Rozdział 1: Błysk nad Neonowem
W mieście Neonowo noc nigdy nie była całkiem ciemna. Latarnie świeciły jak lizaki, reklamy mrugały jak wesołe oczy, a tramwaje brzęczały, jakby śpiewały pod nosem.
Nad dachami przeleciał mężczyzna w płaszczu, który wyglądał jak uszyty z kawałków nocnego nieba. Miał wysoki kołnierz, srebrne klamry i znak na piersi: małą, uśmiechniętą gwiazdę. Na nosie nosił okulary o szkiełkach lekko niebieskich, a jego buty zostawiały za sobą krótkie smugi światła, jakby ktoś rysował po powietrzu kredą.
To był Kapitan Iskrochron. A tak naprawdę nazywał się Bruno Kordian — dorosły, spokojny, trochę roztargniony superbohater, który zawsze pamiętał dwie rzeczy: oddychać głęboko i szanować innych, nawet gdy mają bardzo dziwne pomysły.
Wylądował na dachu biblioteki i przyłożył dłoń do ucha, gdzie miał mały komunikator.
„Iskrochron, zgłasza się baza?” — odezwał się jasny głos.
„Słyszę, Zyzia. Co się dzieje?” — zapytał Bruno. Zyzia była jego małą, mądrą sztuczną inteligencją. Mieszkała w komunikatorze i lubiła żarty, ale takie, co nie robią nikomu przykrości.
„W centrum Neonowa zaczęły znikać światła. Nie na zawsze, tylko… hop! i nie ma. Dzieci piszą, że ich lampki nocne robią sobie przerwę bez pytania.”
„Lampki nocne też mają prawo do urlopu?” — Bruno uśmiechnął się pod nosem.
„Owszem, ale powinny złożyć wniosek!” — odparła Zyzia. „Ktoś wysysa energię z sieci miasta. I uwaga: czujniki mówią, że to nie awaria.”
Bruno spojrzał na Neonowo. Na jednym rogu placu reklama lodów zgasła, na drugim zamrugała i znów zgasła. A potem światło wróciło, jakby miasto mrugnęło.
„Dobra. Lecę. Bez paniki. Panika robi bałagan w głowie.” Bruno rozprostował ramiona, płaszcz zafalował jak skrzydła.
Zsunął się z dachu i poleciał nad ulicami. Doleciał do placu, gdzie stała fontanna. Dzieci z pobliskiego domu kultury wracały z zajęć i zerkały na migające lampy.
„Mamo, latarnia mruga do mnie!” — zawołał mały chłopiec.
„Może chce powiedzieć: ‘Dobranoc!'” — odpowiedziała mama, próbując brzmieć wesoło, choć marszczyła brwi.
Bruno wylądował miękko obok fontanny. Nie lubił robić hałasu. Bohater może być cichy, jeśli potrafi.
„Witajcie!” — powiedział. „Spokojnie. Neonowo tylko… ćwiczy mruganie.”
Dzieci od razu przestały się martwić, bo Kapitan Iskrochron miał taki głos, jak koc w zimny dzień.
„Naprawdę?” — zapytała dziewczynka w żółtej czapce.
„Naprawdę. Ale sprawdzę, kto uczy latarnie nowych sztuczek.” Bruno mrugnął do niej. „A wy pamiętajcie: nie popychamy się, nawet jeśli ktoś bardzo chce być pierwszy.”
„Nawet jeśli ktoś chce być pierwszy w kolejce do lodów?” — dopytał chłopiec.
„Zwłaszcza wtedy.” Bruno przyłożył palec do komunikatora. „Zyzia, skanuj okolicę.”
„Skanuję. Widzę ślad energii… jakby ktoś ją zbierał do słoika. Ślad prowadzi do… medycznego kampusu, tego dużego na wzgórzu.”
Bruno uniósł brwi. „Kampus medyczny? Tam są lekarze, pielęgniarki i dużo bardzo poważnych termometrów.”
„I jeszcze bardziej poważne automaty z herbatą.” — dodała Zyzia.
„No to lecimy.” Bruno pomachał dzieciom. „Trzymajcie się jasno!”
„Jasno?” — zaśmiał się chłopiec.
