, ciepłe złoto, dymny błękit), chropowata faktura kamienia i migoczący blask runy, czytelne ekspresje, kompozycja skupiona na trójce i tronie. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1

W królestwach północy wiatr potrafił mówić. Czasem szeptał o rybach w fiordzie, a czasem — gdy noc była zbyt długa — o dawnych gniewach, które nie chciały zasnąć. Nad osadą Hrafnvik wisiały chmury jak ciężkie futra. Ludzie patrzyli na nie spod kapturów i udawali, że nie słyszą trzasku lodu w powietrzu, choć nie było mrozu.

Eira, córka kowala i uczennica run, wracała wtedy z klifu. Była dorosła, silna w ramionach od pracy przy palenisku, ale w oczach miała upór kogoś, kto nie znosi niesprawiedliwości. Zatrzymała się przy kamieniu granicznym, na którym wyryto znaki starsze niż sama osada. Kamień był ciepły, jakby w środku tliła się mała, cierpliwa gwiazda.

— Znowu się budzą — mruknęła do siebie.

W kieszeni płaszcza nosiła krótki róg, pęknięty na brzegu. Nie był do grania. Był do słuchania. Gdy przyłożyła go do ucha, usłyszała daleki pomruk, jakby pod ziemią ktoś przeciągał ciężki stół.

Na placu, przy długim domu jarla, zgromadzili się ludzie. Nie po to, by świętować. Dzieci trzymały się matek, psy miały ogony przyklejone do brzucha. Stary skald, Torleif, siedział pod belką i przestawał śpiewać w połowie wersów, jakby zapominał słowa.

— Eiro! — zawołała Astrid, jej najbliższa przyjaciółka, szybka jak łasica i ciekawska jak sroka. — Widzisz to?

Nad zatoką unosiła się mgła, ale nie taka zwyczajna. Była gęsta jak mleko i ciemna jak atrament w jednym. W jej środku migotały iskry, jak oczy.

— To Gniewy Dawnych — powiedział Torleif cicho, a słowo „gniew” zabrzmiało jak uderzenie młota. — Kiedyś zamknięto je w kurhanach. Teraz ktoś albo coś je drażni.

Jarl, mężczyzna o szerokich barkach i wąskich ustach, spojrzał na Eirę tak, jak patrzy się na narzędzie: czy zadziała, czy pęknie.

— Ty znasz runy. Uspokoisz to — oznajmił, jakby rozdawał polecenia do łowów.

Eira zacisnęła palce. W jej środku zapłonęła złość, ale starała się, by jej gniew nie był kolejnym, który trzeba będzie kiedyś uspokajać.

— Uspokoić, nie pokonać — poprawiła spokojnie. — Gniewy nie chcą krwi. Chcą pamięci. Albo przeprosin.

Astrid parsknęła cicho.

— Przeprosin od kogo? Od chmur?

Torleif podniósł palec.

— Od nas wszystkich. Dawne czasy zostawiają ślady. Ktoś musi przejść do kurhanu Króla Szronu i oddać to, co zostało zabrane.

Na te słowa wiatr przyciszył się, jakby sam nasłuchiwał.

Eira spojrzała na zatokę. W ciemnej mgle błysnęło coś jak złoty włos. A potem znikło.

— Wyruszę o świcie — powiedziała. — Ale nie sama.

Astrid otworzyła usta, lecz Eira już dodała:

— Przyjaźń jest mocniejsza niż strach. A ja będę potrzebować kogoś, kto potrafi śmiać się w najgorszym momencie.

— To ja! — Astrid wyprostowała się dumnie. — Śmieję się nawet, gdy przypalam kaszę.

Z tłumu wysunął się jeszcze chłopak w wieku, w którym człowiek jest już prawie dorosły, ale wciąż ma w kieszeniach więcej marzeń niż monet. Nazywał się Leif i był synem rybaka. Niósł siekierę, za dużą jak na niego, ale trzymał ją pewnie.

— Pójdę z wami — powiedział. — Nie lubię, gdy coś straszy moją mamę.

