Rozbłysk nad Neonową Zatoką
W mieście Neonowa Zatoka noc wcale nie była ciemna. Wieżowce świeciły jak lizaki w witrynie, a nad ulicami sunęły ciche autobusy na poduszce powietrznej. Na najwyższym dachu Muzeum Komiksu stał on: Kapitan Iskrolot.
Miał na sobie granatowy kombinezon z jasnymi, srebrnymi liniami jak błyskawice. Na piersi błyszczała naszywka w kształcie gwiazdy z małym śmigiełkiem w środku. Na rękach nosił rękawice z drobnymi lampkami, które mrugały, gdy używał swoich mocy. Najbardziej niezwykły był jego płaszcz: krótki, lekki, a jednak zawsze układał się tak, jakby wiał idealny, filmowy wiatr.
Kapitan Iskrolot tak naprawdę nazywał się Aron Błysk. Miał ciepłe oczy, szybki uśmiech i tę szczególną minę człowieka, który lubi pomagać. Z kieszeni pasa wyjrzał mu mały, okrągły dron, wielkości bułki.
„Pik, raport!” — zawołał Aron.
„Bip-bip! W mieście: 98% spokoju. 2%… hm… kłopotów z… watą cukrową?” — zapiszczał dron.
Aron parsknął śmiechem. „Wata cukrowa potrafi narobić bałaganu. Dobra, lecimy.”
W tej samej chwili z dołu dobiegł krzyk, ale nie straszny, tylko… zdziwiony: „Ej! Moja dostawa lodów leci w powietrzu!”
Aron przechylił głowę. Nad ulicą unosiły się pudełka z lodami, jakby niewidzialny olbrzym bawił się nimi w podrzucanie. Dzieci na chodniku patrzyły z szeroko otwartymi oczami, a sprzedawca w czapce pingwina podskakiwał, próbując złapać własny towar.
„Spokojnie!” — zawołał Kapitan Iskrolot, zeskakując z dachu. Jego buty z cichym „fiuu” uruchomiły antygrawitację i Aron zsunął się w dół jak po niewidzialnej zjeżdżalni.
Wyciągnął dłonie. Z rękawic wyskoczyły jasne, miękkie nici energii — wyglądały jak wstążki ze światła. Owijały pudełka jedno po drugim.
„Hej, lodowe pudełka, proszę grzecznie w szeregu!” — zażartował.
Pudełka posłuchały. Opadły spokojnie na wózek, a jedno nawet przekręciło się i wylądowało idealnie prosto, jakby chciało dostać medal.
Sprzedawca odetchnął. „Uff! Dziękuję, Kapitanie! Myślałem, że dziś będę sprzedawał… powietrze!”
„Powietrze jest darmowe, więc interes by padł” — mrugnął Aron. Potem spoważniał, ale łagodnie. „Coś tu miesza w polu grawitacji. Pik, skąd to idzie?”
Dron zawirował w powietrzu. „Bip! Źródło zakłóceń: w stronę Spatioportu Siedmiu Bram.”
Aron spojrzał w dal. Nad miastem lśniła ogromna konstrukcja spatioportu, z dokami jak płatki kwiatów i neonowym napisem: „WITAJCIE PODRÓŻNICY!”. „No to mamy przygodę” — powiedział. „I pamiętaj, Pik: działamy sprawiedliwie. Nikt nie jest zły tylko dlatego, że coś mu nie wyszło.”
„Bip… zapamiętane!”
Spatioport, gdzie gwizdają gwiazdy
Spatioport Siedmiu Bram był jak wielki, wesoły mrowisko. Statki kosmiczne lądowały i startowały, zostawiając za sobą smugi kolorowego światła. Roboty sprzątające śmigały jak odkurzacze na rolkach. W kioskach sprzedawano bułki z meteorytową posypką (czyli po prostu chrupiącą), a z głośników płynęła muzyka, która brzmiała jak „pii-paa-pum” w rytmie.
Aron przeszedł między podróżnymi. Kilkoro dzieci machało do niego. Jedno z nich, w hełmie za dużym o dwie głowy, krzyknęło: „Kapitanie! Czy kosmos jest zimny?”
„Kosmos jest jak lodówka bez drzwi” — odpowiedział Aron. „Ale od tego mamy skafandry i gorące kakao!”