„Tak. Nawet jak światło mruga, w środku też możemy świecić. Uprzejmością.” Bruno uniósł się w górę i ruszył w stronę wzgórza.
Rozdział 2: Tajemniczy Słoik Energiowy
Kampus medyczny Neonowa wyglądał jak małe miasteczko: budynki w pastelowych kolorach, ścieżki, drzewa, a w oknach spokojne światło. Na dziedzińcu stała rzeźba serca, która w dzień była czerwona, a w nocy miała delikatny blask.
Bruno wylądował przy tablicy „Prosimy o ciszę”. Natychmiast ściszył głos, choć i tak mówił spokojnie.
„Dobra, Zyzia. Gdzie ten słoik?” — szepnął.
„Czuję coś pod budynkiem rehabilitacji. W piwnicy. Ale spokojnie — nic groźnego. Tylko… bardzo głodne.”
„Głodne? To może potrzebuje kanapki.” Bruno podszedł do drzwi. Na klamce wisiała kartka: „Prosimy nie przeszkadzać. Trening oddechu.”
Bruno zastukał delikatnie. „Puk, puk. Czy ktoś tu oddycha?”
Drzwi uchyliły się i wyjrzała pielęgniarka w zielonym fartuchu. Miała miłe oczy, ale wyglądała na zmęczoną.
„Och! Kapitan Iskrochron! Co pana sprowadza?” — zapytała szeptem.
„Światła robią psikusy. A ślad energii prowadzi tutaj. Obiecuję: będę chodził na palcach.” Bruno uniósł dłonie, jakby trzymał niewidzialną tacę.
Pielęgniarka uśmiechnęła się mimo zmęczenia. „Jestem pani Nela. Właśnie mamy małe zamieszanie. Część urządzeń ładuje się wolniej. Nic strasznego, ale dziwne.”
„Dziwne lubi mnie, a ja lubię porządek.” Bruno skinął głową. „Czy mogę zejść do piwnicy?”
„Tylko ostrożnie. I proszę nie biegać.”
„Ja? Biegać? Nigdy.” Bruno zrobił krok i prawie się potknął o własny płaszcz. „To było… kontrolowane potknięcie.”
Zyzia zachichotała w komunikatorze. „Kontrolowane! Jasne.”
Pani Nela poprowadziła go schodami w dół. W piwnicy było cicho, ale w powietrzu czuć było lekkie mrowienie, jak przed burzą — tylko że dużo milsze.
Na końcu korytarza stały drzwi z napisem „Magazyn”. A pod nimi… coś świeciło. Bruno przyklęknął i zajrzał. Pod drzwiami tańczyła cienka smuga światła, jak wężyk.
„To nie wygląda jak zwykła latarka.” — mruknął.
Pani Nela przycisnęła palec do ust. „Słychać takie… bzyczenie.”
Bruno przyłożył ucho do drzwi.
„Mniam… mniam… energia…” — usłyszał cichutki głosik.
Bruno spojrzał na Nelę. Nela spojrzała na Bruno. Oboje jednocześnie zrobili minę: „Co?”
Bruno otworzył drzwi powoli.
W środku, między pudełkami z bandażami i starymi plakatami o myciu rąk, stało coś jak mały, okrągły robot. Był wielkości dużego arbuza. Miał przezroczysty brzuszek jak słoik, w którym wirowały iskierki. Na głowie miał antenkę z naklejką „Nie dotykać!” i dwie wielkie, zdziwione oczy z ekraników.
Robot zamarł.
„Eee… dzień dobry?” — powiedział Bruno bardzo grzecznie. „Jestem Kapitan Iskrochron. A ty?”
Robot zamrugał. „Ja… Słoik-Łyk. Ja… piję światło. Bo… jestem… pusty.”
„Pusty? To nieprzyjemne.” Bruno usiadł na skrzynce, żeby nie wyglądać groźnie. „Ale wiesz, w Neonowie światło należy do wszystkich. Do dzieci, do lekarzy, do ludzi i do kotów, które udają, że nie lubią światła, a potem śpią pod lampą.”
Słoik-Łyk spuścił antenkę. „Nie chciałem zabrać. Ja tylko… muszę się ładować. Zgubiłem stację. Przyleciałem z kosmosu. Ups.”