Eira skinęła głową. Trójka to liczba opowieści.

Tego wieczoru, gdy ogniska przygasły, Eira poszła do kuźni. Położyła na stole stary kawałek srebra — płytkę, którą znalazła kiedyś w piasku, z wyrytym słońcem.

— Jeśli świat jest ciemny — szepnęła — trzeba zrobić coś, co pamięta światło.

Rozgrzała metal, aż zaczął świecić jak świt zamknięty w kropli. I wykuła z niego mały krążek — talizman. Na jednej stronie wyryła runę „spokój”, na drugiej „pamięć”.

Gdy skończyła, mgła nad zatoką zasyczała, jakby ktoś polał ją wrzątkiem.

Rozdział 2

Świt na północy nie wschodził szybko. Raczej powoli przecierał oczy. Eira, Astrid i Leif ruszyli wzdłuż fiordu, gdzie skały były czarne i gładkie jak plecy fok. Nad nimi krążyły kruki, a ich skrzek brzmiał jak komentarze do cudzych decyzji.

— Myślisz, że kurhan jest naprawdę… zamieszkany? — zapytał Leif, udając, że pyta tylko z ciekawości, a nie z lekkiej paniki.

— Kurhany są jak skrzynie — odparła Eira. — Zależy, co do nich włożono. Czasem ciszę. Czasem gniew.

Astrid podskakiwała, by nie myśleć o zimnie.

— Jeśli spotkamy ducha, zapytam go, czy umie grać w „Kto pierwszy mrugnie” — oświadczyła. — A jeśli wygra, oddam mu swoje skarpety. I tak są dziurawe.

Leif zaśmiał się krótko, a śmiech rozbił napięcie jak kamyk taflę lodu.

Na południowym krańcu fiordu stały kamienie w kręgu, porośnięte mchem. Kiedy weszli między nie, powietrze zgęstniało. Dźwięki stały się przytłumione, jakby ktoś nałożył na świat futrzany koc.

Eira wyciągnęła pęknięty róg i przyłożyła do ucha. Pomruk był bliższy. Teraz brzmiał jak serce, które bije zbyt mocno, bo przypomniało sobie coś złego.

— To tu — powiedziała.

W środku kręgu leżała płyta z wyrytym jeleniem. Jego poroże wyglądało jak gałęzie. Eira położyła na płycie dłoń i wypowiedziała cicho dawne słowa, których uczył ją Torleif. Nie były zaklęciem w stylu „bam!” ani „hop!”. Były raczej prośbą, zrobioną z szacunku.

Kamień zadrżał. Płyta odsunęła się z jękiem, jakby była drzwiami, które dawno nie były otwierane. Z wnętrza powiało zimnem, a z zimna — zapachem starego dymu i mokrej ziemi.

— Najpierw ja — powiedziała Eira i zeszła po schodkach.

W ciemności kurhanu światło zachowywało się inaczej. Pochodnia Astrid nie tyle rozpraszała mrok, co go rysowała: cienie były ostre i długie, jakby chciały uciec.

Korytarz prowadził do sali, gdzie stał kamienny tron. A na tronie — nie szkielet, nie ciało, lecz zbroja. Pusta. Hełm miał kształt wilczej głowy, a w oczodołach hełmu migotały te same iskry, co w mgle nad zatoką.

Leif ścisnął siekierę.

— To… patrzy na nas.

— Bo słucha — poprawiła Eira. — Nie podnoś siekiery. Gniew nie uspokaja się od ostrza.

Astrid przełknęła ślinę, ale nie uciekła. To też była forma odwagi.

Eira wyjęła srebrny talizman i położyła go na podłodze, między nimi a tronem. Krążek zalśnił ciepłym blaskiem, jak maleńkie ognisko.

— Przyszliśmy nie po skarb — powiedziała głośno. — Przyszliśmy po spokój. Powiedz, czego brakuje.

Zbroja poruszyła się. Nie jak człowiek, ale jak wiatr porusza płaszczem na kołku. Z hełmu wysunął się dźwięk, przypominający tarcie lodu o lód.