Dzieci zachichotały. Aron uśmiechnął się, ale jego oczy szybko wróciły do sprawy. Nad jedną z bram migotała dziwna, fioletowa poświata. W powietrzu tańczyły śrubki, bilety i… jedna skarpetka.
„To już przesada” — mruknął. „Skarpetki powinny ginąć w pralce, a nie w spatioportach.”
Pik podleciał bliżej poświaty. „Bip! Wykrywam miniaturowy wir grawitacyjny. Wygląda jak… zabawka.”
Aron zauważył chłopaka w roboczym kombinezonie, skulonego przy skrzynce narzędzi. Miał sterczące włosy i okulary z jednej strony zaklejone taśmą. Obok niego stał mały, okrągły gadżet, który mrugał i brzęczał.
Chłopak szeptał nerwowo: „Nie, nie, nie… miało tylko podnosić śrubki… nie całe miasto…”
Aron podszedł wolno, tak, by nie przestraszyć. „Cześć. Jestem Kapitan Iskrolot. Widzę, że masz problem. Mogę pomóc?”
Chłopak podskoczył. „Ja… ja nic nie zrobiłem! To znaczy zrobiłem, ale nie chciałem! To miało być do pracy. Żeby szybciej sprzątać dok.”
„Rozumiem” — powiedział Aron spokojnie. „Jak masz na imię?”
„Niko. Niko Wkręt.” Chłopak spuścił głowę. „Wszyscy mówią, że jestem pechowy. A ja tylko… chcę, żeby było sprawiedliwie. Żeby mnie nie wyrzucili.”
Aron uklęknął, żeby być na wysokości jego oczu. „Sprawiedliwość to też druga szansa. Ale odpowiedzialność to naprawianie błędów. Pokażesz mi, co to za urządzenie?”
Niko kiwnął głową. „To ‘Podnośnik Grawi'. Taki mały. Tylko że… chyba ustawiłem moc na ‘kosmos' zamiast na ‘śrubki'.”
Aron uniósł brwi. „To się zdarza. Nawet ja kiedyś pomyliłem przycisk ‘dym' z ‘bańki mydlane'. Straż miejska miała potem bardzo pachnące hełmy.”
Niko parsknął śmiechem, a napięcie trochę opadło.
Niestety poświata nad bramą zaczęła rosnąć. Kilka walizek uniosło się i kręciło jak w tańcu. Ktoś zawołał: „Moja kanapka!”
„Dobra, drużyno, działamy!” — Aron wstał. „Pik, osłoń ludzi. Niko, ty ze mną. Naprawimy to razem.”
Bitwa z wirującą grawitacją
Aron wyskoczył na platformę serwisową. Jego płaszcz zafalował, jakby właśnie zaczęła się scena w komiksie. Wyciągnął ręce, a jego rękawice zapaliły się jasnym światłem.
„Wszyscy proszę dwa kroki w tył!” — zawołał mocno, ale życzliwie. „To tylko psotna grawitacja, zaraz ją uspokoimy!”
Pik rozwinął małą tarczę świetlną, jak parasol z energii. Chroniła przechodniów przed fruwającymi drobiazgami. Dron co chwilę mówił: „Bip! Proszę nie łapać walizek głową!”
Niko trzymał „Podnośnik Grawi” i trząsł się jak galaretka. „Nie dam rady! To mnie przerasta!”
Aron położył mu dłoń na ramieniu. „Dasz. Bo nie jesteś sam. I bo to ty znasz ten sprzęt najlepiej.”
Wirus grawitacji zawył cichutko, raczej jak gwizd czajnika niż potwór. Fioletowa poświata zassała kilka metalowych śrubek i ułożyła je w powietrzu w kształt… uśmiechu. Jakby wir chciał żartować.
„O, patrz, ma poczucie humoru” — powiedział Aron. „Ale w naszym mieście żarty muszą być bezpieczne.”
Niko przełknął ślinę. „Jest przełącznik trybu. Tylko nie mogę podejść, bo wszystko lata.”
„Zrobimy korytarz” — zdecydował Aron. Z jego rękawic wyskoczyły dwie wstęgi światła, które uformowały się w długi, świecący tunel. W tunelu grawitacja była spokojniejsza, jakby światło mówiło: „Ciii, bez wygłupów.”
„Teraz!” — Aron kiwnął.