„Ups w kosmosie brzmi bardzo daleko.” — szepnęła Zyzia. „Sprawdź jego sygnał, Bruno. Może jest zagubionym urządzeniem ratunkowym.”
Bruno kiwnął głową. „Słoik-Łyk, skąd jesteś?”
„Z… Szeptoplanety. Tam jest cicho. Ja byłem w statku medycznym. Miałem pomagać, świecić i ogrzewać. Ale… skręciłem nie tam, gdzie trzeba. Wleciałem w chmurę pizzy. Wszystko pachniało i się pomyliłem.”
Pani Nela parsknęła śmiechem, ale od razu zasłoniła usta, żeby nie robić hałasu. „Chmura pizzy?”
„W kosmosie zdarzają się różne chmury.” Bruno zachował powagę, ale w oczach mu błysnęło. „Słoik-Łyk, rozumiem, że jesteś zmęczony. Ale kiedy pijesz energię z miasta, urządzenia medyczne mogą działać słabiej. A tu ludzie potrzebują pomocy.”
Robot zaczął świecić słabiej, jakby się wstydził. „Nie chciałem krzywdy. Ja nie umiem prosić. Ja tylko… łyk.”
Bruno położył dłoń na jego metalowej głowie. „To teraz nauczymy się prosić. To supermoc, serio. Pani Nelo, czy macie tu jakieś bezpieczne źródło energii? Takie, które nie przeszkodzi sprzętom?”
Nela pomyślała. „Mamy awaryjne baterie słoneczne na dachu, do ćwiczeń. I stary rower generator, co pacjenci kręcą dla treningu.”
„Rower generator!” — ucieszył się Bruno. „To brzmi jak plan, który jest zdrowy i wesoły.”
Zyzia dodała: „I bardzo nie-podkradający.”
Słoik-Łyk spojrzał niepewnie. „Ja mogę pić z roweru?”
„Nie pić ludzi!” — powiedziała Nela szybko, ale z uśmiechem.
„Spokojnie. On pije energię, nie ludzi.” Bruno wstał. „Chodź, Słoik-Łyk. Zrobimy ładowanie z klasą. I z szacunkiem do wszystkich.”
Robot potoczył się za nimi, cichutko bzycząc. Na drzwiach magazynu Bruno zawiesił kartkę: „Tu mieszka zguba z kosmosu. Prosimy o uprzejmość.”
Rozdział 3: Trening Mocy na Rowerze
Na dachu budynku rehabilitacji wiał lekki wiatr. Było widać całe Neonowo: błyszczące ulice, spokojną rzekę i wieżowiec, który wyglądał jak wielka latarka.
Stały tam panele słoneczne i… słynny rower generator. Był stary, ale dumny. Na kierownicy miał dzwonek.
Bruno podrapał się po brodzie. „Dobra. Zrobimy tak: ja kręcę, Słoik-Łyk się ładuje, pani Nela pilnuje, żeby wszystko było bezpieczne, a Zyzia… no cóż, Zyzia będzie komentować.”
„To moja praca!” — odparła Zyzia.
Słoik-Łyk podjechał bliżej roweru. Z jego brzuszka-słoika wysunęła się mała rurka jak słomka, ale zakończona miękką końcówką.
„Nie gryzie, prawda?” — zapytał Bruno, żartobliwie odsuwając się o pół kroku.
„Nie gryzę. Ja tylko… siorb.” — odpowiedział robot.
„W porządku. Tylko grzecznie.” Bruno usiadł na rowerze. „Pani Nelo, gotowa?”
„Gotowa. I dziękuję, że pan tu jest. Wszyscy są trochę zmęczeni, a pan wnosi spokój.”
„Spokój jest jak plaster. Tylko bez kleju na palcach.” Bruno zaczął kręcić pedałami.
Rower zaskrzypiał, jakby mówił: „Ooo, dawno nikt mnie tak nie kochał!” Dzwonek zadzwonił sam z siebie: ding!
Słoik-Łyk podłączył słomkę do gniazda i jego brzuszek zaczął napełniać się iskierkami. Ale tym razem nie były dzikie. Układały się w spokojne spirale, jak cukier w herbacie.
„O, to działa.” — powiedziała Nela.