„Zabrano… imię.”

Słowa nie padły wprost. Raczej pojawiły się w głowie Eiry, ciężkie i zimne.

— Kto ci je zabrał? — zapytała.

„Żywi. Zabili pieśń. Zgubili znak. Zostawili gniew.”

Astrid, choć drżała, mruknęła:

— To brzmi jak zwykła kłótnia, tylko że trwa tysiąc lat.

Eira poczuła ukłucie. Wspomniała, jak w osadzie dzieci bawiły się przy kamieniu granicznym, zeskrobując mech, żeby było „ładniej”, i jak ktoś kiedyś wykuł nowy znak na starym, bo „tak jest modniej”.

— Brakuje ci… znaku? — domyśliła się. — Prawdziwego imienia?

W odpowiedzi w powietrzu zawirował cień. Po ścianie przesunął się obraz: stara bitwa na zamarzniętym jeziorze, krzyki, pochodnie. A potem ktoś, niewyraźny, wyrywa z kamienia runę i wrzuca ją do wody.

— Musimy znaleźć runę — szepnął Leif. — W jeziorze?

Eira skinęła głową.

— I przywrócić ją tam, gdzie była. Bez tego gniew będzie szukał głosu. A znajdzie tylko mgłę.

Zbroja zadrżała raz jeszcze. Iskry w hełmie przygasły, jakby ktoś na chwilę zamknął oczy.

„Dopóki… światło.”

Eira schowała talizman i odwróciła się do przyjaciół.

— Wracamy na powierzchnię. Czeka nas jezioro, które pamięta krew. Ale my przyniesiemy mu coś lepszego: pamięć i przyjaźń.

Astrid uniosła pochodnię.

— I moje dziurawe skarpety, jeśli trzeba.

Rozdział 3

Jezioro leżało w dolinie, gdzie drzewa rosły krzywo od wiatru. Nazywano je Wodą Bez Odbicia, bo nawet w pogodny dzień nie pokazywało twarzy. Gdy dotarli na brzeg, tafla była matowa, jak stara blacha.

Leif uklęknął i dotknął wody palcem. Cofnął go szybko.

— Zimna jak spojrzenie jarla.

— To już przesada — prychnęła Astrid. — Jarl ma spojrzenie zimniejsze. Woda przynajmniej nie każe ci sprzątać.

Eira uśmiechnęła się krótko, ale zaraz spoważniała. Woda nie falowała. Była zbyt spokojna, jakby coś pod nią trzymało oddech.

— Runa została wrzucona w czasie bitwy — powiedziała. — To nie była kradzież dla zabawy. Ktoś chciał uciszyć pamięć. Może bał się, że imię da siłę.

— A my mamy ją wyciągnąć? — Leif spojrzał na jezioro, jakby ono miało zęby. — Siekierą?

Eira potrząsnęła głową.

— Siekiera rozcina. A nam trzeba… przekonać.

Wyjęła talizman i zawiesiła go na cienkim rzemieniu. Potem, z kieszeni, wyciągnęła mały woreczek z popiołem z kuźni.

— Popiół pamięta ogień — wyjaśniła. — A ogień pamięta światło.

Astrid zmarszczyła nos.

— Popiół pamięta też moje przypalone placki.

— Cicho, to rytuał — syknął Leif, ale jego oczy śmiały się.

Eira wysypała popiół na dłoń i dmuchnęła w stronę wody. Szary pył poleciał jak stado małych ptaków i opadł na taflę. Przez chwilę nic się nie stało. Potem popiół zaczął układać się w cienkie linie.

— Patrzcie — szepnęła Astrid.

Linie tworzyły kształt runy, ale niepełny, jak pęknięte koło. Woda pod spodem poruszyła się i wypchnęła coś ciemnego.

Z jeziora wynurzyła się ręka. Nie ludzka. Zrobiona z mokrego cienia i zimnej mgły. W dłoni trzymała kamienny odłamek, na którym błyszczał wyryty znak.

Leif cofnął się odruchowo.

— To nie jest przyjazne.