Niko wbiegł w tunel, a Aron osłaniał go z boku, odpychając fruwające przedmioty miękkimi impulsami energii. To wyglądało jak gra w kosmicznego ping-ponga: „puf”, „paf”, „pif” — walizka wracała na ziemię, czapka lądowała na głowie właściciela, a skarpetka… no cóż, skarpetka trafiła na znak „RZECZY ZNALEZIONE”.
Niko dotarł do urządzenia i drżącą ręką szukał właściwego przycisku. „Który to był…?”
„Spójrz na ikonki” — podpowiedział Aron. „Śrubka to śrubka. Galaktyka to… galaktyka.”
„Mam!” — krzyknął Niko i przestawił moc.
Poświata zadrżała, jakby obraziła się, że ktoś kończy zabawę. Zakręciła jeszcze raz i… zmalała, zwinęła się w małą fioletową kropkę, po czym zgasła jak lampka.
Wszystko opadło na ziemię. Walizki stanęły grzecznie w rzędzie. Kanapka wróciła do właściciela, tylko trochę bardziej „przewietrzona”.
W spatioportie rozległy się brawa. Ktoś zawołał: „Niech żyje Kapitan Iskrolot!”
Aron uniósł rękę. „I Niko Wkręt! To on pomógł to wyłączyć.”
Niko aż się zaczerwienił. „Ja? Serio?”
„Serio” — powiedział Aron. „Sprawiedliwość to także powiedzieć prawdę: wykonałeś dobrą robotę.”
Podszedł do nich szef ochrony spatioportu, wysoki pan w czapce z daszkiem. Wyglądał surowo, ale w oczach miał ulgę. „Niko, to było niebezpieczne, ale… widziałem, jak stanąłeś na wysokości zadania. Dostajesz nadzór mentora. A Kapitan… dziękujemy.”
Niko szepnął do Arona: „Czyli… nie wyrzucą mnie?”
„Nie” — odpowiedział Aron. „Bo ważne jest, żeby naprawiać, a nie tylko karać. Tak działa uczciwe miasto.”
Pik zapiszczał: „Bip! Spokój w mieście: wraca do 100%!”
Aron roześmiał się. „No, chyba że znów zniknie skarpetka.”
Światło, które zostaje na dłużej
Wieczorem Aron stał na tarasie widokowym spatioportu. Nad nim przelatywały statki, a ich światła wyglądały jak kolorowe kreski na czarnym papierze. Obok stał Niko z kubkiem kakao z pianką.
„Kapitanie… dzięki” — powiedział Niko cicho. „Myślałem, że jak zrobię błąd, to już koniec. A ty… po prostu pomogłeś.”
Aron oparł się o barierkę. „Każdy robi błędy. Superbohaterowie też. Różnica jest taka, że uczymy się i dbamy o ludzi. To jest odpowiedzialność.”
Niko uśmiechnął się. „Chcę budować rzeczy, które pomagają. Już wiem: zanim coś włączę, sprawdzę ikonki trzy razy.”
„A ja sprawdzę, czy nie ma przycisku ‘bańki mydlane' obok ‘dym'” — odparł Aron. Obaj zachichotali.
Z dołu dobiegł śmiech dzieci, które robiły sobie zdjęcia przy wielkiej rakiecie-ozdobie. Aron pomachał im, a one odmachnęły jak małe latarnie.
Pik podleciał i usiadł Aronu na ramieniu. „Bip! Misja zakończona. Co dalej?”
Aron spojrzał na miasto Neonowa Zatoka: na świecące mosty, na spokojne ulice, na ludzi, którzy czuli się bezpiecznie. Jego gwiezdna naszywka zamigotała ciepłym blaskiem.
„Dalej jest prosto” — powiedział Kapitan Iskrolot. „Będę czuwał. Zawsze. Gdy miasto śpi, ja patrzę, słucham i pomagam. Obiecuję, że Neonowa Zatoka będzie miała swoje światło w każdej nocy.”
Niko przytaknął. „A ja obiecuję, że będę pracował uczciwie. Żeby sprawiedliwość działała nie tylko w komiksach.”
Aron wyciągnął dłoń. Niko uścisnął ją mocno. Nad nimi przeleciał statek, zostawiając smugę jak podpis na niebie.
Kapitan Iskrolot uśmiechnął się do gwiazd i do miasta jednocześnie. „No to… czuwamy.”