„A jak!” — Bruno przyspieszył. Płaszcz powiewał. Wyglądał jak bohater z komiksu, tylko zamiast walczyć z potworami, walczył z… brakiem prądu.
Zyzia odezwała się: „Bruno, energia w mieście wraca do normy. Latarnie przestają mrugać. Ktoś chyba właśnie przestał robić ‘łyka'.”
„To ja przestałem?” — zapytał Słoik-Łyk z nadzieją.
„Tak. I to jest odpowiedzialność.” Bruno kręcił dalej, ale już wolniej. „Słoik-Łyk, powiedz mi: czemu schowałeś się w piwnicy, zamiast poprosić o pomoc?”
Robot zamrugał. „Bo… bałem się, że ktoś powie: ‘Nie'. Albo: ‘Wracaj w kosmos'. A ja nie umiem wrócić. I ja myślałem, że jak będę cicho, nikt nie zauważy.”
Bruno zatrzymał rower i oparł nogi o ziemię. „Słuchaj. W Neonowie nie jesteś sam. A proszenie to nie wstyd. To szacunek: do innych i do siebie.”
Nela przytaknęła. „Gdy pacjent mówi, że boli, to nam pomaga. Bo możemy pomóc szybciej.”
„Ja… spróbuję.” — powiedział Słoik-Łyk. Jego antenka podniosła się odrobinę. „Czy… czy mogę… dostać… energię… proszę?”
Bruno klasnął w dłonie. „Brawo! Słyszysz, Zyzia? To było piękne ‘proszę'.”
„Zapisuję w pamięci. Kategoria: najlepsze ‘proszę' tygodnia.” — odparła Zyzia.
Nagle w powietrzu nad dachem pojawił się jasny punkt. Rósł i rósł, aż stał się małym dronem w kształcie ważki. Miał na skrzydełkach znak: Szeptoplaneta — Służba Pomocy.
Dron zatrzymał się i odezwał się dźwięcznym głosem: „Jednostka Słoik-Łyk? Odbieramy sygnał. Zgubiłeś się. Szukamy cię.”
Słoik-Łyk aż zapiszczał z radości. „To moi! To moi!”
Bruno podniósł rękę. „Halo! Kapitan Iskrochron z Neonowa. Mamy waszą jednostkę. Jest cała, trochę głodna, ale już uprzejma.”
Dron bzyczał jak zadowolona mucha, tylko dużo bardziej elegancko. „Dziękujemy. Jednostka potrzebuje stacji ładowania typu ‘Szept-Gniazdo'. Czy miasto może udostępnić spokojne miejsce na krótką naprawę?”
Nela spojrzała na Bruno. Bruno spojrzał na Nelę. I oboje znów zrobili minę: „No jasne!”
„Mamy miejsce.” — powiedziała Nela. „W ogrodzie terapeutycznym jest cicho, zielono i są ławki.”
„I nikt nie krzyczy, nawet ptaki ćwierkają z kulturą.” — dodał Bruno.
Dron odpowiedział: „Wspaniale. Przesyłamy projekt gniazda. Nie będzie wysysać energii z miasta. Będzie zbierać ją z wiatru i słońca.”
„Czyli będzie jak grzeczna roślina?” — zapytał Bruno.
„Dokładnie.” — potwierdził dron.
Słoik-Łyk obrócił się do Bruno. „Ja przepraszam. Ja oddam.”
„Już oddałeś. Poprawiłeś swoje zachowanie. To ważne.” Bruno pochylił się i szepnął: „I pamiętaj: jak jesteś głodny energii, to mów. Nie ‘łyk' po cichu.”
Robot zaśmiał się swoim bzyczącym śmiechem. „Nie ‘łyk' po cichu. Rozumiem.”
Rozdział 4: Światło, które Szanuje
Następnego dnia na terenie kampusu medycznego zbudowano Szept-Gniazdo. Wyglądało jak mała altanka z błyszczącymi listkami. Lekko szumiało, jakby mówiło: „Ciii, wszystko dobrze.”
Pacjenci z rehabilitacji przychodzili popatrzeć. Dzieci z pobliskiej szkoły też. A Bruno, jako Kapitan Iskrochron, był tam, żeby pilnować, by wszyscy stali w kolejce i mówili „proszę” oraz „dziękuję”.