— Jest głodne — powiedziała Eira. — Głodne spokoju.

Cień wydał dźwięk, jakby tysiąc szeptów naraz próbowało powiedzieć „oddaj”.

Astrid podniosła pochodnię wyżej.

— Hej! — zawołała do cienia. — Nie jesteśmy twoimi wrogami. Jesteśmy… raczej drużyną ratunkową.

Cień zawahał się. Iskry prześlizgnęły się po powierzchni wody jak ryby.

Eira zrobiła krok naprzód, choć serce miała twarde jak bęben.

— Oddaj runę — powiedziała spokojnie. — A my oddamy imię tam, gdzie należy. Nie będziesz musiał już trzymać jej w zimnie.

Ręka z cienia uniosła kamień, jakby miała nim rzucić. Leif podniósł siekierę, ale Eira zatrzymała go gestem.

— Nie.

Wtedy Astrid zrobiła coś, czego nikt by nie przewidział. Wyjęła z kieszeni mały kawałek suszonej ryby.

— Masz — powiedziała do cienia, czując się głupio, ale udając pewność. — Nie wiem, czy cienie jedzą ryby, ale wszyscy na północy je jedzą. To jak… znak pokoju.

Leif sapnął.

— Astrid, ty negocjujesz z mrokiem rybą?!

— A ty negocjujesz z życiem siekierą — odburknęła. — Daj mi spróbować.

Suszona ryba wylądowała na wodzie. Oczywiście nie utonęła od razu — popiół i zimno trzymały ją na powierzchni. Cień zamarł. Jakby nie wiedział, co zrobić z tak absurdalnym gestem.

I wtedy stało się coś dziwnego: woda zadrżała, ale nie groźnie. Ręka opuściła kamień niżej. Cień przysunął go do brzegu, powoli, ostrożnie, jak ktoś, kto oddaje coś cennego, choć udaje, że mu nie zależy.

Eira wyciągnęła dłoń. Kamień był lodowaty, ale runa na nim była wyraźna. Pełna. Piękna w swojej prostocie.

Gdy tylko dotknęła znaku, cień cofnął się do jeziora. Nie z sykiem, lecz z westchnieniem. Na tafli pojawił się na moment słaby błysk — jakby jezioro przypomniało sobie, że kiedyś odbijało słońce.

— Udało się — wyszeptał Leif.

Astrid uśmiechnęła się szeroko.

— Widzisz? Ryba działa.

Eira schowała kamień ostrożnie.

— To dopiero połowa drogi — powiedziała. — Teraz musimy przywrócić imię w kurhanie. A gniewy… muszą usłyszeć, że ktoś je pamięta.

Wiatr zawył między drzewami, ale tym razem brzmiał mniej jak groźba, a bardziej jak niecierpliwe oczekiwanie.

Rozdział 4

W drodze powrotnej niebo pociemniało, choć był dzień. Nad fiordem rozlała się mgła, gęstsza niż wcześniej. Szła za nimi jak zwierzę, które nie potrafi zdecydować, czy polować, czy po prostu się przytulić.

— Ona nas śledzi — zauważył Leif.

— Nie nas — poprawiła Eira. — Runę. To jak zapach.

Astrid potrząsnęła pochodnią, choć płomień był słaby.

— Nie lubię być kiełbasą dla mgły.

Gdy dotarli do kręgu kamieni, powietrze było ciężkie od szeptów. Płyta z jeleniem znów wyglądała jak zwykły głaz, ale Eira czuła pod skórą jego ciepło.

Zeszli do kurhanu. Tym razem ciemność była bardziej niespokojna. Na ścianach tańczyły cienie, chociaż nikt nie poruszał pochodnią.

Kamienny tron stał jak wcześniej. Zbroja też. Ale iskry w hełmie były gwałtowniejsze, jak małe burze.

Eira położyła kamień z runą na ziemi i uklękła. Wyjęła swój talizman i położyła go obok.

— Znak wrócił — powiedziała, a jej głos odbił się echem, jakby kurhan sam powtarzał. — A z nim imię, które wzięto.