Słoik-Łyk siedział w gnieździe i ładował się spokojnie. Jego brzuszek świecił miękko jak lampka nocna, która już nie robi niespodzianek.
Pani Nela podeszła do Bruno z kubkiem herbaty. „Dla pana. Z automatu. Bardzo poważnego.”
Bruno wziął kubek ostrożnie. „Dziękuję. Szanuję powagę herbaty.”
Zyzia odezwała się: „Uwaga, Bruno. W mieście wszystko stabilne. A latarnie… chyba zaczęły mrugać specjalnie, żeby cię pozdrowić.”
Bruno spojrzał w stronę Neonowa. Rzeczywiście, jedna latarnia na rogu mignęła raz, krótko i przyjaźnie.
Do altanki podbiegła dziewczynka w żółtej czapce — ta sama z placu. Trzymała rysunek: Kapitan Iskrochron na rowerze, a obok okrągły robot z uśmiechem.
„To dla pana!” — powiedziała. „I dla… Słoik-Łyka.”
Bruno uklęknął, żeby być na jej wysokości. „To piękne. Dziękuję. Wiesz, co jest w tym rysunku najlepsze?”
Dziewczynka zmarszczyła nos. „Że pan ma superpłaszcz?”
„Też.” Bruno uśmiechnął się. „Ale najbardziej to, że wszyscy tu są razem. I nikt nikomu nic nie zabiera. Wszyscy pomagają.”
Słoik-Łyk wysunął antenkę. „Ja też mam coś.” Z jego boku wysunęła się mała drukarka i po chwili wysunęła naklejka. Na niej była uśmiechnięta gwiazdka — taka jak znak Bruna — i napis: „PROSZĘ”.
„To naklejka supermocy.” — powiedział robot. „Dla tych, co się uczą prosić.”
Dziewczynka wzięła naklejkę z zachwytem. „Nakleję na piórnik!”
Nela klasnęła cicho. „To będzie najgrzeczniejszy piórnik w całej klasie.”
Dron z Szeptoplanety podszedł bliżej Bruna. „Kapitanie Iskrochronie, dziękujemy za opiekę. Za trzy dni zabierzemy jednostkę Słoik-Łyk do domu. A miasto Neonowo otrzyma od nas… prezent.”
„Prezent?” — Bruno uniósł brew.
„Mały moduł ‘Świetlny Uśmiech'. Sprawi, że latarnie będą świecić oszczędniej i cieplej.” Dron dodał: „Ale tylko wtedy, gdy mieszkańcy będą pamiętać o szacunku.”
Bruno roześmiał się cicho. „To najlepszy warunek na świecie.”
Zyzia westchnęła teatralnie. „Czyli latarnie będą działać na dobre maniery. Podoba mi się.”
Wieczorem Bruno wrócił na dach biblioteki. Miasto świeciło już równo. Na ulicy ludzie przepuszczali się na pasach, dzieci mówiły „dziękuję”, a kot pod latarnią udawał, że wcale nie jest mu ciepło.
Bruno oparł się o komin i spojrzał w niebo. „Zyzia?”
„Tak?”
„Myślisz, że superbohater zawsze musi latać i błyskać?”
„Nie.” Zyzia zabrzmiała miękko. „Czasem wystarczy, że ktoś kogoś wysłucha. Albo nauczy powiedzieć ‘proszę'.”
Bruno kiwnął głową. „W takim razie dzisiaj uratowaliśmy nie tylko prąd.”
„I nie tylko latarnie.” — dodała Zyzia.
W tej samej chwili latarnia na rogu znów mrugnęła. Raz. Drugi. Trzeci. Jakby puszczała oko.
Bruno spojrzał na nią podejrzliwie. „Ej, latarnio. To ty, czy Zyzia przejęła sterowanie?”
Zyzia odpowiedziała niewinnie: „Ja? Nigdy. Ja tylko… lubię, gdy miasto robi ‘klin d'oko'.”
Bruno zaśmiał się i uniósł kubek herbaty w stronę mrugającej latarni. „No dobrze. Mrugaj, ale z szacunkiem.”
Latarnia zamrugała jeszcze raz — jakby mówiła: „Oczywiście, Kapitanie.”