Zbroja poruszyła się. Z hełmu popłynęła fala zimna. Astrid przytuliła łokcie.

„Za późno.”

Słowo było jak uderzenie w brzuch.

— Nie — odparła Eira natychmiast, zanim zwątpienie zdążyło usiąść w jej głowie. — Dla spokoju nie jest za późno. Gniew może trwać długo, ale uspokojenie też.

Leif zrobił krok do przodu.

— Jeśli trzeba, przeprosimy — powiedział. — W imieniu żywych. Nawet jeśli nie wiemy, co dokładnie zrobili.

Astrid uniosła brodę.

— Ja przeproszę za wszystkie głupie żarty, jeśli to pomoże. Ale tylko te naprawdę głupie.

Eira spojrzała na nich i poczuła, jak coś mięknie w jej piersi. Nie strach — raczej samotność. Kiedy idzie się w mrok samemu, mrok wydaje się większy. We trójkę stawał się… do przejścia.

— Dawne gniewy — powiedziała Eira, a jej słowa brzmiały jak pieśń, choć nie śpiewała. — Jeśli skrzywdziliśmy was zapomnieniem, przyznajemy to. Jeśli odebraliśmy wam imię, oddajemy je. Jeśli śmialiśmy się z kamieni, przepraszamy. Nie po to, by uciec przed karą. Po to, by świat mógł oddychać.

Cisza zawisła w powietrzu. Potem, bardzo powoli, zbroja pochyliła głowę. Jak król, który pamięta, że był kiedyś człowiekiem.

„Imię… brzmi.”

Eira wzięła kamień z runą i przyłożyła go do miejsca na tronie, gdzie w kamieniu była mała wnęka — jak brakujący ząb. Odłamek pasował idealnie. Gdy runa weszła na swoje miejsce, cały tron rozświetlił się cienką linią światła, jakby w kamieniu płynęła złota rzeka.

Mgła w korytarzu zawyła. Wpadła do sali jak fala. Cienie wyciągnęły się, próbując dosięgnąć runy.

Leif podniósł siekierę.

— Teraz mogę?

— Teraz możesz stać — odpowiedziała Eira. — Obok nas.

Astrid chwyciła Leifa za rękaw, a drugą złapała Eirę za dłoń.

— Nie puszczamy — powiedziała.

I właśnie wtedy Eira zrozumiała: dawny gniew karmił się rozdzieleniem. Samotnymi sercami. Szeptał: „Jesteś sam, więc walcz.” A przyjaźń odpowiadała: „Nie jesteś sam, więc oddychaj.”

Eira podniosła talizman. Jego srebro zapłonęło. Nie ogniem, który parzy, ale światłem, które ogrzewa.

— Światło pamięta — wyszeptała. — A pamięć potrafi przebaczyć.

Z runy na tronie wystrzelił promień. Przeciął mgłę jak wstążkę. Cienie zasyczały, ale nie wściekle — bardziej jak ktoś, komu nagle odebrano ciężki płaszcz.

Zbroja na tronie rozpłynęła się w powietrzu, jakby była tylko opowieścią, której pozwolono wreszcie się skończyć. Został hełm, pusty, a w nim jedna iskra. Iskra uniosła się i zawisła nad talizmanem.

„Dziękuję.”

Słowo było ciepłe. Tak ciepłe, że Astrid otarła nos, udając, że to przez dym.

Mgła cofnęła się z sali. A w jej miejsce napłynął zapach sosny i świeżego śniegu — czystego, nowego.

Rozdział 5

Gdy wyszli na powierzchnię, niebo nad fiordem pękło na pół. Z jednej strony wciąż wisiały ciemne chmury, z drugiej rozlewał się jasny, chłodny blask, jak rozgrzane srebro. Słońce było niskie, ale uparte.

W kręgu kamieni wiatr wreszcie przestał szeptać groźby. Teraz śpiewał prostą melodię, jak kołysanka dla wielkiego świata.

Leif wciągnął powietrze.

— Czuję, jakby ktoś zdjął mi z pleców worek kamieni.

Astrid roześmiała się, naprawdę i bez udawania.

— A ja czuję, jakby jezioro chciało mi oddać moją rybę… ale niech już zatrzyma. Za odwagę.

Eira spojrzała na fiord. Mgła nad zatoką rozpadała się na strzępy i znikała w świetle. Tam, gdzie wcześniej migotały oczy, teraz tańczyły zwykłe refleksy słońca na wodzie.

Wrócili do Hrafnviku, a ludzie wyszli im naprzeciw. Nie było fanfar, bo na północy rzadko gra się fanfary. Było za to milczenie pełne ulgi. Matki przytuliły dzieci, psy znów machały ogonami, a stary Torleif uśmiechnął się tak, jakby odnalazł brakujący wers.

Jarl podszedł do Eiry. Jego wąskie usta drgnęły.

— Zrobiłaś to — powiedział, jakby to było coś, co można odhaczyć na liście.

Eira spojrzała mu prosto w oczy.

— Myśmy to zrobili. I nie „zrobiliśmy” gniewów. Uspokoiliśmy je. To różnica.

Jarl chciał coś odpowiedzieć, ale wiatr dmuchnął mu w brodę, jakby sam świat go uciszył. W końcu jarl chrząknął.

— Dobrze. W takim razie… dziękuję.

Astrid szturchnęła Leifa.

— Słyszałeś? Jarl powiedział „dziękuję”! Zanotuj datę na desce.

Leif uśmiechnął się szeroko.

— Wyryję runę. Żeby nikt nie zapomniał.

Tego wieczoru w długim domu zapalono ognisko. Torleif zaśpiewał pieśń o kręgu kamieni, o jeziorze bez odbicia i o trójce, która przyniosła imię z powrotem. W pieśni było też miejsce na suszoną rybę, co Astrid przyjęła z miną bohaterki, która nie chce przyznać, że trochę ją to bawi.

Eira siedziała blisko ognia, a na jej szyi błyszczał talizman. Iskra z kurhanu tkwiła w nim jak mały, spokojny gwóźdź światła.

Później wyszła na zewnątrz. Nad osadą rozciągała się noc, czysta i głęboka. Gwiazdy wyglądały jak rozsypane okruchy lodu, ale wcale nie były zimne.

Astrid i Leif dołączyli do niej, każdy z kubkiem ciepłego naparu.

— Myślisz, że to już koniec? — zapytał Leif.

Eira popatrzyła na ciemne pasma gór.

— Gniewy dawne nie znikają tak, jak znika dym — odpowiedziała. — One uczą. A my musimy pamiętać, żeby nie robić nowych.

Astrid szturchnęła ją ramieniem.

— Czyli mamy być mili? Nawet dla jarla?

— Nawet dla jarla — odparła Eira z uśmiechem. — Ale to już jest magia najwyższego stopnia.

Wszyscy troje zaśmiali się, a śmiech poleciał w noc i wrócił echem od klifów. Nad fiordem, tam gdzie wcześniej czaiła się mgła, pojawił się jasny pas — jak droga zrobiona ze światła.

Eira dotknęła talizmanu.

— Światło przegnało cień — szepnęła. — Nie dlatego, że było głośniejsze. Tylko dlatego, że było wierniejsze.

A gdy wiatr znów przemówił, nie mówił już o gniewie. Mówił o przyjaźni, która potrafi przejść przez wieki i znaleźć zgubione imię.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Fiordu
Długa, wąska zatoka morska otoczona stromymi skałami.
Kurhanu
Starożytne, kamienne miejsce pochówku lub kopiec grobowy.
Runę
Kamienny lub rysunek-znak z dawnych czasów, niosący znaczenie.
Talizman
Mała rzecz, którą nosi się dla ochrony lub szczęścia.
Skald
Opowiadający historie i śpiewak z dawnych czasów, jak bard.
Poroże
Gałęziaste rogi jelenia, rosnące na głowie zwierzęcia.
Tafla
Gładka, płaska powierzchnia wody, jak lustro jeziora.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantastyka historyczna dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.